Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Cały ten jazz! MEET! – Beata Przybytek

Obrazek tytułowy

fot. Piotr Gruchała

Beata Przybytek – wokalistka, która nie boi się pastiszu ani puszczania oka do publiczności. Niektóre z jej piosenek mają charakter żartu, inne są czystą poezją – w obu konwencjach czuje się równie dobrze. Przyznaje, że jest wobec siebie krytyczna i lubi mieć wszystko dopięte na ostatni guzik.

Jerzy Szczerbakow: Płyt na koncie masz kilka, ale nie do wszystkich chętnie wracasz.

Beata Przybytek: Najmniej chętnie wracam do dwóch pierwszych. Ich nakład wyczerpał się i – musisz mi wierzyć – nie walczę o wznowienia. [śmiech] Może przyjdzie taki moment, że nabiorę do nich dystansu…

To zdarza się chyba wielu artystom.

Być może. Mam wrażenie, że nie byłam jeszcze artystycznie gotowa na nagrania. Byłam dziewczynką, która zaczynała śpiewać jazz – śpiewałam standardy jazzowe, gdzie się dało. Mnie i mojemu zespołowi pozwolono wystąpić na Bielskiej Zadymce Jazzowej w klubie festiwalowym. Los okazał się dla mnie szczodry, na tamtym koncercie obecny był Grzegorz Zmuda ówczesny dyrektor studia koncertowego Polskiego Radia Katowice, który zaproponował mi nagranie i wydanie debiutanckiej płyty.

Ale z drugiej strony, w edukacji młodej wokalistki etap standardów jazzowych jest bardzo ważny i potrzebny.

Tak, absolutnie. Każdy młody człowiek, który chce śpiewać czy grać jazz, powinien od tego wyjść. To literatura obowiązkowa.

A zdarza ci się jeszcze śpiewać standardy?

Zdarza się – na festiwalach czy w ramach projektów muzycznych, do których jestem zapraszana. Miałam też okazję śpiewać z wieloma big-bandami – i tam ten repertuar był bardzo odpowiedni.

Pamiętasz teksty?

Tak. To jedna z zalet bycia pedagogiem – mam do czynienia ze standardami na co dzień.

DSC_8111.jpg

Przygotowując się do naszej rozmowy, sięgnąłem po twoje dwie ostatnie płyty. I doszedłem do wniosku, że, co prawda, grają u ciebie muzycy jazzowi, zdarzają się improwizacje jazzowe, ale jednak całość utrzymuje się w konwencji piosenki.

Tak, taką koncepcję przyjęłam, jeżeli chodzi o kompozycję. Moje utwory mają bardzo zwartą, konkretną budowę, ale jest w nich miejsce na improwizację. I, jak wspomniałeś, są to utwory grane przez jazzmanów, czyli automatycznie pojawia się w nich jazzowy feeling. Mocno zaakcentowany element aranżacji to pewna stała, całość jest jednak wykonywana przez muzyków jazzowych, dzięki czemu żaden koncert nie jest taki sam.

Wiadomo, że muzycy improwizują tak, jak ich niesie, słuchają siebie nawzajem. A czy ty coś ustalasz ze swoimi muzykami?

Nie, daję im wolność. Improwizują do momentu, w którym zespół i solista czują, że już wszystko zostało instrumentalnie wypowiedziane.

Ludzie, z którymi grasz, są z tobą już od jakichś pięciu czy sześciu lat. Co cię w nich ujęło na tyle, że trafili do twojego zespołu?

Dlaczego oni? Myślę, że to, co jest ich charakterystyczną cechą, to pewnego rodzaju temperament, wariactwo, które mnie w muzyce interesuje. Z jednej strony jest w nich przepiękna wrażliwość i muzykalność, a z drugiej – mimo wszystko – pewna nieobliczalność. Nie bez znaczenia jest też wątek ludzki – lubimy się, co pozytywnie wpływa na muzyczną interakcję.

Dajesz im bardzo konkretne aranże.

Tak, bo lubię „wariatów”, ale kontrolowanych. Sama też taka jestem. [śmiech]

A jaka była twoja największa koncertowa wpadka?

Tyczyło się to bisu. Odważnie postanowiłam zaśpiewać i zaakompaniować sobie piosenkę. No więc zaczynam, gram, śpiewam pierwszą zwrotkę, dochodzę do drugiej i… czarna plama. Stanęłam. I co teraz? Po raz pierwszy w życiu poczułam, jak strumyczek zimnego potu spływa mi po plecach. Publiczność zamarła… Postanowiłam jednak się nie poddawać i zaczęłam od początku. Zaśpiewałam pierwszą zwrotkę, doszłam do tego samego momentu i… znowu stanęłam. Zrobiło mi się gorąco. Jako osoba waleczna podjęłam kolejną próbę. Doszłam do tego samego fragmentu po raz trzeci i po raz trzeci okazało się, że nie pamiętam, co dalej! Wiedziałam już, że to nie pójdzie, powiedziałam więc do publiczności: „Drodzy państwo, resztę usłyszycie na płycie…”. To chyba moja największa wpadka.

DSC_8202.jpg

Płyty wydajesz z rzadka…

Wiedziałam, że ten zarzut się pojawi. [śmiech]

Pytanie tylko – dlaczego?

Zebrać materiał płytowy – utwory, które jestem w stanie zaakceptować, zechcieć pokazać je dalej – to dla mnie staranny, żmudny proces. Najwyraźniej zajmuje mi sporo czasu.

A jak wygląda taki proces twórczy?

Sama komponuję muzykę do tekstów. Do tej pory szczęśliwie się składało, że zawsze miałam w czym wybierać. Najpierw oswajam się ze słowami – czytam je wiele razy, naczytuję, próbuję wejść w ich klimat. Taki tekst bardzo dużo w sobie zawiera, jest tam ukryty rytm, nastrój. Siadam do fortepianu i próbuję dołożyć warstwę muzyczną – coś, co będzie z tym tekstem kompatybilne i co go dobrze odda. Czasem zdarza się, że ten proces trwa bardzo krótko, a czasem jest to prawdziwa męka… Coś tam niby wychodzi, ale mnie nie satysfakcjonuje, więc odkładam na jakiś czas, znowu siadam, znowu próbuję i… nadal nic. Mam mnóstwo takich utworów, które zaczęłam, a których nigdy nie ukończyłam, bo nie uzyskałam zadowalającego efektu. Tak to u mnie wygląda – jeśli mi się nie podoba, nie uznaję kompozycji za skończoną.

A zdarzyło ci się, że przyśniła ci się jakaś melodia do tekstu, wstałaś, usiadłaś do pianina…?

Nie, ale zdarzyło mi się skomponować coś „na sucho”, czyli bez instrumentu. Jechałam autobusem PKS relacji Bielsko-Biała – Kraków, czytając nowe teksty. Nagle usłyszałam melodię i harmonię, które – jak się później okazało – zgrabnie ze sobą współgrają, tworząc piosenkę. Niedługo potem ją nagrałam.

Na której płycie?

"I’m Gonna Rock You", piosenka "Tonight for Today".

Jak wygląda kwestia aranżacji?

Oddaję w lepsze ręce… Sobie zostawiam komponowanie, ale warstwę aranżacyjną oddaję Tomaszowi Kałwakowi – świetnemu producentowi i aranżerowi. On doskonale wie, jakich środków użyć, żeby piosenka nabrała jeszcze większej mocy, niż ma w zarysie – jak rozwinąć jej potencjał. Potrafi zadbać o każdy muzyczny niuans w całym procesie produkcyjnym płyty.

W twoich piosenkach jest duża lekkość prowadzenia melodii.

Dziękuję! Całe życie byłam przekonana, że zostałam wokalistką jazzową, bo nie mam pamięci do melodii… [śmiech] Kiedy zaczęłam komponować, okazało się, że moje piosenki mają wyraźną melodię – i nawet taką, którą inne osoby są w stanie powtórzyć.

To jest spora zaleta – nie wiem, czy w jazzie, ale w ogóle – tak. A jak to jest z tymi melodiami?

One po prostu przychodzą. Raz przychodzą, a raz nie… [śmiech]

Kiedy odkryłaś, że chcesz śpiewać?

Odpowiem tak jak większość wokalistów: śpiewam od zawsze. Pierwsze próby były w wannie, kiedy miałam jakieś trzy – cztery lata.

Do prysznica?

Nawet nie do prysznica. Pamiętam, że mama zostawiała mnie samą w łazience, mówiąc: „Atka, śpiewaj!”. Mój śpiew był dla niej sygnałem, że ze mną wszystko w porządku.

A tak świadomie? W twojej rodzinie były jakieś tradycje muzyczne?

Moja rodzina jest rodziną bardzo muzykalną. Nikt, co prawda, nie zajmował się muzyką profesjonalnie, ale przy wszelkich – jak pamiętam – rodzinnych spotkaniach śpiewano i grano na gitarach. Muzyka towarzyszyła mi więc od najmłodszych lat. Tyle że był to inny repertuar. Do jazzu musiałam dotrzeć sama.

Rozumiem więc, że decyzja o posłaniu ciebie do szkoły muzycznej była jakby naturalna.

Miał w tym swój udział szczęśliwy dla mnie przypadek. Kiedy byłam w zerówce, sprawdzano zdolności muzyczne dzieci. Wykazywałam takowe, co przekazano moim rodzicom. I stąd ta decyzja.

DSC_8193.jpg

To co było na początku: fortepian czy skrzypce?

Najpierw były skrzypce, ale po pół roku moja mama, która mi pomagała w ćwiczeniu, grała lepiej ode mnie… Pojawił się zatem pomysł, żeby jednak ten instrument zmienić na fortepian, który okazał się być dla mnie instrumentem naturalnym. Potrafiłam zagrać coś ze słuchu, a nawet sobie prosto zaakompaniować.

A w którym momencie w twoim życiu pojawił się jazz?

W szkole średniej. Kiedy zaczynałam liceum muzyczne w Bielsku-Białej, to bracia Golcowie – nie wszyscy o tym wiedzą, a oni są gruntownie wykształconymi muzykami i absolwentami katowickiej uczelni (Akademii Muzycznej w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej – przyp. red.) – byli szkolnymi gwiazdami. Na przerwach organizowali jam sessions, na które schodzili się uczniowie z całej szkoły, żeby posłuchać i popodziwiać, jak starsi koledzy świetnie grają i improwizują. Każdy z nas – oczywiście – też tak chciał. I zdaje się, że któryś z braci, chyba Paweł, namówił mnie, żebym pojechała na pierwsze warsztaty jazzowe.

Gdzie były te warsztaty?

W Puławach.

Słynne warsztaty. Pamiętasz, kto był twoim pierwszym nauczycielem śpiewu jazzowego?

Pamiętam, że na wspomnianych warsztatach wykładał Marek Bałata. Byłam tak spięta i stremowana, że dopiero po tygodniu nakłonił mnie, żebym zaśpiewała. I udało się.

Wystąpiłaś w koncercie finałowym warsztatów?

Nie, aż tak się nie udało.

Czy w twoim życiu był jakiś moment fascynacji Ellą Fitzgerald?

Na pewno nie na samym początku, kiedy zaczęłam interesować się jazzem. Wtedy Ella nie przypadła mi do gustu. Musiałam dojrzeć. Bardziej fascynowały mnie wokalistki, które akurat w tamtym czasie odnosiły sukcesy, czyli Cassandra Wilson, Dee Dee Bridgewater, Dianne Reeves, Diana Krall. Kiedy słuchałam Elli, czułam, że to nie do końca moja estetyka. Minęło kilka lat i doceniłam wartość jej śpiewu. Zdałam sobie sprawę, że drugiej takiej wokalistki już nigdy nie będzie. To był gigantyczny talent.

A kto – poza Ellą – jest ci bliski?

Carmen McRae. Ale też Shirley Horn – przeciwieństwo Elli. Wielka oszczędność środków, minimalizm w śpiewie, śpiew czasem zbliżony do mowy. To były moje inspiracje na początku drogi.

A teraz?

Teraz jestem bardziej otwarta na inne gatunki muzyczne: soul, neo soul, R&B, funky. Bardzo lubię np. Erykah Badu. Album Baduizm Live, mimo że wydany ponad 20 lat temu, nadal robi na mnie wrażenie.

Masz też ulubionych wokalistów?

Nagrałam płytę poświęconą Steviemu Wonderowi (Wonderland, 2005 – przyp. red.). Uwielbiam też Stinga. A z jazzowych – Kurt Elling, Al Jarreau, a także Gregory Porter.

Cały ten jazz! / www.calytenjazz.pl

  • Jerzy Szczerbakow – autor cyklu
  • Agnieszka Sobczyńska – autorka plakatów
  • Piotr Karasiewicz – kanał YT karasek52

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO