Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Cały ten jazz! MEET! - Maciej Sikała

Obrazek tytułowy

fot. Piotr Gruchała

Maciej Sikała – saksofonista tenorowy i sopranowy, mający znaczący dorobek w różnych nurtach jazzu. Nie boi się wyzwań, co udowadnia współtworząc trio z sekcją rytmiczną, a bez instrumentu harmonicznego, jak również prowadząc septet. Współpracował z czołówką polskiej sceny jazzowej uczestnicząc w wielu ważnych projektach. Dodatkowo jest pedagogiem w akademiach muzycznych w Gdańsku i Bydgoszczy, gdzie na kierunkach jazzowych jest wykładowcą klasy saksofonu.

Jerzy Szczerbakow: Jesteś muzykiem, więc z pewnością dużo podróżujesz samochodem. Czy w trasie słuchasz muzyki dla przyjemności, czy może pracujesz przesłuchując nagrania?

Maciej Sikała: Muzyka w samochodzie sprawia mi przyjemność. Są takie nagrania, których wartość nigdy nie przeminie i zawsze ciarki mnie przechodzą, mimo że słyszałem je tysiąc razy. To genialne nagrania, których słuchanie zawsze sprawia mi wiele radości, na przykład: Blue Train Johna Coltrane’a, My Funny Valentine Milesa Davisa, Inner Voices McCoya Taynera i jeszcze parę innych albumów.

Zdarza ci się słuchać płyt niejazzowych?

Tak, jak od kogoś dostanę, bo sam nie szukam takiej muzyki. Kiedyś jadąc samochodem ze Zbyszkiem Jakubkiem, znakomitym keyboardzistą i pianistą, usłyszałem Laurę Mvulę i to była miłość od pierwszego słuchania. Tak mi się spodobała jej muzyka, że Zbyszek zrobił mi kopię. Przez długi czas, jak wsiadałem do samochodu, witała mnie właśnie ta dama. Nie jestem purystą jazzowym, po prostu lubię bardzo dobrą muzykę. Może być to na przykład blues lub funk. Ostatnio mój student powiedział, że pierwszy raz w życiu musiał zagrać funk i nie bardzo wiedział jak to zrobić. Pokazałem mu etiudy funkowo-bluesowe nagrane przez Boba Mintzera. Zawsze powtarzam studentom, że z kim przystajesz takim się stajesz. Nie da się nauczyć swingowania słuchając niejazzowej muzyki. Najwięcej uczymy się słuchając, inaczej nie da się złapać bakcyla swingu lub artykulacji.

Sięgasz po płyty polskich muzyków?

Oczywiście, szczególnie po te najsłynniejsze. Na przykład Music For K kwintetu Stańki, Kujawiak Goes Funky Zbyszka Namysłowskiego lub Astigmatic Komedy. Mój adapter grał dniami i nocami, nawet jak zasypiałem. Miałem ulubioną balladę z płyty TWET, nagranej przez Stańkę z Tomaszem Szukalskim, z którym miałem również zaszczyt i wielką frajdę grać w jednym zespole, czyli w kwintecie Piotra Wojtasika. Piotr za młodu chciał zostać saksofonistą i całe szczęście, że nie został, bo miałbym jeszcze mniej pracy niż mam teraz [śmiech]. Niewątpliwie byłby wybitnym saksofonistą.

DSC_5449.jpg fot. Piotr Gruchała

O Tomaszu Szukalskim mówi się, że był bardzo wymagający. Jakie masz wspomnienia z nim związane?

Dla mnie było niesamowite to, że mogłem obcować z tej klasy muzykiem na jednej scenie. Muzykiem, który był moim nauczycielem na warsztatach w Chodzieży 40 lat temu. Który przychodził, zadawał coś czego kazał się nauczyć, grał i wychodził [śmiech]. Spędzałem z nim mnóstwo czasu u niego na działce, gdzie próbowaliśmy repertuar, w moim samochodzie, którym podróżowaliśmy z Piotrem Wojtasikiem oraz w hotelach. Był człowiekiem o wybitnym poczuciu humoru i bogatym języku. Na scenie biła z niego energia i mógł pójść w każdą stronę, co ochoczo robił zmieniając tryby akordów, ku zdziwieniu kompozytora, czyli Piotrka (Wojtasika). Ale on po prostu tak genialnie słyszał i grał fenomenalnie. Uważam go za najwyższej, światowej klasy muzyka i jeden z największych talentów.

Zespół Miłość, który współtworzyłeś, był głównym przedstawicielem nurtu yassu w Polsce i stał się legendą. Olo Walicki powiedział kiedyś, że grał w czasach, kiedy yass był popularny, w pewnym rozdarciu. Muzycy yassowi nie poważali twórczości muzyków jazzowych, natomiast muzycy jazzowi zdecydowanie uważali yassmanów za niedouczonych, którzy nie umieli sobie poradzić z jazzową harmonią. Jak rozwiązałeś ten dylemat?

Miałem szczęście, ze trafiłem do zespołu, w którym instrumenty nie przeszkadzały muzykom w graniu. Rzeczywiście, część muzyków yassowych, których miałem okazję usłyszeć podczas różnych festiwali naginała koncepcję gry do własnych, znikomych zazwyczaj, zdolności instrumentalnych. Czułem, że to jest lekka ściema. Jednak znaczna część z nich wkładała serce w swoją grę. Robili to z przekonaniem i wywoływali zainteresowanie publiczności. Była w tym jakaś dobra energia. W Miłości Mikołaj Trzaska był chyba najbardziej yassowym muzykiem z nas wszystkich. Wykorzystywał to namiętnie, bo pisał utwory tak trudne harmonicznie, że czasami tylko Leszek Możdżer i ja mogliśmy je zagrać. Nikt inny temu po prostu nie podołał. To było granie jazzowe, ale im dłużej działał ten zespół, tym rzeczywiście mniej grał jazzu. Szedł bardziej w kierunku muzyki transowej na jednym akordzie lub jednym centrum tonalnym, ewentualnie dwóch. Wcześniej były to utwory bardzo jazzujące, wręcz jazzowe. Miały bogatą, często niekonwencjonalną harmonię i dość dziwną formę. Tymon nie lubił rzeczy, które są powielaniem utartych wzorców. Zawsze musiał gdzieś coś przeskrobać w utworach. I dobrze, bo te przeskrobania nadawały im charakterystycznego kształtu, wybrzmienia. Ja zawsze grałem jazz w tym zespole, nie grałem yassu. Od yassu był właśnie Mikołaj, który bardziej lubił otwarte formy. Przez to tworzyliśmy kolorowy i niejednorodny stylistycznie band.

Z bardzo bliska, bo jako pedagog, obserwujesz pojawiające się kolejne fale młodych muzyków działających na trójmiejskiej scenie jazzowej. Co sądzisz tych obecnie wchodzących na polską scenę?

Obecnie jest bardzo wielu wspaniałych młodych muzyków. Trębacz Emil Miszk, który niedawno dostał Nagrodę Fryderyka, a także saksofoniści: Piotrek Chęcki, Michał Ciesielski i Marcin Janek. Nie wiedzieć czemu wymieniłem wszystkich swoich absolwentów [śmiech]. Młodzi muzycy grają coraz fajniej i robią to naprawdę bardzo dobrze. Myślę, że jest to pokłosie dobrej edukacji muzycznej. Przeciwieństwo czasów, kiedy studiowałem w Katowicach. Wraz z kolegami, wcześniej wspomnianym Piotrem Wojtasikiem, Grzesiem Nagórskim, Benkiem Maselim i całą masa innych wybitnych muzyków byliśmy, tak naprawdę, samoukami. Nie mam o to żalu do pedagogów, którzy się nami zajmowali bardziej lub mniej, ale wiele zależało od tego, kto miał szczęście do którego z nich. Ja miałem to szczęście. Mój profesor Jerzy Jarosik miał wspaniałe materiały. Ich posiadanie nie było wtedy tak oczywiste jak dziś. Dziś wszystko jest na końcu widelca i wystarczy tylko konsumować. Wtedy były zupełnie inne czasy.

Pamiętam jak w akademiku w pokoju 104, gdzie mieszkałem z Grzesiem Nagórskim, słuchaliśmy na okrągło płyty Blue Train. Cztery pokoje dalej można było posłuchać Sonny’ego Rollinsa. Tych płyt było łącznie maksymalnie dziesięć. Słuchaliśmy ich przez całe studia. Tylko to był absolutny top, nie słuchaliśmy byle chłamu. Zresztą całe szczęście. Ja i moi koledzy mamy te płyty w swoich sercach i głowach. Znamy niemalże każdą nutę, właśnie poprzez ustawiczne słuchanie. Nawet dziś za każdym razem słuchanie tych albumów sprawia mi ogromną satysfakcję. Pozwoliliśmy tej muzyce w nas wejść i egzystować, dzięki czemu słychać u nas korzenie jazzowe. Niestety, jak powiem studentowi, żeby posłuchał Blue Train, on to zrobi, zachwyci się i sięgnie po następna płytę Coltrane’a, która spodoba mu się jeszcze bardziej. Przesłucha sto takich płyt, nie wiedząc nic o żadnej. Muzyka nie ma szansy zagościć w młodym człowieku na dobre.

Prawdopodobnie tak bym słuchał muzyki, jakbym dzisiaj miał osiemnaście lat. Wielcy mistrzowie są ciągle aktualni, jednak pojawiło się jeszcze wielu nowych, którzy swoją muzykę też opierali na starych nagraniach, dodając co nieco swojego. Trudno się odnaleźć w tej masie nagrań. Zawsze sugeruję wybrać swojego, jednego, najlepszego muzyka i jego płyty słuchać codziennie przez trzy miesiące. Tylko jednej. Gwarantuję, że w genialnej płycie za każdym razem usłyszy się coś nowego. To jest tak fantastyczna muzyka.

DSC_5435.jpg fot. Piotr Gruchała

Na zamówienie Festiwalu Jazz Jantar 2018 stworzyłeś swój septet. Czy udało się wam potem powtórzyć ten koncert?

Tak, zagraliśmy jeszcze dwukrotnie. Ten zespół nie ma, tak jak większość zespołów jazzowych w Polsce, managerów. Sami poszukujemy ofert koncertowych, w związku z czym gramy bardzo rzadko. Poproszono nas o występ podczas Jazzu nad Odrą i na Sopot Molo Jazz Festiwal. W septecie grają moi przyjaciele i koledzy, których znam od lat, a także mój absolwent Tomasz Klepczyński, który gra na klarnecie basowym. Grzegorz Nagórski gra na puzonie, Robert Majewski na trąbce, Andrzej Święs na kontrabasie, Piotr Wyleżoł na fortepianie, Sebastian Frankiewicz na perkusji, a ja gram na saksofonie tenorowym i sopranowym. Mój septet to cztery instrumenty dęte i sekcja rytmiczna. Ten zespół nigdy by nie powstał, bo nikt o zdrowych zmysłach nie powołuje do życia siedmioosobowego zespołu. Skład ma być mały imusi się zmieścić w jednym samochodzie, najlepiej na gaz [śmiech].

Dzięki inicjatywie klubu Żak, który od kilku lat wspomaga trójmiejskich artystów, zapewniając pieniądze potrzebne na wydanie i nagranie płyty, udało mi się zebrać tylu kolegów i napisać muzykę, która od dłuższego czasu brzmiała gdzieś w mojej głowie, właśnie na taki zespół. Szczególnie zależało mi na klarnecie basowym, który jest dosyć niszowym instrumentem. Uważam, że w tym zestawie brzmieniowo sprawdza się bardzo dobrze. Część z utworów ma dosyć ścisły zapis, jak mają być zagrane. Balans pomiędzy graniem zgodnie z nutami, a lekkim improwizowaniem jest wzorcowy. Jestem oczarowany grą kolegów z sekcji rytmicznej, która sobie wspaniale z tym radzi. Wszyscy świetnie grają i jest to muzyka na moim wymarzonym poziomie.

Nagrałeś również dwie niejazzowe płyty z Bogusławem Grabowskim. Skąd taki pomysł?

W akademii muzycznej, w okolicach święta Wszystkich Świętych, organizowana jest msza za zmarłych pedagogów i absolwentów uczelni. Poproszono Bogusława Grabowskiego, wybitnego organistę i pedagoga, oraz mnie, żebyśmy zagrali podczas tej mszy. Obie płyty są nagrane na wspaniałych organach w Bazylice Mariackiej. Mieliśmy dwa dni prób, jednak podczas mszy zaczęliśmy improwizować. Ostatecznie nie zagraliśmy nic z tego, co mieliśmy przećwiczone na próbach. Okazało się, że możemy sobie pozwolić na improwizowane granie. Bogusław zaproponował, żeby wspólnie wydać płytę. Efektem naszych spotkań były wyimprowizowane tematy, które stanowiły podwaliny do utworów, które nagraliśmy w przestrzeni tej ogromnej bazyliki z wielkim pogłosem. Tam również nagrałem dwa utwory solowe. Jeden na saksofonie tenorowym, a drugi na sopranowym.

Później nagraliśmy płytę maryjną z Bogurodzicą. Ten album jest bardziej kontemplacyjny, utwory na niej trwają po kilkanaście minut. Bardzo cenię sobie tę współpracę, bo to dla mnie zupełnie inny świat. Bogusław nie jest jazzowym muzykiem, ale znaleźliśmy płaszczyznę dla wspólnego grania. Na nagraniach słychać jego wielką wrażliwość muzyczną, a kolor i barwa organów jest czymś, co bez ustanku inspiruje do wspaniałego grania.

Masz na swoim koncie także płytę z zespołem ASAF.

To jest płyta, której tak jak tej nagranej z Bogusławem Grabowskim, nie można nigdzie kupić ani zamówić. Założycielem zespołu ASAF był świętej pamięci Andrzej Cudzich. Kilkanaście lat temu byliśmy na warsztatach muzyki chrześcijańskiej. Oprócz Andrzeja była tam również pianistka Joanna Gajda i perkusista Piotr Jankowski. Postanowiliśmy powołać z nimi zespół do życia. Żartowaliśmy, że jesteśmy chrześcijańskim zespołem jazzowym [śmiech] i coś w tym jest. Płyta była nagrana podczas koncertu. Nawet nie byliśmy świadomi, że jesteśmy nagrywani. Andrzej Cudzich borykał się wtedy ze śmiertelną, jak się później okazało, chorobą i zastąpił go na kontrabasie prawie nikomu wtedy nieznany Michał Barański. Zespół niedawno miał przymiarki do nagrania drugiej płyty podczas koncertów Radia Gdańsk. Mamy nadzieję, że uda się to zrealizować.

Jeśli miałbym wybrać trzy płyty, co do których mam najmniej wątpliwości i najbardziej mi się podobają, to album nagrany z zespołem ASAF byłby wśród nich. Pomiędzy dźwiękami jest według mnie coś bardzo poruszającego.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 5/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

27 czerwca

Lado w Mieście ma 10 lat

Plac Zabaw nad Wisłą

Warszawa

27 czerwca

Swingujące trójmiasto

Muzeum Miasta Sopotu

Sopot

28 czerwca

Summer Jazz Festiwal w Krakowie

Festiwal

Kraków

01 lipca

Vertigo Summer Jazz Festival

Festiwal

Wrocław

06 lipca

Jazz na Starówce 2019

Rynek Stare Miasta

Warszawa

11 lipca

12. Letnia Akademia Jazzu (karnet)

Klub Wytwórnia

Łódź

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO