Wywiad

Cały ten jazz! MEET! Robert Szewczuga

Obrazek tytułowy

fot. materiały prasowe

Robert Szewczuga – gitarzysta basowy, członek zespołów Golec uOrkiestra oraz Apostolis Anthimos Trio. Od 2011 roku prowadzi własne jazzowe trio, z którym w lutym wydał swój debiutancki album Moonrise. Koncertował między innymi z Tomaszem Szukalskim, Janem Ptaszynem Wróblewskim, Jarosławem Śmietaną, Wojciechem Karolakiem, Januszem Muniakiem i Frankiem Parkerem. W rozmowie opowiada o swoim debiucie oraz inspirujących ćwiczeniach z gitarą w świetle księżyca.

Jerzy Szczerbakow: Jest powiedzenie, które należy traktować oczywiście z przymrużeniem oka, że w muzyce bas słychać najlepiej, jak go nie ma.

Robert Szewczuga: Tak, granie na basie jest bardzo trudnym zadaniem. Basiści dobrze wiedzą, że kiedy ich rola wykracza poza obowiązki, to przeszkadzają, a nie pomagają. Basiści są wspomagaczami całego bandu. Sekcję rytmiczną – perkusję i bas – nazywam kręgosłupem i sercem zespołu. Natomiast podczas tworzenia płyty Moonrise pozwoliłem sobie na więcej szaleństwa i moje basowe zagrywki czasami wychodzą poza tę właściwą rolę.

Od dawna pełnisz rolę basisty w zespole Golec uOrkiestra, niedawno wydałeś swoją autorską muzykę. Czy twoja płyta wzięła się stąd, że granie w sekcji nie pozwala ci wypowiedzieć się bardziej, niż byś chciał?

Pewnie trochę tak. Stworzenie autorskiej płyty jest zupełnie inną sytuacją. Pierwszy utwór, który znajduje się na płycie – 13 – napisałem właśnie trzynaście lat temu. To była robocza nazwa, która została do teraz. Następnie napisałem kolejną piosenkę i stwierdziłem, że dobrze by było bez presji wymyślić muzykę i nagrać solową płytę. Trzy lata później powstała Victoria, bo w tamtym czasie urodziła się moja córka Wiktoria. Przez trzynaście lat w naturalny sposób powstawały różne szkice, a czasami tylko część utworu lub same tematy. W końcu udało mi się poskładać to w całość, co skończyło się ostatecznie wydaniem płyty.

W jednym wywiadzie wspominałeś, że twój zespół narodził się 21 grudnia 2012 roku, na jednym z koncertów w Bielsku-Białej. Dlaczego ten koncert uważasz za punkt przełomowy dla twojego zespołu?

Wtedy posiadałem już trzy czwarte ukończonego materiału i postanowiłem spróbować, jak on zabrzmi podczas koncertu oraz jak publiczność odbierze moją twórczość. Strasznie się stresuję sytuacjami, w których jestem liderem na scenie, bo to dla mnie nowość. Zdecydowanie wolę, jak gram z Golcami, Apostolisem lub Wojtkiem Karolakiem. Wtedy nie mam problemu, że muszę mówić do mikrofonu. Wystarczy mi basówka i jestem całkowicie spokojny. Jak idziemy do radia lub do telewizji udzielić wywiadu, to chłopaki odwalają czarną robotę, a ja sobie spokojnie siedzę. Po prostu mikrofon niesamowicie mnie stresuje. Jednak bardzo chciałem spróbować swoich sił jako bandlider. Zaprosiłem Roberta Lutego (perkusja) i Pawła Tomaszewskiego (instrumenty klawiszowe) do mojego trio. Zrobiliśmy dwie próby, z których jedna już była koncertem [śmiech]. Nagle okazało się, że rzeczywiście nie najgorzej to w całości brzmi. Oczywiście było to pierwsze podejście do materiału. Nagraliśmy cały koncert, który odsłuchałem na spokojnie, jak doszedłem do siebie, tydzień później. I stwierdziłem, że warto dalej w tym kierunku pracować.

Jak odbierasz reakcje publiczności na swój materiał?

Przyznam szczerze, że w ogóle tego nie czuję, ponieważ działam w ogromnym stresie. Z premiery płyty, która odbyła się 18 lutego na Zadymce Jazzowej w Bielsko-Białej, nie pamiętam nic [śmiech]. Pamiętam, że musiałem wspomagać się płytą, żeby wiedzieć, co gramy. A graliśmy kolejność dokładnie z płyty. Na koniec przez przypadek nie przedstawiłem jednego muzyka z zespołu. Na szczęście pianista Michał Rorat, który brał udział w nagraniu tej płyty, zachował czujność i przypomniał mi o tym. Te sytuacje są dla mnie zupełnie nowe i mam nadzieję, że przez najbliższe pięć lat zagram trochę koncertów, aby się z tym oswoić. Może mi będzie lepiej szło i zapamiętam wreszcie jakiś swój koncert [śmiech].

Jako muzyk jesteś na scenie już od wielu lat i obycie sceniczne masz chyba opanowane do perfekcji?

Można tak powiedzieć. Mam już za sobą około dwadzieścia pięć lat grania. Wszystko zaczęło się od grania z moim tatą. Ale, jak wcześniej mówiłem, zupełnie inna jest sytuacja, jak gram w zespole, w którym jestem tylko basistą. Wtedy jestem zadowolony, że wykonuję tylko swoje obowiązki i nie wychodzę ponad to. Dla mnie to dużo mniej stresujące, lepiej się czuję w takiej sytuacji, bo lepiej ją znam.

Jaka muzyka cię inspiruje? Czy grasz na basie elektrycznym, bo usłyszałeś kiedyś płytę Jaco Pastoriusa czy wręcz odwrotnie – stało się tak przez przypadek, a w domu słuchasz zupełnie innej muzyki?

Słucham bardzo różnej muzyki. Wszystkie numery, które znajdują się na moim krążku, powstały także dzięki wrażliwości muzycznej, którą w sobie wyrobiłem, słuchając muzyki. Moim guru jest John Patitucci, który gra na basówce, ale także na kontrabasie. Utwory z mojej płyty powstawały przy świetle księżyca, w zupełnej ciszy. W Bielsku-Białej jest lotnisko rekreacyjne, gdzie często chodzę w nocy z basówką, żeby poćwiczyć, właśnie ze względu na ciszę. Piosenki powstawały przy księżycu na przejrzystym niebie, z widokiem na miasto. Lotnisko położone jest bardzo wysoko i widać stamtąd całą miejscowość. To bardzo piękny i inspirujący dla mnie widok.

Jesteś aktywny w mediach społecznościowych i z twoich facebookowych wypowiedzi wywnioskowałem, że naprawdę lubisz ćwiczyć.

Uwielbiam, nie potrafię bez tego żyć. Jednak jak jestem dwa tygodnie w trasie, to zdarza się, że nie mam możliwości normalnie ćwiczyć. Natomiast jak jestem w domu, to jeden dzień bez basówki powoduje, że jestem bardzo sfrustrowany. Niestety odczuwa to cała rodzina, ale staram się im to wynagrodzić wypadem na pizzę albo na lody. Jestem jednak naprawdę zły na siebie, że nie poćwiczyłem i nie wykorzystałem czasu, który miałem. Ta złość jest niepotrzebna, bo po przerwie jedno- lub dwudniowej włącza się jeszcze większy apetyt na ćwiczenia. Poza tym dobrze jest czasami odpuścić, bo wtedy też pojawiają się całkiem nowe, fajne pomysły. Zdarza się również, że dzwoni do mnie Krzysiek Maciejowski, skrzypek, z którym wykonałem pierwszy utwór na płycie, i pyta, czy jedziemy na lotnisko poćwiczyć. Zawsze się zgadzam i spędzamy tam sporo czasu, pijąc herbatę [śmiech]. Chyba już od piętnastu lat mamy pomysł, żeby na tym lotnisku zrobić duży jazzowy festiwal plenerowy. Im dłużej tam siedzimy, tym więcej edycji mamy zaplanowanych. Mamy już program do 2050 roku [śmiech].

Jeśli masz możliwość, to ile czasu dziennie poświęcasz na granie?

Staram się ćwiczyć cztery godziny dziennie.

W dzisiejszych czasach wielu muzyków grając używa loopera gitarowego. Czy to nie jest troszeczkę oszustwem?

Tak, przecież to nie jest żywy muzyk. To jest świetna zabawka, poza tym też bardzo dobra do ćwiczenia. Nie wiem, czy wszyscy tak mają, natomiast zupełnie inaczej słyszę siebie, jak gram na żywo, a zupełnie inaczej, jak puszczam sobie to, co zagrałem. Uważam, że jest to świetna szkoła, dlatego że wszystkie drobnostki, niedociągnięcia czasowe, artykulacyjne i dynamiczne wychodzą właśnie w trakcie odsłuchiwania swojej gry. Bardzo często ćwiczę w ten sposób etiudy wiolonczelowe Duporta i Wiłkomirskiego. To są bardzo dobre materiały do tego, żeby poznać gryf instrumentu i trochę otworzyć ucho. Muzyczną biblią dla muzyków jazzowych jest Real Book, z wieloma standardami jazzowymi. Jest też aplikacja do telefonu iReal. Czasami robię sobie eksperyment, że włączam coś, czego zupełnie nie znam, i próbuję to odtworzyć. Oczywiście na początku jest tragedia, bo nie jestem w stanie uchwycić nawet dwóch taktów, za którymi mógłbym pójść i rozbudować myśl improwizacyjną. Ale po dwóch godzinach wiem, co to za piosenka i jak się układa harmonicznie.

Jakie płyty muzyczne znalazłbym w schowku twojego samochodu? Czego słuchasz na co dzień?

W schowku mam bardzo dużo muzyki. Mam płytę Johna Mayera w trio z Pino Palladino i Stevem Jordanem na bębnach, płyty Kuby Badacha w każdym wykonaniu. Nawet moje dzieci puszczają sobie Kubę Badacha w samochodzie i śpiewają jego piosenki, niezależnie od tego, jaki to jest materiał, czy to jest Zaucha, czy Poluzjanci, czy Oldschool. Zawsze przy sobie mam płytę Alegria Shortera. Dodatkowo mam różne stare nagrania zespołów, do których ostatnio wróciłem. Takie jak H-Blockx, Dog Eat Dog lub Offspring, których słucham bardzo głośno i tylko jak jeżdżę sam. Muzyka, której słucham, jest bardzo zróżnicowana.

A słuchasz płyt basistów?

Ostatnio coraz mniej. Raczej więcej słucham innych instrumentalistów. Natomiast w prawie każdym zespole jest jednak basówka.

Dźwięk basówki ma taki kolor, że solo ciężko się broni. Często muzycy szukając inspiracji do improwizacji słuchają saksofonistów.

Tak, oczywiście słuchałem Željkę Barača i Charliego Parkera. Nawet kupiłem sobie w Stanach książeczkę Charliego Parkera Omnibook, w której są wszystkie jego solówki rozpisane w kluczu basowym, na przykład Confirmation oraz wszystkie poważne standardy. To się dużo lepiej czyta niż w kluczu wiolinowym. Jak trzymam basówkę, to myślę w kluczu basowym, mimo że gra na fortepianie była obowiązkowa w szkole muzycznej i trzeba było korzystać z zapisów w kluczu wiolinowym.

Czy oprócz gitary basowej i fortepianu są jeszcze jakieś instrumenty, z którymi masz kontakt?

Podejrzewam, że gdybym nie był basistą, byłbym perkusistą. Bardzo mi się podoba ten instrument i zdarza mi się czasami poćwiczyć na perkusji mojego taty. Sporadycznie wracam także do grania na wiolonczeli, na której w podstawówce grałem osiem lat. Na wiolonczeli gra też moja córka Wiktoria, która jest w piątej klasie szkoły muzycznej. Uczęszcza do tej samej nauczycielki, która mnie uczyła. Teraz żałuję, że nie podszedłem do tego instrumentu bardziej poważnie, chociażby dlatego, że słucham dosyć często Larsa Danielssona, który jest mistrzem gry na kontrabasie i wiolonczeli. Uwielbiam brzmienie wiolonczeli na Alegrii Shortera. Wiolonczela ma piękny dźwięk. Nawet mi nie przeszkadza, jak Wiktoria czasem zafałszuje, tym bardziej, że szybko wraca do właściwego dźwięku.

Dla basisty, jako jednego z muzyków sekcyjnych, bardzo ważna jest współpraca z perkusistą. W trio Apostolisa grasz z Krzyśkiem Dziedzicem, o którym ktoś kiedyś powiedział, że to jest łobuz na bębnach. Rzeczywiście jest coś takiego w jego sposobie grania, że na bębnach strasznie rozrabia. Jak ty dobierasz muzyków do zespołu?

Kiedy dobierałem muzyków, to robiłem eksperyment, żeby wyłonić tych, z którymi nagram płytę. Na początku zagrałem materiał z Robertem Lutym i Pawłem Tomaszewskim, później grałem ten materiał z Łukaszem Żytą i z Piotrkiem Wyleżołem. Następny skład był także z Piotrkiem Wyleżołem, ale właśnie Krzysiek Dziedzic zagrał na perkusji. Zagrałem także koncert z Pawłem Dobrowolskim i Pawłem Tomaszewskim. Finalnie na premierze wystąpiłem z Tomkiem Torresem. Chyba jednak powinienem zmienić nazwę mojego zespołu, ponieważ w kulminacyjnym punkcie koncertu na scenie moje trio składało się dziewięciu muzyków [śmiech].

autor: Jerzy Szczerbakow

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 04/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO