Schmidt
Wywiad

Marek Napiórkowski i Artur Lesicki: Cząstka świątecznej magii

Obrazek tytułowy

Marek Napiórkowski & Artur Lesicki – Nocna Cisza

fot. Iza Grzybowska

Jest ich dwóch. Grają na gitarach. Z niemałym sukcesem dali o sobie znać pięć lat temu, kiedy albumem Celuloid złożyli hołd polskim kompozytorom muzyki filmowej. Płyta ta był nominowana do nagrody Fryderyk 2016 jako Album Roku. Marek Napiórkowski i Artur Lesicki – przyjaciele ze szkolnych lat – powracają z drugim wydawnictwem. Tym razem jednak jest to materiał mocno związany z czasem świątecznym. Muzycy na warsztat wzięli świąteczne melodie – kolędy, które zaaranżowali w otwartej formule, wzbogacając zapisane tematy o improwizacje. Jak twierdzą, zaaranżowane przez nich melodie są uniwersalne i tak piękne, że można ich słuchać przez cały rok. Kiedy wybrali repertuar, pracowali nad nim osobno, po czym dopracowywali tak, by całość brzmiała świeżo, a przede wszystkim jak ich muzyka. Pomysły na opracowanie poszczególnych melodii pojawiały się nierzadko poprzez emocjonalne skojarzenia związane ze wspomnieniami dotyczącymi danej kolędy i ciepła spędzonych z bliskimi świąt. Gitarzyści na nowo odczytują znane nam melodie, nie odrzucają przy tym ich prostoty, pokazując, że to w niej tkwi ich piękno.

Mery Zimny: Skąd pomysł na kolędy?

Artur Lesicki: Mówi się żartem, że każdy artysta musi kiedyś nagrać płytę z piosenkami świątecznymi… Mówiąc poważnie, początkowo szukaliśmy inspiracji w estetyce ludowej, myśląc o przełożeniu na język jazzu i brzmień akustycznych tradycyjnych, polskich melodii. Odniesienie do kolęd, pastorałek pojawiło się w tym kontekście, gdyż dokładnie taki jest ich rodowód – ich bazą są często melodie ludowe. Proste, a zarazem piękne i dające ogromne możliwości reharmonizacji. Dopiero późniejsze dopisanie do nich tekstu nadało im znaczenie liturgiczne. Spotykając się z tą materią, doszliśmy do wniosku, że na jej bazie możemy stworzyć muzykę niekoniecznie mającą związki jedynie z okresem świątecznym. Nasze inspirowane kolędami aranżacje są naprawdę inne, bez problemu można słuchać ich przez cały rok.

Co zdecydowało o doborze repertuaru? Sentyment i własne upodobania czy raczej ciekawe możliwości aranżacyjne konkretnych melodii?

Marek Napiórkowski: Postępowaliśmy podobnie jak w przypadku Celuloidu, poddając aranżacyjnej obróbce tylko te utwory, które dawały nam szansę, by przemówić własnym głosem i stworzyć nowe, ciekawe i niosące emocje miniaturki. Wiedziałem od razu, że chciałbym, by na płycie pojawiło się Nie było miejsca dla Ciebie. Wiąże się to z odległym wspomnieniem sytuacji, w których mama zawsze musiała małego Mareczka wyprowadzać z kościoła, bo się przy tej melodii bardzo wzruszał i zalewał łzami [śmiech].

Świątecznych płyt, przeróżnych aranżacji kolęd jest mnóstwo. Zwrócić uwagę na swoje wydawnictwo w tym natłoku to sztuka. Wy podjęliście podwójne wyzwanie, wydajecie bowiem płytę czysto instrumentalną…

AL: Czysta forma. Szlachetne brzmienie różnego rodzaju gitar akustycznych, pochodzących z najlepszych światowych pracowni lutniczych… To jest nasza estetyka, chcemy słuchacza z nią zapoznać. Ta płyta była nagrywana na tzw. setkę, czyli graliśmy całe utwory wspólnie w studiu, bez pomocy żadnej elektroniki. Tak gramy od dawna i uważamy to za nasz atut i coś, co nas wyróżnia.

Lubicie słuchać kolęd i świątecznych melodii? Magia świąt jest dla was ważna?

AL: Magia świąt istnieje, jestem o tym przekonany! Zwłaszcza odkąd mam dwie małe córki i przeżywam z nimi te chwile, chyba nawet intensywniej, niż kiedy sam byłem dzieckiem. Niekoniecznie musi to mieć związek z jakąkolwiek religią. Dla mnie osobiście istnieje jako poczucie wspólnoty, wyjątkowości przebywania razem i obdarzania się wzajemnie miłością i prezentami od Mikołaja [śmiech]. Muzyka może być dopełnieniem tych chwil i mam nadzieję, że udało nam się zawrzeć na naszej płycie choć cząstkę tej świątecznej magii.

Czy waszym celem było umilenie słuchaczom świątecznego czasu, czy coś więcej?

MN: Przede wszystkim chcieliśmy nagrać dobrą płytę, taką, do której chce się wracać. Może trudno sobie wyobrazić, że ludzie będą chcieli słuchać tej muzyki poza świątecznym czasem, ale pracując nad płytą, nie myśleliśmy o jej okolicznościowym charakterze. Oczywiście są to utwory świąteczne, ale traktujemy je jako standardy – jako piękne preteksty do improwizacji i próby wzruszenia słuchaczy. To szlachetne melodie, które przetrwały przez dziesięciolecia dzięki swojej urodzie. Myśląc o tej muzyce, nie czułem więzi z ich sakralnym wyrazem, a bardziej z siłą tradycji i tym, co zapisane w osobistych wspomnieniach.

nocna_cisza_okladka_Easy-Resize.com.jpg

Na pewno na tle świątecznych płyt wasze wydawnictwo wyróżnia okładka – zupełnie nieświąteczna. Dlaczego?

MN: Okładkę zaprojektował Macio Moretti, człowiek wielu talentów. Kiedy przyszedł nam do głowy pomysł, by go zaprosić do współpracy, odwiedziłem Macia u niego w domu i długo rozmawialiśmy o koncepcie, także o tym, by na okładce nie było pyzatego Mikołaja albo nas w sweterkach z reniferami. Tak jak muzyka, mimo ewidentnego kontekstu repertuarowego, nie zawiera odgłosów dzwoneczków zawieszonych u sań, tak i okładka jest minimalistyczna i pozbawiona dosłowności. Macio zrobił świetną robotę i stworzył piękną okładkę, podkreślającą intymność przeżycia duchowego podczas kultywowania tradycji.

Pamiętam, Marku, w jednym z wywiadów mówiłeś, że lubisz tworzyć muzykę, która brzmi przystępnie, ale wykonawczo jest trudna. Czy tutaj, w aranżacji było podobnie?

MN: No tak... Trochę się trzeba było napracować, by te opracowania brzmiały naturalnie i swobodnie. Jednak wierzę, że słuchacz nie musi podczas odsłuchu trzymać za nas kciuków byśmy wszystko ugrali [śmiech]. Informacji muzycznej w tych aranżacjach jest niemało, poza tym gitary akustyczne niczego nie wybaczają – trzeba wszystko, jak mówimy potocznie, docisnąć. Jest na płycie kilka wymagających fragmentów, jak na przykład, przełożone na język gitar, stworzone przez Witolda Lutosławskiego opracowanie kolędy W żłobie leży pochodzące ze zbioru 20 kolęd na głos i fortepian z 1946 roku. To jedyna nie w pełni nasza aranżacja. Po temacie gramy w niej zupełnie otwartą wspólną improwizację, oczywiście utrzymaną w klimacie utworu.

Płyta świąteczna, ale znalazł się na niej akcent, który zauważy każdy miłośnik jazzu – muzyka Krzysztofa Komedy – coś, co wśród kolęd jest trochę niespodziewanym akcentem.

AL: Niespodziewanym, ale niesłychanie ważnym. To bardzo piękna piosenka, zarówno muzycznie, jak i pod względem warstwy tekstowej. Warto się z tym akcentem w spokoju i zamyśleniu zapoznać, korzystając z chwili świątecznego spokoju. Mieliśmy nawet pomysł, żeby tekst autorstwa Wojciecha Młynarskiego umieścić wewnątrz płyty w całości, lecz nieoceniony Marcin Kydryński napisał nam tak piękną laudację, że nie oparliśmy się pokusie jej publikacji na okładce płyty. Kompozycja Komedy Szara kolęda jest natomiast poddana przez nas istotnym zabiegom aranżacyjnym, z zachowaniem jej pierwotnego ducha, taką przynajmniej mamy nadzieję.

Materiał nagrywaliście w sierpniu. Jak to było pracować i nagrywać kolędy w środku lata?

MN: Przede wszystkim czuliśmy podekscytowanie faktem, że dopisujemy kolejny rozdział do naszej muzycznej historii, a znamy się i przyjaźnimy z Arturem od dziecka. Taka relacja buduje iście rodzinną atmosferę co, jak wierzę, słychać w naszej muzyce. Przez to, że nagrania i poprzedzające je próby odbyły się w sierpniu, doszło do małego zaburzenia czasoprzestrzennego, co w erze pandemii nie wydaje się niczym niezwykłym. Poza tym to płyta jazzowa, na której gramy piękne utwory i sporo improwizujemy – nie ograniczamy się jedynie do wykonania kolęd, ale dopowiadamy do nich swoją historię.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO