Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Krzysztof Szmańda: Za dużo analizujemy

Obrazek tytułowy

fot. Katarzyna Stańczyk

Krzysztof Szmańda – perkusista, absolwent Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (obecnie Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina). Od wielu lat związany na stałe z zespołem Orkiestry Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. W latach 2000-2002 odbył podyplomowe studia w Thornton School of Music University of Southern California w Los Angeles, gdzie doskonalił swe umiejętności między innymi u boku Petera Erskine’a, Ndugu Chanclera i Erika Forrestera. Jest współzałożycielem poznańskiej formacji Soundcheck, która ma na swoim koncie sześć płyt i zdobyła między innymi w 2005 roku Grand Prix Festiwalu Jazz nad Odrą we Wrocławiu, na którym Szmańda został także wyróżniony indywidualnie.

Krzysztof Szmańda działa w różnych projektach, ostatnio poświęcając się przede wszystkim muzyce jazzowej i improwizowanej. Współtworzy następujące formacje: Wójciński/Szmańda Quartet, Kocin Kociński Trio, Kamil Piotrowicz Sextet, KaMaSz (Kądziela, Mazurkiewicz, Szmańda), Marcin Olak Trio czy Doors Not Shut.

Aya Al Azab: Twój tryb życia jest bardzo intensywny i różnorodny. Do tego potrzeba umiejętności szybkiej adaptacji, przystosowywania się do otoczenia. Musiałeś tę umiejętność w sobie wykształcić czy jest to dla ciebie naturalne i przychodzi ci to bez najmniejszego trudu?

Krzysztof Szmańda: To jedna z bardziej interesujących i inspirujących wartości. Zmienność. Na co dzień pracuję w orkiestrze Teatru Wielkiego w Warszawie, co bardzo lubię, ale tam rzadko można doświadczyć różnorodności. Gramy oczywiście często genialną muzykę, ale moja rola jest raczej odtwórcza. Ciężko tam o jakąś spontaniczność, którą, nie ukrywam, bardzo lubię, nie tylko w muzyce, ale i na co dzień. W świecie jazzowym, czy generalnie muzyki improwizowanej, mam możliwość grania różnych projektów z przeróżnymi ludźmi, w nowych miejscach i sytuacjach. Nie zastanawiam się wtedy, jak się przestawić, tylko po prostu to robię. To bardzo rozwijające.

Na pewno potrzebna jest też umiejętność szybkiego odpoczynku. Potrafisz między jedną a drugą trasą wyłączyć myśli, wyciszyć się i odpocząć?

Czuję, że jest to umiejętność, której wciąż muszę się nauczyć, bo rzeczywiście, żyjąc na co dzień niemalże w biegu, ciężko się zatrzymać i po prostu usiąść. Na każdych wakacjach dopiero po dwóch, trzech dniach przychodzi wyciszenie myśli. Nawet czytanie książki wychodzi mi lepiej poza Warszawą, gdzie na co dzień umysł pochłonięty jest tyloma sprawami, że trudno o spokój. Duże miasta chyba tak mają – narzucają swój rytm i energię, z której ciężko się potem wyzwolić. Zazdroszczę ludziom, którzy w tłumie, w środku miasta, pomimo ataku tylu bodźców wokół, potrafią po prostu usiąść, poczytać, zrelaksować się... Dla mnie to wciąż abstrakcja.

Właściwie od kiedy ukończyłeś studia na Akademii Muzycznej w Warszawie, czynnie działasz na polskiej scenie jazzowej. Ale zanim założyłeś z kolegami poznański Soundcheck, odbyłeś studia podyplomowe w Los Angeles. Jak do tego doszło? Dlaczego akurat ten uniwersytet?

Doszło do tego całkowicie przypadkowo, bo nigdy wcześniej nie myślałem, że wyjadę gdziekolwiek na tak długo. Dostałem stypendium na studia podyplomowe, będąc w warszawskiej Akademii Muzycznej. Miałem wtedy przyjemność poznać na jednym z koncertów w Akademii dyrygenta Larry’ego Livingstona, który był wówczas rektorem Thonton School of Music Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Zagraliśmy w Warszawie koncert z orkiestrą pod jego batutą, po którym kilka osób z orkiestry, łącznie ze mną, dostało zaproszenie najpierw na wakacyjne kursy muzyczne w Idyllwild w Kalifornii, a później na studia podyplomowe na uniwersytecie w Los Angeles w 2000 roku. Spędziłem tam dwa lata. Na miejscu udało mi się załapać również na dodatkowe przedmioty związane z muzyką improwizowaną, jak zajęcia z zespołu jazzowego i zestawu perkusyjnego. Spotkałem kilku świetnych pedagogów, studiowanie u nich pozwoliło mi nieco rozwinąć skrzydła. Byli to Erik Forrester, Peter Erskine, Ndugu Chancler czy też John Clayton.

Czy tamtejszy sposób edukacji i gry na perkusji zmienił drastycznie twoje podejście do tego instrumentu? Czy było to raczej łagodne przejście?

Przede wszystkim od razu zauważyłem różnicę w systemie edukacji. Studiując muzykę w Polsce, miałem wrażenie, że każdy podąża tą samą drogą, gra te same utwory, gra podobną techniką itd... W Stanach już na samym początku dziekan układając mi plan zajęć, pytał, co mnie interesuje, gdyż chcieliby dopasować program moich studiów do moich zainteresowań [sic!]. To mnie zszokowało, bo nikt wcześniej w polskiej szkole nigdy o to nie pytał. Zawsze coś mi kazano, narzucano konkretny program, nie zwracając uwagi na moje upodobania i preferencje.

Innym genialnym doświadczeniem było obcowanie z niespotykaną wcześniej przeze mnie różnorodnością w muzyce, głównie jazzowej. Wielu świetnych muzyków, z mocnym przekazem muzycznym, opartym w jakimś stopniu na tradycji, ale jednak indywidualnym. Co ciekawe, bardzo dobrze wspominam nie super gwiazdy, a muzyków kompletnie u nas nieznanych, jedynie lokalnie rozpoznawalnych – młodych, ale już dojrzałych muzycznie, intrygujących, właśnie dzięki nim pierwszy raz tak mocno poczułem, co znaczy grać „po swojemu”.

Po powrocie założyłeś własny zespół. Soundcheck był twoim pierwszym poważnym przedsięwzięciem?

Tak, wydaje mi się, że tak. Był to nasz wspólny twór ze szkolnym kolegą Maciejem Kocińskim. Spotkaliśmy się po latach i zdecydowaliśmy założyć razem formację. Pierwotny skład tworzyliśmy z Jackiem Piskorzem i Grzegorzem Warchołem. Ostatecznie zespół tworzyli z nami Krzysztof Dys i Andrzej Święs. Z Soundcheckiem w przeciągu niespełna dwóch, trzech lat udało się nam zdobyć kilka ważnych nagród, wygrać ważniejsze konkursy, co pozwoliło otworzyć kilka furtek. Ten zespół był dla nas swego rodzaju pracownią doświadczalną, w której spędzaliśmy każdą wolną chwilę. Były to dla mnie bezcenne doświadczenia. Lekcje i warsztaty w najlepszych szkołach ze świetnymi profesorami pozostaną jednak tylko wiedzą teoretyczną, którą oczywiście też dobrze posiąść, ale jednak nie zastąpią solidnej praktyki – godzin i dni spędzonych razem w zespole w sali prób czy na koncertach. Dlatego, ponieważ było to pierwsze tak poważne dla mnie doświadczenie zespołowe, z tak dużym sentymentem odnoszę się do tego kwartetu. Chociaż nie gramy za często razem, to mam nadzieję, że uda nam się jeszcze w tym roku wydać materiał, który został nagrany kilka lat temu.

Niejako z Soundchecku – bo tworzony z Krzysztofem Dysem i Andrzejem Święsem – powstał niedawno bardzo ciekawy Doors Not Shut. A może nie należy łączyć tych dwóch zespołów? Czy może jest to jakieś puszczenie oka do publiczności Soundchecku?

Nie należy ich łączyć, bo jednak filarem Doors Not Shut jest australijski perkusjonalista Philip South – serdeczny kolega, który coraz częściej gości w Polsce. Mieliśmy wspólną wizję połączenia dwóch światów – otwartej improwizacji i muzyki mocno aranżowanej, a wszystko to budowane na bogatej warstwie wielu perkusyjnych brzmień. Za to fundamentem Sounchecku jest Kocin, który odgrywa tam znaczącą rolę i komponuje większość materiału. Chociaż z Kocinem i Andrzejem Święsem gramy także w Kocin Kociński Trio, więc można rzec, że z chłopakami z kwartetu gramy w różnych konfiguracjach, niezależnie od statusu tego „rodzimego” zespołu. A to, że spotykamy się w ramach różnych składów, wynika tylko i wyłącznie z faktu czerpania przyjemności ze wspólnej gry z przyjaciółmi. Znamy się dobrze, swój język muzyczny, znamy siebie nawzajem na wylot, co likwiduje wszelkie bariery i sprawia, że nie ma żadnych blokad na scenie.

To naturalne, że jest się swobodnym w znanym gronie. Człowiek nie obawia się niczego, wszystko jest akceptowane i nie ma czegoś takiego jak pomyłka, bo da się wybrnąć z każdych tarapatów podczas grania, co jest ogromnym komfortem i przyjemnością. A przede wszystkim czystą radością z grania z ludźmi, których się lubi i z którymi się przyjaźni. To samo dotyczy z resztą Doors Not Shut i innych zespołów, w których biorę udział.

Nie zawsze jednak da się grać tylko z przyjaciółmi. Współpracujesz z wieloma składami, uczestniczysz w różnych projektach teatralnych, operowych, jazzowych. W jaki sposób potrafisz połączyć tę różnorodną działalność, pogodzić tak odmienne projekty i jednocześnie nie stracić tej pełni zaangażowania w każdy z osobna?

Oczywiście zawsze jest dobrze pracować z przyjaciółmi, ale równie potrzebna jest otwartość na nowe sytuacje. One zawsze są nowym wyzwaniem, a dzięki temu można się rozwijać. Cieszy mnie każdy nowy projekt, nieważne, z jakiej muzycznej szuflady wyskoczył. Z kolei kwestia samego zaangażowania to sprawa indywidualna. Ważne, by w każdym z projektów było coś interesującego, coś, co sprawia, że się do tego wraca, nie zważając na to, czy dotyczy muzyki, której zwykło się słuchać. Nawet jeśli to wymaga wyjścia poza strefę swojego komfortu – to zawsze jest wyzwanie i okazja do poznania czegoś nowego. Fajna jest chyba świadomość, że się nie stoi w miejscu.

Skupmy się zatem na jazzowych projektach. Jaka jest historia współpracy z Kamilem Piotrowiczem? Skąd się znacie?

Znowu, spotkaliśmy się trochę przypadkiem. Kamil znał Andrzeja Święsa i mnie właśnie z kwartetu Soundcheck. Później, po latach się przyznał, że był naszym fanem i słuchał naszych płyt. Kilka lat temu zadzwonił do mnie, kiedy miał już swój kwintet, wydał płytę i myślał o założeniu sekstetu. Zapytał, czy nie chcielibyśmy zagrać z nim koncertu. Nie spodziewałem się, że wyniknie z tego dłuższa współpraca, ale grało się wspólnie od początku bardzo dobrze. Niezmiernie cieszy mnie ta współpraca. Zaimponowało mi młode pokolenie, jego otwartość, świadomość i odwaga w graniu, a przy tym doskonałe wyszkolenie techniczne.

Skąd wynika ta wyjątkowość młodego pokolenia? Pomijając fakt, że jest coraz więcej w Polsce wydziałów jazzowych.

Właśnie z tego, o czym wspominałem wcześniej. Ja i moi rówieśnicy doświadczyliśmy schematycznej edukacji, która prowadzi każdego tą samą drogą, bez uwzględnienia indywidualnych predyspozycji. Kamil oraz wielu jego rówieśników doświadczyło studiów poza Polską. To zawsze rozszerza horyzonty. Ucząc się w szkołach w Kopenhadze lub Berlinie, gdzie pielęgnuje się indywidualne podejście do studenta, mogli rozwinąć się w sposób otwarty i kreatywny. Absolwent takiej szkoły wraca bardziej świadomy i, co istotne – znacznie pewniejszy siebie jako muzyk i artysta. Poza tym wydaje mi się, że generalnie całe młode pokolenie jest dziś marketingowo bardzo skuteczne. Przykładem może być choćby ostatni wyjazd sekstetu Kamila na Zanzibar w Afryce – koncert na tamtejszym festiwalu w połączeniu z warsztatami dla młodzieży oraz sesją nagraniową z tamtejszym zespołem ludowym wydaje się być nie lada organizacyjnym wyczynem, ale Kamilowi i tak wszystko udało się super ogarnąć.

Faktycznie, dość odważny pomysł. Jak wyglądał ten wyjazd? Jaki był odbiór waszej muzyki?

Głównym wydarzeniem był koncert w ramach festiwalu, który od wielu lat odbywa się w Stone Town. Spotkaliśmy tam nawet kilku duńskich kolegów, więc nie byliśmy jedynym zespołem z Europy. Miałem wrażenie, że trochę odstawaliśmy z naszą muzyką. Na pewno zaciekawiliśmy wielu słuchających, dla których nasze dźwięki wydały się czymś nowym, ciekawym, może nawet trochę egzotycznym! Natomiast znaczna większość zespołów miała repertuar gatunkowo dużo lżejszy od naszego. Pamiętajmy, że mówimy o kraju, w którym muzyka kojarzy się jednak z funkcją użytkową. Trudno tam o miejsca, gdzie głębiej przeżywa się czy kontempluje muzykę. My, po szkołach muzycznych, przyzwyczailiśmy się do grania muzyki w sposób bardzo idealistyczny, dużo myślimy i analizujemy. Tam chyba tego nie ma i czasem im tego zazdroszczę [śmiech]. Chodzi w końcu o to, aby muzyka przynosiła radość – i to zarówno słuchającemu, jak i grającemu. W Afryce po prostu się gra, ciesząc się z tego. Dlatego ta energia każdego pozytywnie zaraża. My czasem zapominamy o tej funkcji muzyki, co sprawia, że więcej jest wokół niej napięć aniżeli czystej radości.

Prowadziliśmy też warsztaty ze studentami w szkole muzycznej. Pojawiła się grupa młodych muzyków – totalnie otwartych i ciekawych świata, choć początkowo trochę zamkniętych i miałem wrażenie, wręcz stremowanych. Widocznie tam też szkoła zrobiła swoje! Rozmawialiśmy o improwizacji, o zdolności uwolnienia się od nut i zasad, o innym spojrzeniu na muzykę. Z chwilą kiedy razem zaczęliśmy grać, nagle się odblokowali. Ciekawe, że stało się to wtedy, kiedy poczuli się bezpiecznie, że nikt ich nie ocenia i niczym nie ryzykują – wtedy wszystkie hamulce puściły. Ta nagła przemiana, praktycznie z minuty na minutę, dała mi do myślenia, jak czasem niewiele trzeba, żeby kogoś szybko uczynić kreatywnym, żeby wyzwolić go z jego wszelkich rozterek, braku akceptacji, żeby cieszył się muzyką. Oczywiście dobrze jest przejść solidną drogę edukacji, często żmudną – spędzać godziny, dni czy lata przy instrumencie, ale pamiętajmy, że docelowo mamy muzyką coś dawać, zarażać emocjami, unosić jej potencjalnego odbiorcę choć na chwilę w inny świat. Podejrzewam, że ktoś zblokowany czy zblazowany nigdzie nikogo nie uniesie...

Na tych warsztatach okazało się też, że młodzi pianiści czy trębacze podczas wspólnego muzykowania siadali do bongosów, kong i każdy potrafił coś zagrać… Ciekawostka, u nas, w szkole muzycznej, perkusja dla wielu skrzypków czy pianistów jest tajemnicą, której wcale nie chcą zgłębiać, raczej omijają szerokim łukiem.

Ciekawym doświadczeniem było też spotkanie z ludowym zespołem Zawose, będącym formacją rodzinną, muzykującą ze sobą od lat. Spotkanie zorganizowane oczywiście przez Kamila. Udało się z nimi zrobić krótką sesję nagraniową, na którą specjalnie przylecieli z Tanzanii. Niestety warunki panujące w szkole nie pozwoliły na w pełni zadowalające i profesjonalne nagranie. Jeszcze nie wiadomo zatem, czy nagrany materiał da się kiedyś w jakiś sposób wykorzystać, zobaczymy. Jest to w każdym razie dla nas świetna pamiątka z tego wyjątkowego spotkania.

Współpracujesz także z braćmi Wójcińskimi. Mam trzy siostry i wiem, jaka może być specyficzna i bliska relacja z rodzeństwem, dlatego też intrygowało mnie twoje wejście pomiędzy trójkę braci. Jak wyglądała współpraca z rodziną, która zapewne rozumie się bez słów i na scenie wykorzystuje tę umiejętność? Nie czułeś jakiegoś dystansu, większej trudności?

To było dla mnie kolejne wyzwanie. Bracia Wójcińscy są świetnie zgrani i mają swoją otwartą wizję muzyki. Do ich rodzinnej formacji zaprosił mnie Ksawery, z którym znałem się wcześniej. Od pierwszego spotkania czułem, że chłopaki doskonale się muzycznie wyczuwają, pomimo widocznej różnicy charakterów – potrafią znaleźć wspólny muzyczny język i na żywo razem opowiadać muzyką fantastyczne historie. Dla mnie na wstępie była to szkoła słuchania, bo nasze koncerty od początku do końca są otwarte, nie ma nic zaaranżowanego, cechuje je ogólna spontaniczność. Każdy koncert jest inny, budujemy go przez wzajemne słuchanie i reagowanie na siebie. Z zespołem Wójciński / Szmańda Quartet uczestniczyliśmy w czerwcu 2017 roku w amerykańskiej edycji festiwalu Jazztopad, obok koncertów w Kanadzie mieliśmy możliwość wystąpić na słynnej scenie klubowej Jazz at Lincoln Center w Nowym Jorku. To była świetna przygoda.

Równie podobną otwartością charakteryzuje się koncepcja tria KaMaSz, które tworzysz z Markiem Kądzielą i Jackiem Mazurkiewiczem?

Tak, opiera się na podobnej otwartości. Choć historia tria KaMaSz jest krótsza. Nagraliśmy płytę kilka lat temu, ale dopiero niedawno ukazała się na rynku. To również formuła oparta na otwartości i spontaniczności na scenie, jednak tutaj znaczącą rolę w warstwie brzmieniowej odgrywa elektronika, sprzęt zajmuje kolegom z zespołu trzy czwarte sceny [śmiech]. To kolejne dla mnie świetne, inspirujące doświadczenie, zwłaszcza że ja z elektroniką żyję zwykle na bakier, więc wszystkie elektroniczne nowinki odkrywam po latach, kiedy te zwykle schodzą już z rynku... Ostatnio, gdy graliśmy koncert w Łodzi, stwierdziłem, że jest to jeden z niewielu zespołów, w których ustawienie perkusji na scenie przed koncertem zajmuje trzy razy mniej czasu niż ustawienie sprzętu kolegów [śmiech]. Scena wygląda przez to imponująco, ale i efekt brzmieniowy całości w moim odczuciu jest wspaniały.

Dlaczego dopiero teraz zdecydowaliście się na wydanie płyty tria KaMaSz? Daliście sobie i muzyce czas na ochłonięcie, czy raczej potrzebowaliście więcej odwagi, by ją pokazać innym?

Nie, nie. Płyta miała ukazać się już dwa lata temu, ale pojawiły się różne prozaiczne problemy, przez które nie było to wówczas możliwe. Początkowo mieliśmy wydać to na winylu, po pewnych perturbacjach jest CD. Ale mam nadzieję, że na winyl też przyjdzie czas.

Jak się po tych kilku latach odnosisz do tego materiału? Czy gdy mija ten konkretny moment tworzenia, to twoje dzieło przestaje ci się podobać?

Chyba nigdy nie jestem w pełni zadowolony ze swojego dzieła, nieważne czy ono ma tydzień czy dziesięć lat. To jest właśnie to, o czym mówiliśmy w kontekście Afryki – że my za dużo analizujemy, myślimy o tym, że zawsze można było coś zrobić inaczej, lepiej. Trzeba pozbyć się tego myślenia. Dzieło powstaje w danym momencie i jest zapisem tej chwili, potem należy je zostawić, a czas pokaże, czy ono przetrwa, czy ludzie będą go słuchali.

IMG_7907.jpg fot. Piotr Fagasiewicz

Wróćmy do początków. Masz wykształcenie klasyczne, twój tata również jest perkusistą, granie jazzu było dla ciebie czymś naturalnym. Ukończyłeś studia muzyczne, podjąłeś w sumie od razu pracę jako zawodowy muzyk. Twoje życie zdaje się być od początku zdeterminowane muzycznie. Miałeś czas na zatrzymanie i zastanowienie się nad swoją drogą, czy płynąłeś i płyniesz do dziś z obranym prądem?

Trochę płynę z prądem, aczkolwiek pojawiają się w mojej głowie raz na jakiś czas szalone pomysły, żeby coś jeszcze zmienić i odwrócić do góry nogami. Nie ukrywam, że chciałbym spróbować mieszkać w innych miastach w Europie, na przykład w Berlinie. I nawet gdy w sierpniu graliśmy z sekstetem Kamila właśnie w Berlinie, po raz kolejny pomyśleliśmy z moją żoną Lidią: „Czemu by nie spróbować osiąść tam na chwilę”. To miasto jest multikulturowe, otwarte, tolerancyjne, a i kulturalnie bardzo intensywne, no i jest blisko Polski, a więc nie przekreślałoby to aktywności zawodowej również i tutaj. To taki abstrakcyjny pomysł, czas pokaże, czy coś z tego będzie. Na razie jestem i pracuję tutaj, czyli chyba płynę z prądem...?

I nawet jeśli odwróciłbyś życie do góry nogami, to wciąż związane byłoby z muzyką? Nie masz czasem ochoty, na przykład, rzucić wszystkiego, kupić kozę i produkować sery na Kaszubach?

Sery może nie, ale mam czasem ochotę... otworzyć serwis rowerowy! Nie wiem, czy to kwestia wieku i mijających lat, ale odkrywam, że coraz częściej czerpię przyjemność i ładuję akumulatory przez robienie rzeczy niezwiązanych z muzyką – czy to jeżdżenie rowerem po górach, czy właśnie naprawianie rowerów, czy choćby gra w tenisa stołowego z moim tatą lub panem Ksawerym Wójcińskim – to wszystko zawsze dobrze oczyszcza głowę z wszelkich zmartwień i niepotrzebnych trosk.

Czyli wracamy znowu do tematu przesadnego myślenia podczas grania. Potem potrzebujecie takich ucieczek...

Ja na pewno. Kiedy mam czasem nawał pracy, związany z nawarstwieniem się różnych projektów – tęsknię za zajęciem, które nie wymagałoby ode mnie wielkiego myślenia, a zwłaszcza zaangażowania emocjonalnego, za konkretnym celem do zrealizowania, który można osiągnąć, zamknąć i nie zastanawiać sie późnej w nieskończoność, na ile lepiej lub inaczej można było do tego podejść. Dlatego wspomniany abstrakcyjny nieco pomysł serwisu rowerowego. Jak się domyślam, zmiana łańcucha lub klocków hamulcowych nie wymagałaby ode mnie angażowania tylu emocji, a żadną wykonaną dobrze naprawą nie zaprzątałbym sobie później głowy. W muzyce z kolei to analityczne podejście sprawia, że więcej myślimy, niż gramy lub słuchamy, i to chyba najbardziej męczy, a na scenie wręcz często odbiera wrażenie spełnienia.

Czyli wszyscy chorujemy na perfekcjonizm...

Tak, ale może z drugiej strony też i o to chodzi... Gdyby żyć tylko radością z grania, bez przemyśleń i wyciągania wniosków, to może szybko by się nam to znudziło. Radość przecież nie może trwać wiecznie, a i muzyka może mieć wiele ról do odegrania. To wieczne dążenie do doskonałości, przemyślenia, szukanie w muzyce różnych, nie zawsze łatwych rozwiązań – może to jest właśnie pociągające, sprawia, że pogłębiamy to, co robimy, i rozwijamy się...

Zatrudniony jesteś na stałe w zespole orkiestry Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie. Czy ten stały związek z teatrem jest wynikiem przypadku, potrzeby pracy, a może teatr żyje w tobie głębiej?

Moja przygoda z tym teatrem trwa od wielu lat, bo rozpoczęła się na początku studiów. Wtedy jeszcze się nie zastanawiałem, co chcę grać i gdzie chcę wylądować. Życie przymusiło mnie do podjęcia pracy, bo przecież trzeba było z czegoś żyć. Kiedy jechałem potem do Stanów na studia, teatr umożliwił mi skorzystanie z dwuletniego urlopu, tak żebym miał do czego wracać.

Wtedy opera nie była moją ulubioną muzyką. Paradoksalnie dopiero kiedy na dobre pochłonęła mnie działalność w innej dziedzinie muzyki, odkryłem teatr na nowo – jest to zupełnie inny, ale fascynujący świat. Tam też się spełniam, pomimo że w muzyce klasycznej perkusja zwykle nie jest dominującym instrumentem, ale za to w muzyce XX wieku jest już co grać. W operze doceniłem wielu genialnych kompozytorów, uwielbiam Pucciniego, Bartóka, Prokofiewa czy Strawinskiego.

Na co dzień masz do czynienia z różnymi stylistykami i formami, potrafisz powiedzieć, jaka muzyka jest ci najbliższa? Może dopiero twoja autorska, solowa płyta pokazałaby prawdziwego Szmańdę i jego upodobania?

To niełatwe dla mnie pytanie. Jeszcze do niedawna naprawdę do końca nie wiedziałem, co chciałbym na poważnie grać, byłem chyba łasy na różne odmiany muzyki... Myślę, że ze wszystkimi zespołami, zaczynając od Soundchecku, a kończąc na Doors Not Shut, w pełni się utożsamiam i identyfikuję. Cenię w muzyce wolność, przestrzeń i tak zwany czynnik ludzki.

Co do solowego materiału, to wciąż do niego dojrzewam, choć na razie nie jestem jeszcze chyba gotów. Póki co najwięcej energii czerpię na scenie od ludzi, z którymi gram. Koncert to zawsze taka rozmowa kilku osób, często burzliwa. Rozmawiamy ze sobą, inspirujemy się, dajemy sobie kopa, opowiadamy wspólnie jakąś historię. Podziwiam tych, którzy grają improwizowane koncerty solowe. To trochę inna bajka niż w zespole, sam rozkładasz napięcia, sam budujesz dramaturgię, myślę, że może kiedyś dojrzeję do tego pomysłu, ale na razie nic na siłę. Teraz czerpię inspirację z projektów, w których biorę udział. Spełniam się tu, gdzie jestem.


tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 10/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO