Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Maciej Maleńczuk: są zaborcze i zazdrosne o siebie nawzajem

Obrazek tytułowy

fot. materiały prasowe

– Are you Maleńczuk? – Yes, I am. – I want to play with you. – Okay! Rozmowa ta miała miejsce po jednym z koncertów podczas Warsaw Summer Jazz Days 2016. W grupie, której przewodził gitarzysta Marc Ribot, grał między innymi amerykański jazz-rockowy perkusista Calvin Weston. Artystę tego bardzo ceni Maciej Maleńczuk, jeden ze stałych bywalców Festiwalu, który już wtedy nosił się z zamiarem nagrania drugiej jazzowej płyty. Pamiętnego wieczoru pomyślał, że chciałby grać właśnie z takim perkusistą jak Weston, jednak po koncercie, choć stali niedaleko siebie, nie miał odwagi do niego podejść. Współpraca była im jednak pisana, gdyż Weston sam go zaczepił, mówiąc, że chce z nim grać. W taki sposób doszło nagrania drugiej w dorobku Macieja Maleńczuka płyty o jazzowym idiomie The Ant.

Maciej Maleńczuk: Zanim doszło do wspólnej gry z Calvinem Westonem, miało miejsce inne znaczące wydarzenie. Krążek Jazz For Idiots otrzymał status Złotej Płyty i z tej okazji graliśmy duży koncert w Teatrze Roma. Tuż przed wyjściem, pomimo ostrzeżeń, mój zespół zaczął jeść. Oczywiście nie posłuchali mnie, nażarli się i podczas koncertu zaczęli przysypiać. Stałem na scenie z saksofonem jak idiota i nie mogłem nic zrobić, bo czekałem na swoją partię. W dniu, w którym otrzymaliśmy Złotą Płytę za Jazz For Idiots, rozwiązałem band i wszystkich wyrzuciłem. Wtedy właśnie zrozumiałem, że to wszystko było fajne, dopóki nie było do końca dopięte i musieliśmy się ratować improwizacją. W końcu po wielu koncertach nastąpił taki moment, kiedy zespół mi się rozleniwił. Spłynęło na nich typowo polskie myślenie na temat jazzu, to znaczy, że ma być nudno, powoli… a solówka to takie plumkanie. Dlatego właśnie wszystkich zwolniłem i pomyślałem, że muszę do sprawy podejść inaczej. Chciałem nagrać nowy, zdecydowanie ostrzejszy materiał.

Mery Zimny: Miałeś już wtedy koncepcję nowego albumu?

Miałem już kompozycje! Cały proces związany z wydaniem płyty trwa. Już teraz, kiedy ukazuje się The Ant, mam materiał na połowę kolejnego krążka. To jest tak, że kiedy regularnie ćwiczysz i masz częsty kontakt z instrumentem, to w zasadzie każdego dnia coś komponujesz. Mam w sobie coś takiego, że przychodzi mi to łatwo, cały czas to robię, ciągle łapię jakąś frazę, którą później rozbudowuję. W dość krótkim czasie po zarejestrowaniu Jazz For Idiots miałem już kolejne kilkanaście, ewidentnie jazz-rockowych, kompozycji. Nie chciałem nagrywać z pianinem, musiałbym wtedy zdać się na sekcję rytmiczną, a liczyć na kolegów w tym kraju, to lepiej od razu liczyć na siebie, a ich zwolnić.

Poza tym chciałem na tej płycie mieć gitarę. Znalazłem jednego z lepszych rockowych muzyków, wysłałem mu dema, przyjechał do mnie i pograliśmy ten materiał. Wszystko było fajnie do momentu, kiedy zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że gdyby płyta odniosła sukces i doszłoby do koncertów, dla niego byłby to problem. Ma bezpieczną, ciepłą posadkę u znanej wokalistki, którą musiałby zostawić i zacząć się znowu tułać. Nie wiadomo, ile z tego będzie pieniędzy, ile koncertów, czy dopisze publiczność… a jemu już było dobrze. Zrozumiałem, że w nim jest już emerytura.

W ogóle 90 procent polskich muzyków, kiedy załapią się do jakiegoś bandu, to trwają przy nim, rzępolą swoje, patrzą, czy kasa na koncie się zgadza i tyle, jest im dobrze. To jest właśnie emerytura. Wielu muzyków traktuje granie jak zwykłą robotę! Powtarzam takim, że jak chcą robotę, to niech chwytają za łopatę. A wracając do clou, ze mną było tak, jak z Koziołkiem Matołkiem, który chodził po świecie i szukał tego, co było blisko. Zorientowałem się, że przecież nie muszę szukać gitarzysty, bo sam nim jestem! Myślałem wtedy wyłącznie o nagraniu płyty, nie o koncertach. Jeśli odniesie ona sukces, będę zastanawiał się nad stworzeniem nowego zespołu.

DSCF1444RGB.jpgfot. materiały prasowe

Po dłuższej przerwie wróciłeś więc do gitary elektrycznej...

Nie do końca. Dzięki koncertom solowym miałem cały czas kontakt z gitarą akustyczną. Po rozwiązaniu Psychodancingu takim czasem buforowym, przed założeniem kolejnej kapeli, były występy solowe. Zadzwoniłem do jednego managera, podałem stawkę i poprosiłem, by zorganizował mi koncerty. Naprawdę nie spodziewałem się wtedy, że będzie na nie takie zapotrzebowanie! Telefon nie przestawał dzwonić… Aktualnie mam zapełniony kalendarz do końca przyszłego roku. Non stop gram solo, wypełniam te same sale, co z zespołem, a cena biletu jest ta sama, tyle że cały zysk jest dla mnie. Przypadkiem z przedsięwzięcia, które miało być tylko na chwilę, zrobił się niezły biznes. Bycie sam na sam z gitarą przez dwie godziny koncertu to naprawdę duże wyzwanie. Nie straciłem więc kontaktu z instrumentem strunowym. W związku z tym, że saksofony miałem już nagrane wcześniej do metronomu, zabrałem się za ostre ćwiczenie na gitarze. W końcu sprowadziłem Westona, który okazał się świetnym, sympatycznym gościem. Zaprzyjaźniliśmy się. Przyjechał do mojej wsi, na której bardzo mu się spodobało, wzbudzając tam niemałą sensację. Jest potężnym czarnoskórym gościem, mój kot przez pierwsze trzy dni omijał go szerokim łukiem. Zamknąłem go u siebie i ćwiczyliśmy dotąd, aż materiał był gotowy. Potem weszliśmy do studia i wszystko poszło już bardzo szybko. Weston jest wybitnym muzykiem, bo powiedzieć, że perkusistą, to za mało. Ich rolę często umniejsza się w naszym kraju, ale brakuje też tak świetnych muzyków, jak on.

Jak to? Dobrych jazzmanów w Polsce przecież nie brakuje.

Też tak słyszałem, ale kogoś takiego jak Weston to w Polsce nie ma. On łączy w sobie siłę metalowego perkusisty i rockowy power, jednocześnie to niesamowicie wrażliwy gość. Wspaniały artysta, bardzo szybko się dogadaliśmy. Całą sesję poprowadziłem od gitary elektrycznej. Na potrzeby tej muzyki wymyśliłem coś takiego jak „californian part”. Na saksofonie podawałem melodyjny, jazz-rockowy temat, po czym wchodziła część kalifornijska, która nie ma wiele wspólnego z tematem. Taka odskocznia, która ma się tak skotłować, by w końcu doprowadzić do tematu końcowego. Mam nadzieję, że ten zamysł nam się udał. Utwory są krótkie, ale bardzo dużo się w nich dzieje. W środku jest sporo ciężkiego grania i riffów, które wymyślałem już w trakcie nagrania, w studiu.

Czy na tej płycie gra ktoś jeszcze? Materiał brzmi bardzo gęsto, dużo tam się dzieje.

Nie, zrobiliśmy to we dwóch. No dobrze, pojawia się jeszcze bas, ale cała reszta to efekt naszej pracy. Perkusja Westona oraz moje gitary, saksofony – od sopranowego po barytonowy i elektronika, którą też obsługiwałem. Grałem na przykład na takiej gitarowo-basowej 12-strunowej hybrydzie. Na początku obawiałem się, jak będzie brzmiała z saksofonem, okazało się jednak, że efekt jest świetny. Nakładałem na siebie dźwięki zwykłej gitary akustycznej i tej 12-strunowej, wstawiałem też gitarę elektryczną, mamy więc całą ferię gitar. Jestem dumny, że udało mi się tę płytę nagrać bez pianisty, poza kilkoma momentami, gdzie pojawia się additional piano. Całość przygotowaliśmy, posługując się wszystkimi możliwościami studia. To wcale nie jest tak, że kiedy grasz jazz, czy w ogóle muzykę ambitną, to nie możesz użyć samplera. Niby czemu nie? Wykorzystałem więc wszystko, co oferowało studio nagraniowe, żeby zrobić dobrą muzykę i żeby wszystko jak najlepiej brzmiało. Sama forma pracy była bardzo jazzowa. Przed wejściem do studia nie wiedziałem wielu rzeczy, zwłaszcza jeśli chodzi o części kalifornijskie, dlatego powstawały one w czasie rzeczywistym nagrania. Trudno mi powiedzieć, czy to jazz, czy nie. Chciałem, żeby to był harmolodic [śmiech].

Od dawna mówiłeś o swoich fascynacjach Ornettem Colemanem i harmolodic.

Fascynują mnie przede wszystkim jego sekcje rytmiczne. Sam Coleman trochę mnie denerwuje, kiedy gra na tym swoim plastikowym alcie. To popiskiwanie… Jednocześnie bez niego to już nie jest to samo. Genialny jest jego pomysł na sekcje rytmiczne, te podwojone basy i gitary, które sprawiają, że muzyka jest gęstsza, a wszystko bardziej się kotłuje. Coleman wymyślił free jazz, a później harmolodic. Wolałbym nie używać tego określenia, ale – bardzo uogólniając – można to nazwać punk-jazzem. Moje utwory są celowo krótkie. W latach sześćdziesiątych słuchacz jazzu zażywał LSD, palił marihuanę i mógł nawet przez 50 minut słuchać My Favorite Things Coltrane’a, cały czas będąc skupionym. A teraz proszę mi znaleźć kogoś, kto tyle wytrzyma. Chodzi mi o koncentrację, zrozumienie tekstu. Dziś ludzie mają problem ze słuchaniem przez 5 minut!

Zgadza się, ale ma na to wpływ wiele czynników, cała konstrukcja świata, w którym żyjemy…

Co chwilę dzwoni telefon, przychodzą maile, gdzieś przejedzie karetka, przeleci helikopter… Żyjemy w wielopłaszczyznowym świecie, w którym brakuje czasu i możliwości na dłuższą chwilę skupienia.

Ludzie chyba w ogóle często mają problem ze słuchaniem całych płyt.

Tak, dlatego właśnie przy okazji nowego krążka napisałem coś w rodzaju odezwy. Apeluję w niej do słuchacza, by posłuchał dwóch, trzech numerów i zrobił sobie przerwę, bo na więcej i tak pewnie go nie stać lub nie da rady. Współczesny człowiek nie potrafi dłużej utrzymać koncentracji, dlatego muzyka ambitna powinna być w pewnym sensie do tego dostosowana. Jazz jest muzyką ambitną, ale też najbardziej wyrafinowanym gatunkiem muzyki rozrywkowej, a przynajmniej powinien nim być. To nie ma być Schönberg czy te wszystkie współczesne zgrzyty i świsty. Ja to lubię, bawi mnie to, ale wiem, że inni mogą sobie z taką muzyką nie poradzić. Dlatego chciałem dostosować się do współczesnego słuchacza, a może przede wszystkim do współczesnego świata.

Nasza rzeczywistość brzmi inaczej niż, powiedzmy, w latach sześćdziesiątych, kiedy jazz był na wyżynach. Żyjemy w innych realiach i albo rezygnujemy z muzyki ambitnej, gramy pop i patrzymy, ile wpływa nam na konto, albo dostosowujemy tę muzykę do naszej rzeczywistości. Wydaje mi się, że Ornettowi przyświecała właśnie taka idea, by jazz był trochę bardziej „prymitywny”, bo jest za mądry. Marsalisowy jazz stał się trochę hermetyczny, bez krawata doń nie przystąp [śmiech]. Przez to zagonił się w pułapkę marginalności i utracił swoją popularność. A przecież kiedyś był muzyką stricte rozrywkową, czymś rewolucyjnym, brudnym i bezczelnym. Co więcej, te utwory były krótkie.

I pomyślałem, że chcę grać właśnie coś takiego. Gdybym był Coltranem może pokusiłbym się na 50-minutowe improwizacje, ale nie jestem. Łatwo jest przegadać, moim zdaniem lepiej, jak jest krótko, ale agresywnie, rytmicznie, a muzyka jest zwarta i zbita, jeśli oczywiście chcemy, by słuchacz wytrzymał do końca. Chciałem też, przynajmniej częściowo, wyzbyć się harmonii, ważniejszy jest dla mnie rytm i takie flow… Lubię, kiedy wszystko się na siebie nakłada i kotłuje, tworzy się wtedy taka magma. W efekcie muzyka, która powstaje, jest wielopłaszczyznowa, tak jak nasza rzeczywistość. Każdy wyciągnie z niej coś innego dla siebie.

DSCF1649RGB.jpg fot. materiały prasowe

Magma to chyba dobre określenie dla brzmienia niektórych utworów na The Ant.

O to też chodzi w harmolodic. Trzeba też pamiętać, że jest to coś, co się przydarza. Nie wystarczy, że kapela gra, musi się dobrze rozpędzić i gdzieś w tym całym kotle, jeśli mamy dobrych muzyków, zaczyna się tworzyć pewien porządek, który wynika z bałaganu. To trochę tak, jak z Heraklitem, który szukał porządku w chaosie. Ja na swój sposób też staram się to robić. Nie mam w tym większych ambicji. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku jazzu 10 tysięcy sprzedanych płyt to platyna, ale w skali świata to przecież nic nie znaczy! Uważam jednak, że jeżeli już mam talent, to nie powinienem go marnować i wykorzystywać tylko do zarabiania pieniędzy. Moim obowiązkiem jest go rozwijać i dzielić się nim z ludźmi. Robię to oczywiście także dla własnej satysfakcji oraz z miłości do jazzu. Uważam, że temu gatunkowi coś się ode mnie należy. Od małego się nim interesowałem, znam go, choć z tym najnowszym mam może kłopot… Myślę jednak, że taki sensowny jazz skończył się z jazz-rockiem lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Są jeszcze ciekawi muzycy, na przykład James Blood Ulmer, ale on jest już stary, a ci młodsi, trudno powiedzieć, co oni grają. Nowa płyta narodziła się więc z potrzeby serca. Nie jest w całości harmolodyczna, takie są te szybkie numery, ale gram też…

...spokojniejsze. Są dwie piosenki.

Tak, melodyjne kawałki. Nadal nie opuszcza mnie taki tandetny romantyzm.

Słychać to rozdarcie. Wiele razy mówiłeś, że masz dwie obsesje, jedną z nich jest potrzeba uwolnienia się od harmonii, drugą potrzeba tworzenia pięknych melodii. Obydwie na tej nowej płycie realizujesz.

Co jakiś czas, kiedy na przykład gram na saksofonie, przychodzi do mnie jakaś piękna melodia, która okazuje się banalna, gdy zagram ją na gitarze. Od tego jednak nie ma ucieczki, człowiek ma serce i rozum. W mojej głowie kotłują się ambicje, pomysły, ale czasami serce bierze górę i wygrywa romantyzm. Sprzyja temu także życie, zakochasz się czy odkochasz, ktoś cię porzuci i musisz to z siebie wyrzucić. Na płycie The Ant są dwa utwory śpiewane, jeden polityczny, drugi obyczajowy… Cały ja.

Jest Fajnie i Nalej jej.

Tak. O tym pierwszym nie ma co rozmawiać, wszystko jest jasne. Drugi to piosenka opisująca to, co zaobserwowałem wśród młodych kobiet, czyli alkoholizm. Mało która młoda kobieta przyzna się, że ma problem z alkoholem, a rzeczywistość, która nas otacza, pokazuje, że właśnie tak jest. Stwierdziłem, że jest to problem wart podjęcia. A tak poza tym to najzwyczajniej w świecie przyczepiło się do mnie: „Nalej jej, nalej jej”. Kiedy usłyszał to Weston, to bez przerwy chodził i powtarzał „Maciej, nalej jej, nalej jej”… [śmiech]. Moja konsekwencja jest żadna, miało być harmolodic, a jest „Nalej jej”, miało być groźnie, a czasami jest romantycznie.

Miało być bez polityki...

...a jest z polityką. Ale ten brak konsekwencji mi się podoba, uważam, że do pewnego stopnia artysta powinien taki być i umieć z tym żyć. Taki chyba powinien być też jazz. U Charlesa Mingusa wyraźnie widoczne jest to połączenie konsekwencji i jej braku.

Obok piosenek są utwory instrumentalne. Przed nagraniem miałeś tylko ich zarysy kompozycyjne, tematy, reszta to improwizacja?

Części środkowe – kalifornijskie, to w dużej mierze improwizacja. Większość tych utworów zaczyna się dosyć romantycznie, ładnie i gładko, potem dopiero wkracza mocna gitara, która wprowadza chaos. Jak w naszym życiu, wszystko jest skomplikowane, nie tak jak w disco polo.

Wspominałeś, że komponowanie przychodzi ci łatwo. Kiedy pojawia się jakaś fraza, którą uznasz za godną uwagi, od razu ją zapisujesz, nagrywasz?

Nagrywam, ale niekoniecznie od razu. Jeśli fraza jest dobra, to ona do ciebie wróci. To, która z nich jest godna uwagi i rozbudowania, to już kwestia doświadczenia. Melodie, które same przychodzą mi do głowy i nie wynikają z ćwiczenia, to są najczęściej te romantyczne i śliczne. Zniewalają mnie. Muszę je z siebie wyrzucić, by przestały mnie dręczyć. Poza tym ćwiczenie, ćwiczenie i jeszcze raz ćwiczenie. Kiedy mam przerwę, nie wyjeżdżam na egzotyczne wakacje, tylko siedzę u siebie na wsi i gram. To, co widać, czyli na przykład płyta, to tylko wierzchołek góry lodowej, coś, co się udało zarejestrować i wypuścić na rynek. Nie wiesz, kim jest tak naprawdę Maleńczuk, kiedy jest w domu.

Podobno bardzo dużo ćwiczy. Na saksofonie tak poważnie grasz od 11 lat, pewnie już nie liczysz godzin w ćwiczeniówce, jak to robiłeś do pewnego czasu...

Teraz akurat znów więcej gram na gitarze, ale myślę o powrocie do saksofonu, za dużo rzeczy zaczyna mi się znów kotłować w głowie. Saksofon to wymagający instrument. Czasami nie daję sobie z nim rady na scenie. Raz na przykład miałem taką sytuację, że zrobiłem jakiś głupi ruch podczas koncertu i wybiłem sobie nim zęba. Złośliwy jest, zazdrosny, wredny. W ogóle instrumenty są zaborcze i zazdrosne o siebie nawzajem.

Saksofon to taki najważniejszy i najpierwszy dla ciebie instrument?

Gdyby nie to, że kiedyś zacząłem grać na gitarze, to pewnie by nim był.

Nie chodzi o staż i częstotliwość gry, raczej o to, jak się z nim czujesz.

Gitara też jest ważna, nie potrafię bez niej żyć. Najchętniej to przyprawiłbym sobie drugą parę rąk i grał na obydwu naraz. Może kiedyś transplantacja tak się rozwinie, że będzie to możliwe. Jeśli tak, chętnie z tego skorzystam [śmiech].

Widać, że bardzo chodzą ci palce, ciągle coś musisz z nimi robić... miętosić koszulę, uderzać o stół, szklankę...

Niestety, tak już mam, nic na to nie poradzę. Może to jakaś nerwica. W ogóle saksofon pomaga na przykład ludziom w depresji, narkomanom… Mnie pomógł wyjść z alkoholizmu. Bierzesz go do ręki i możesz się wywrzeszczeć, wyrzucić z siebie złe emocje, a przy okazji się zmęczyć. Na moje szczęście nie potrafię grać na saksofonie pod wpływem alkoholu. Na gitarze wręcz przeciwnie, do tego mogę jeszcze śpiewać, z saksofonem coś takiego nie przejdzie. Dużo ćwiczę, do niedawna potrafiłem poświęcać temu 3-4 godziny dziennie. Robiłem mnóstwo błędów, uczyłem się źle… Na saksofonie dźwięk można wydobyć na kilka różnych sposobów. Właśnie przez to poznałem nową funkcję – „zauczyć się”, czyli nauczyć się źle. Później bardzo wiele kosztuje cię oduczenie, grasz i po raz setny robisz ten sam błąd. Przeszedłem przez to wiele razy, ale dzięki temu moja nadmierna pewność siebie i jakaś taka bufonada, że jestem gwiazdą rocka, zniknęły. Kiedy po raz setny mylisz się w tym samym miejscu, pewność siebie pryska jak bańka mydlana. Zaczynasz siebie nienawidzić, uważasz się za idiotę. To bardzo pomaga na rozbuchane ego, które jest przynależne do świata rock & rolla. Bardzo łatwo popaść w przekonanie, że jesteś boski, świetny, a kiedy bierzesz saksofon, robisz się nagle taki malutki. W moim przypadku tak przynajmniej to zadziałało.

Jazz zatem pomógł ci tak bardzo życiowo. Pewnie też pozwolił odświeżyć głowę...

Zgadza się. Jedną z moich dużych motywacji było też to, by się nie zestarzeć umysłowo. Mam 57 lat, mógłbym już tylko odcinać kupony. W powszechnym mniemaniu na pewno nie jest to czas na naukę. Jednak w moim przypadku jest inaczej, uważam, że człowiek uczy się przez całe życie. Mnóstwo nauczyłem się po czterdziestce. Gdybym umarł wcześniej, nie byłbym tak pełnym człowiekiem, jakim jestem teraz. Denerwuje mnie to, że w Polsce albo jesteś młody, albo stary, nie ma okresu dojrzałości, który jest pomiędzy. Dlatego właśnie samemu trzeba sobie tę dojrzałość wywalczyć.

Zastanawiam się, jak to się stało, że choć zacząłeś go słuchać w bardzo młodym wieku...

...kiedy miałem 12 lat.

Jak to się więc stało, że nie zostałeś jazzmanem? Wielokrotnie mówiłeś, że to twoja wielka fascynacja. W autobiografii wspominałeś, że jako nastolatek grałeś free jazz na flecie, a nawet na dwóch fletach prostych.

Po pierwsze, nie miałem wtedy pieniędzy i musiałem szybko coś zarobić, dorwałem więc gitarę, która była łatwiej dostępna. Przy okazji okazało się, że potrafię też pisać teksty, w końcu sporo w życiu przeczytałem poezji i tak to się potoczyło. Drugi powód jest równie prozaiczny – nie miałem gdzie ćwiczyć. Kiedy w końcu kupiłem sobie domek na wsi po raz pierwszy mogłem zacząć regularnie grać.

Wcześniej owszem, miałem jakieś dęciaki, próbowałem grać na klarnetach, zdezelowanych saksofonach, w końcu to była komuna, o dobry instrument było naprawdę ciężko, trzeba było mieć też dużo pieniędzy. Nie było jednak możliwości ćwiczenia, saksofon jest głośny, ciągle był problem z sąsiadami, zaraz przyjeżdżała milicja. Wydaje mi się, że duży wpływ na upadek jazzu w Polsce miało to, że nie było gdzie ćwiczyć.

Przez pierwsze kilka lat mojej nauki nikt nie powinien mnie słuchać, było to męczące dla wszystkich, łącznie ze mną. W miarę kontrolowane dźwięki zacząłem wydobywać dopiero po jakichś czterech latach gry. Ten czas byłby nie do przebrnięcia w mieście. To, że zacząłem grać na gitarze i śpiewać, to był pewien życiowy przymus. Gdyby nie to, może od początku byłbym jazzmanem i grał na saksofonie. Cały ten jazz nie był i nie jest fanaberią.

Mówiłeś, że jazz grasz dla siebie, ale wspominałeś też o poczuciu pewnej misji…

Tak, chcę edukować. Uważam, że zwłaszcza w Polsce chamstwo podnosi głowę. Przed laty napisałem poemat, który nie stracił niestety na aktualności Chamstwo w państwie. To chamstwo przeszkadza nam w tym, by stworzyć dobre państwo, ciągle jest tu wojna głupich z mądrymi. Powiedzmy, że chcę zadbać o tę mądrzejszą część społeczeństwa. Nie wiem, czy ci ludzie mnie szanują, pogarda przynależna jest obydwu stronom, ale robię to dla nich. Natomiast potrzeba edukacji to taka misja od boga. Być może wzięło się to stąd, że nie zagrzałem na dłużej miejsca w żadnej szkole i teraz mam skłonność do dydaktyki, a co gorsze, moralistyki. Tylko czy ktoś taki jak ja powinien moralizować innych? A może właśnie dopiero ktoś taki jak ja może to robić? Któż to wie? Tutaj właśnie wkraczamy w sferę poezji.

Skąd tytuł płyty – The Ant?

Mrówka jest pracowita, ja też. Nieraz obserwowałem je podczas pracy, tak szybko przebierają tymi nóżkami, czasami ciągną większe od siebie przedmioty i ciężary. Poza tym są uparte! Czasami wydaje nam się, że muzyka powinna być od razu na wybitnym poziomie, a przecież ważny jest też upór i pasja, z jaką się ją wykonuje. Co z tego, że ktoś jest świetnie wykształcony, skończył prestiżowe uczelnie, jeśli gra bez emocji, na zimno. To ja już wolę kogoś, kto mniej umie i nie jest tak technicznie biegły, ale robi to z pasją, jest w nim taka zawziętość i zaciętość. Upór to coś, co bardzo cenię. Uważam, że nie tylko talent, ale właśnie upór przynosi efekty, także w muzyce. Wiele można wypracować, ale trzeba naprawdę kochać to, co się robi.

Obserwujesz polską, młodą scenę jazzową?

Tylko trochę... Jeśli będę składał nowy band, to tylko z Amerykanami. Raz, że mnie na to stać, dwa, poziom, jaki reprezentują w Polsce, jest nieosiągalny.

Wielu twierdzi, że jeśli chodzi o poziom, jazz w Polsce nigdy nie miał się tak dobrze, jak teraz.

Niech będzie, ale ja i tak wolę grać z Amerykanami, zwłaszcza tymi czarnoskórymi muzykami. Być może jest tak dlatego, że dobrze się z nimi czuję i świetnie się dogadujemy. Nie wiem, na czym to polega, ale momentalnie łapię z nimi kontakt i od razu nadajemy na tych samych falach.

Przy okazji pierwszej jazzowej płyty wspominałeś, że chciałbyś zobaczyć w końcu na koncertach nowe twarze. Udało się?

Nie do końca. Nową publiczność zyskuję głównie dzięki moim pozascenicznym zachowaniom i skandalom. To dzięki temu na moje koncerty zaczęło przychodzić więcej niż wcześniej młodych ludzi. Część też wykruszyła się sama, na przykład starsze panie, które zaczęły wychodzić, kiedy okazało się, że klnę i ostro wypowiadam się politycznie. Przez tę obrazoburczość zaczęli pojawiać się jednak młodsi. Myślę, że ludzi bardziej przyciąga właśnie to, a nie moje jazzowe wyczyny. Nie wiem, czy młodzi dziś słuchają jazzu… Poza tymi, którzy sami go grają.

Słuchają i jest ich niemało.

Świetnie, w takim razie muszę robić swoje. Nie chcę osiadać na laurach, co chwilę mam nowe pomysły i chcę je realizować. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym grać w jednym zespole 40-50 lat. To byłaby śmierć, a ja sobie takiej śmierci nie życzę.

autor: Mery Zimny

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 11/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

24 stycznia

godz: 19:00

Cory Henry

Niebo

Warszawa

20 stycznia

Gwiazdy Jazzu charytatywnie dla Dziecięcego Centrum Transplantacji

Hotel Boss

Warszawa

04 maja

godz: 20:00

Bobby McFerrin ponownie w Polsce

NOSPR

Katowice

26 stycznia

godz: 19:00

Krzysztof Herdzin solo piano

Dom Kultury Kadr

Warszawa

15 marca

godz: 19:00

Hiromi

Stary Maneż

Gdańsk

03 marca

godz: 20:00

House of Waters

Blue Note

Poznań

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO