Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Małgorzata Zalewska-Guthman: Historia opowiadana melodią

Obrazek tytułowy

fot. Alexandra Strunin

Małgorzata Zalewska-Guthman – harfistka koncertowa, grająca na harfie współczesnej, celtyckiej, elektrycznej i barokowej (arpa doppia). Występowała jako solistka między innymi z Brigitte Balleys, Francisco Araizą, Massimiliano Caldim, Chikarą Imamurą, Agnieszką Duczmal, Andrew M. Kurtzem, Januszem Olejniczakiem, Jerzym Maksymiukiem, Danielem Stabrawą oraz z Warszawską Sinfoniettą, Sinfonią Varsovią, Europą Galante, a także wieloma orkiestrami filharmonicznymi w Polsce i za granicą. W ramach programu Narodowego Centrum Kultury Kultura w sieci stworzyła projekt Classic meets jazz, którego założeniem było wykonanie kompozycji muzyki klasycznej przez przedstawicieli dwóch światów – jazzowego i klasycznego. Do tego osobliwego spotkania zaprosiła swojego męża trębacza Gary’ego Guthmana (który przygotował aranżacje), pianistę Filipa Wojciechowskiego, perkusistę Cezarego Konrada i kontrabasistę Pawła Pańtę. Świat klasyczny reprezentowali sopranistka Iwona Handzlik, wiolonczelista Tomasz Strahl, flecista Łukasz Długosz i pomysłodawczyni projektu. Koncert odbył się 7 września w PROMie Kultury Saska Kępa. Od października retransmisja wydarzenia dostępna jest w internecie.

Aya Al Azab: Koncert Classics meets jazz – zrealizowany dzięki uruchomionemu podczas pandemii programowi Kultura w sieci – powstał właśnie w czasie przymusowej izolacji czy był przygotowany wcześniej i tylko czekał na swój czas?

Małgorzata Zalewska-Guthman: Od dawna myślałam o połączeniu solistów klasycznych z jazzem. Uznałam, że potrzebne są takie inicjatywy, bo w kształceniu muzyków klasycznych brakuje rozwijania zdolności improwizowania. Naucza się studentów realizacji zapisu nutowego, natomiast nie ma improwizacji w programach szkół. A była ona obecna mniej więcej do XIX wieku. Przecież Bach, Monteverdi czy Händel to była muzyka improwizowana. Chopin i Liszt na zadany temat improwizowali podczas występów salonowych, a dopiero finalnie zapisywali fragment wyimprowizowany w formie nutowej, w której był następnie powielany i sprzedawany. Ta obsesja sprzedaży nut i partytur doprowadziła do tego, że kształcono młodych muzyków tylko i wyłącznie w czytaniu nut i zapamiętywaniu ich, natomiast nie pozwalano na dowolność. Pamiętajmy, że wcześniej we wszystkich solistycznych koncertach instrumentalnych zawsze było pole do popisu dla wykonawców w ramach kadencji, które były w założeniu improwizowane. A obecnie, od XIX wieku, trzymamy się sztywno nut, dowolność została zastąpiona notacją i ta dowolność skończyła się również w nauczaniu. Było mi tego szkoda, ponieważ lubię łamać bariery.

Przez wiele lat pracowałam w Warszawskiej Operze Kameralnej, gdzie także akompaniowałam śpiewakom, realizując basso continuo, które jest sztuką improwizacji. Dlatego musiałam się jej nauczyć. Muzycy, którzy nie wykonują basso continuo, umieją tylko biegle czytać nuty. Zawsze mnie to strasznie drażniło. Rozpuściłam się, improwizując w muzyce barokowej, więc zaczęłam stosować improwizacje, także grając na „normalnej” harfie, tak zwanej orkiestrowej (47 strun 7 pedałów). Improwizacje w czasie moich koncertów spotykały się z dużym zdziwieniem, ale i dobrym odbiorem publiczności.

Gdy zobaczyłam, że w projekcie bierze udział Gary Guthman i muzycy jego kwartetu, pomyślałam, że to jego pomysł. Nie sądziłam, że w tobie, harfistce, jest tyle jazzu!

Gary także uważa, że te dwa światy powinny współpracować blisko, natomiast to był mój pomysł. Jestem ryzykantką. Szukałam siebie w rozmaitych formacjach, dlatego gram na kilku rodzajach instrumentów, bo harfa arpa doppia, harfa gotycka i elektryczna to są zupełnie inne instrumenty, tak różne jak kontrabas i gitara klasyczna. Zawsze poszukiwałam nowych form rozwoju. Jestem muzykiem-solistką, ale też – ze względu na barierę językową Gary’ego, który na moją prośbę postanowił opuścić Kanadę – wzięłam na siebie obowiązek organizowania mu życia muzycznego w Polsce.

IMG_4382.JPG

Skąd wziął się skład na ten koncert po stronie klasyków?

To moi przyjaciele, którzy dali się namówić. Zadzwoniłam do nich i powiedziałam: „wygraliśmy grant, musimy to zrobić, teraz nie macie wyjścia” [śmiech]. Z Tomkiem Strahlem byliśmy razem na tym samym roku na Akademii Muzycznej w Warszawie. Na zajęciach Tomek zawsze zastawiał moją ławkę swoją wiolonczelą, którą lekko kopałam podczas zajęć, a on zamiast się na mnie obrazić został moim przyjacielem... Z Łukaszem Długoszem także od wielu lat współpracujemy, gramy koncerty kameralne i z orkiestrami, a z Iwonką Handzlik zaczęłam współpracę rok temu. Nieprawdopodobnie zdolna młoda sopranistka, będąca w takim momencie kariery, kiedy poszukuje się zmiany, czegoś nowego. Idealnie się złożyło, bo do takiego projektu jak nasz potrzebni są ludzie z szerokimi horyzontami i otwartymi umysłami.

Jak wyglądało przygotowanie aranżacji? Kompozycje zostały przearanżowane na jazzowy skład? Czy może zagrane przez skład klasyczny i następnie rozwinięte przez jazzowych muzyków w improwizacji?

Bardzo często jest tak, że zespoły jazzowe używają materiału klasycznego, wprowadzają temat klasyczny i rozwijają go. Ja natomiast pomyślałam, że połączymy topowych europejskich solistów, bo Tomek Strahl, Łukasz Długosz i Iwona Handzlik to jest poziom światowy, dołożymy do tego jazzowy kwartet równie wybitnych muzyków i zrobimy koncert, jakiego jeszcze nie było. Kiedy ogłoszono program Kultura w sieci, wiedziałam, że musimy to zrobić teraz, bo w zwykłych warunkach nigdy nie byłoby na to czasu. Wszyscy byliśmy dotychczas szalenie zajęci i w normalnych okolicznościach projekt nie mógłby powstać, a tu nagle zamknięto nas w domach i można było zrobić coś zupełnie innego. Namówiłam mojego męża, żeby przygotował aranżacje dziewięciu pięknych utworów – ośmiu muzyki klasycznej i jednej jego kompozycji – na jazzowo. I nie tak, że najpierw grają muzycy klasyczni, a potem się wyłączają, dając miejsce muzykom jazzowym. Tylko żeby te dwa światy się przeplatały, przenikały, żeby można było pokazać to wzajemne zrozumienie, tę wzajemną chęć budowania muzyki w oparciu o znane nam schematy, a równocześnie przełamywanie tych konwencji.

W większości tego typu projektów klasyczno-jazzowych najpierw gra orkiestra, a potem na zadany temat improwizuje jazzowy skład.

Zgadza się. W grancie zaznaczyłam, że najpierw muzycy klasyczni pokażą swój matriks i na jego bazie będą tworzone improwizacje, ale Gary jeszcze zanim zaczął aranżować, powiedział mi, że tak nie może być, bo to będzie nudne. Stwierdził, że musi nas – klasycznych wciągnąć w tę improwizowaną akcję, by pracować razem. Oczywiście nie było to tak bardzo na luzie, jak u muzyków jazzowych, ponieważ my musieliśmy dokładnie wiedzieć, gdzie są nasze wejścia. W jazzie wystarczy, że muzycy spojrzą na siebie, bo są przyzwyczajeni do intuicyjnej współpracy, a my polegamy na osobie, która wprowadza kolejne instrumenty do gry. Funkcję dyrygenta przejął więc Gary, który pomagał nam odnaleźć się i zazwyczaj dwa takty wcześniej pokazywał nam, że możemy się przygotowywać. Był band liderem dla jazzowej sekcji i dla nas. Napisał także kilka przydatnych schematów, które pomogły nam we wzajemnym odnalezieniu się.

To mogła być trudne do pokazania dla ekipy filmujące i transmitującej wydarzenie na żywo.

Umówiłam się z ludźmi ze znakomitej ekipy – Grupy Realizacyjnej Akademii Filmu i Telewizji, którzy przyznali, że czegoś takiego nigdy nie filmowali i że będzie to dla nich niesamowita zabawa. Zazwyczaj ekipa ta dostaje do czytania partytury, by wiedzieć, kto gra i „wchodzi na kamerę” w danym momencie. Przyzwyczajeni są do pracy przy nagrywaniu oper, koncertów symfonicznych. W aranżacjach natomiast, które stworzył Gary, nie ma zapisu szczegółowego, bo muzycy de facto improwizują, nie wiadomo, kto wejdzie, kto odpowie, więc trzeba było dużej spostrzegawczości, żeby łapać intencje zespołu. To było dla nich wyzwanie, ale poradzili sobie znakomicie. Mieliśmy broadcast online z trzech wybranych kamer. Podczas transmisji live z zaprzyjaźnionego z nami PROMu Kultury na Saskiej Kępie było 1800 widzów, co się rzadko zdarza w kameralnych salach lub klubach jazzowych.

Połączenie klasyki z jazzem zdarza się dość często, ale nie z udziałem śpiewaczki. Jak ona odnalazła się w tej formie?

Iwona w zeszłym roku była zaproszona przez zespół rockowy, z którym zagrała koncert. To również świadczy o tym, jak bardzo ma otwartą głowę, nie bojąc się takich wyzwań. Natomiast nie zapominajmy, że śpiewaczki operowe kształcone są w taki sposób, aby nie śpiewać do mikrofonu. Ich głos musi być odpowiednio ustawiony, żeby poradzić sobie z przebiciem się przez całą orkiestrę, czyli przez ogromną masę dźwięku, na salę do publiczności. Nagle musiała śpiewać do mikrofonu, więc zmuszona była całkowicie zmienić sposób wydobywania dźwięku. Wokalistki jazzowe natomiast są tego uczone, one wiedzą doskonale, że za duży powiew powietrza razem z dźwiękiem może spowodować przesterowanie mikrofonu. Iwona musiała odnaleźć taki środek, który pozwolił jej dostosować się do śpiewu z mikrofonem, nie tracąc swojej techniki, bez której nie potrafiłaby wykonać utworów klasycznych. Chociażby Étude en forme de Habanera Ravela jest przepotwornie trudnym wokalnie utworem pod względem wykonawczym i żadna wokalistka jazzowa nie dałaby sobie z nim rady.

Kluczem wyboru repertuaru była premierowość – utwory, które nigdy nie były wykonane w składzie klasyczno-jazzowym?

Chodziło nam o to, żeby te melodie nie były kompletnie nieznane publiczności. Jak wiemy, zawsze łatwiej się słucha czegoś, co już znamy i pamiętamy, ale z drugiej strony nie chciałam, żeby były to melodie, które już się znudziły. Znalazłam takie utwory. Oczywiście musiałam przekopać cały internet, żeby upewnić się, czy przypadkiem już ktoś tego nie aranżował. Jedynie moja ukochana Pavane Gabriela Fauré’a, którą uważam za fantastyczny przebój, była wykonywana przez Chicka Coreę. On grał jej fragment i następnie improwizował solo, ale w takim składzie, w którym my to wykonywaliśmy, była to nowość. Chciałam zrobić coś, czego jeszcze nie było. Dodatkowo kluczem były piękne melodie, które wpadają w ucho, na bazie których będzie można zrobić super improwizacje, ponieważ ważne jest, by melodia w momencie jej przetwarzania przewijała się między improwizacją. Chcieliśmy opowiadać historię melodią, tak jak robią to muzycy jazzowi. Wybraliśmy krótkie utwory, które można było rozwinąć. Jedyne, na co się Gary skarżył, to to, że większość z nich jest balladami…

IMG_4361.JPG

Balladami, które cechują się melancholią. Dodatkowo wszystkie kompozycje – oprócz tych autorstwa Mendelssohna i Gary’ego – są francuskie. Chyba nieprzypadkowo?

Wiadomo, że harfa jest nieprawdopodobnie związana z muzyką francuską, bo najbardziej we Francji o nią dbano, najbardziej ją tam rozwijano i tam się nią zachwycano. Zwłaszcza w tym okresie, w którym powstawały zagrane przez nas kompozycje. Pamiętajmy, że harfa po głosie i perkusji jest trzecim najstarszym instrumentem świata. Towarzyszyła już kapłanom egipskim. Zabawne, że kiedyś tylko mężczyznom pozwalano grać na harfie, a w średniowieczu uważano, że ochmistrzem zamku musi być osoba bardzo inteligentna, a jeśli ktoś umiał grać na harfie, radzić sobie z tyloma strunami, to znaczyło, że jest potężnym umysłem, więc poradzi sobie także z rachunkami, zarządzaniem całym zamkiem. Zatem harfistki mają niezłe mózgi. [śmiech]

W takim razie ty przede wszystkim, bo grasz, jako jedna z nielicznych, na kilku rodzajach harfy – współczesnej, celtyckiej, elektrycznej. Jaki instrument wykorzystałaś w projekcie Classics meets jazz?

Grałam na mojej harfie koncertowej, typie wykorzystywanym w orkiestrach. Moja harfa, która nazywa się Atlantyda (Camac) jest specjalnie dla mnie wykonana, ma potężny dźwięk, jest dwa razy głośniejsza od standardowych harf orkiestrowych, więc nie trzeba było mnie nagłaśniać. Mam także dwie harfy, które są tylko elektryczne, ale stwierdziliśmy, że będę grać na tej harfie, na której gram koncerty z muzyką klasyczną.

Właśnie myślałam, że wybierzesz elektryczną w związku z tytułowym spotkaniem z jazzem…

Zastanawialiśmy się nad tym, czy nie lepsza byłaby harfa elektryczna, ale brzmiałaby bardziej metalicznie, a my chcieliśmy jednak zachować to ciepło naturalnej barwy harfy, która „urzęduje” w rejonach muzyki klasycznej.

W czasie pandemii zorganizowano całkowicie za darmo wiele koncertów internetowych. To, według ciebie, dobry, pożyteczny ruch, czy może grozi zepsuciem rynku w przyszłości?

Projekty, które obecnie wchodzą do sieci, dadzą ludziom nadzieję na to, że coś nowego powstaje, że sztuka nie skończyła się na wiosnę wraz z nastaniem społecznej izolacji. Ale z drugiej strony ludzie się przyzwyczajają, że wszystko jest za darmo. To jest niedobre. Słuchacze myślą, że nasza praca polega na zabawie. Nie widzą, ile zabiera nam czasu przygotowanie się do koncertów. Gary spędził dwa miesiące, aranżując kompozycje dla potrzeb tego projektu. Ryzyko zepsucia rynku jest ogromne. Pamiętajmy, że spora rzesza muzyków została pozbawiona jakiegokolwiek źródła zarobku. Koncerty, tak zwane domówki, to była desperacja. My tego nie robiliśmy. Raz tylko, na początku pandemii, zostaliśmy namówieni przez naszą przyjaciółkę Dominikę Matuszak, aby wykonać wzorem Włochów What a Wonderful World z balkonu. Natomiast kiedy ludzie masowo zaczęli grać domówki, to powtarzaliśmy im, żeby tego nie robili, bo przyzwyczajają publiczność do darmowej muzyki, a także pokazują ludziom, że to nie jest praca, tylko domowe granie, które nic nie kosztuje.

Rozmawiamy kilka dni po koncercie. Jak teraz oceniasz to doświadczenie? W jakim stopniu świat klasyczny może ugiąć się pod wolnością jazzu? W jakim stopniu jazz może podporządkować się muzyce klasycznej?

Te światy się wzajemnie przeplatają i wystarczy odrobina wyobraźni, otwarty umysł, chęć współpracy, żeby wzajemnie zacząć się słuchać, uzupełniać i zmieniać swój stosunek do tego, co wolno, a czego nie; do tego, co jest określone sztywnymi regułami, a gdzie konwencje są łamane – wtedy może powstać taki piękny koncert jak nasz.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO