Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Michał Jan Ciesielski: chciałbym odsaksofonić saksofon

Obrazek tytułowy

fot. Anna Świeczkowska

Michał Jan Ciesielski – saksofonista, kompozytor, aranżer, inżynier dźwięku, Przedstawiciel trójmiejskiej sceny jazzowej. Absolwent Akademii Muzycznej w Gdańsku w klasie saksofonu jazzowego Macieja Sikały. Studiował w Codarts University for the Arts w Rotterdamie. Współtworzy formacje Quantum Trio, Jan Konop Big Band, Zgniłość, Tymon Tymański & Mu. Jest finalistą międzynarodowego konkursu Taichung Saxophone Competition na Tajwanie, laureatem VI Międzynarodowego Konkursu Improwizacji w Katowicach w 2013 roku oraz Przeglądu Młodych Wykonawców Muzyki Jazzowej w Łomży. Jest również laureatem nagrody dla najlepszego instrumentalisty Przeglądu Młodych Zespołów Jazzowych i Bluesowych Gdyńskiego Sax Clubu.

Aya Al Azab: Ukończyłeś inżynierię dźwięku na Politechnice Gdańskiej, a także byłeś pierwszym rocznikiem kierunku jazzowego Akademii Muzycznej w Gdańsku. Oprócz tego uczyłeś się także w Rotterdamie, to tam należy szukać początków Quantum Trio?

Michał Jan Ciesielski: Tak, tam poznałem Kamila (Zawiślaka) i Luisa (Matusa). Nie byliśmy razem na roku, ale przychodziłem do nich na zajęcia. Często bywało tak, że przychodziliśmy kilkanaście minut wcześniej niż wszyscy, więc zaczynaliśmy wspólnie improwizować. To było coś kompletnie innego od tego, czego uczyliśmy się w szkole. Spodobało nam się to na tyle, że zaczęliśmy spotykać się poza zajęciami, by razem grać. Te improwizacje zaczęły kiełkować, więc postanowiliśmy pomyśleć nad krystalizacją tego, co udało nam się wspólnie stworzyć, i tak powstały nasze pierwsze kompozycje.

Wydarzenia, o których mówisz, miały miejsce w 2011 roku. A rok później założyliście zespół. Jednak dopiero po około dwóch latach zaczęliście prężniej działać na polskiej scenie jazzowej. Dziś młodzi muzycy działają szybciej – jedno spotkanie, od razu projekt, trasa, płyta i od nowa. Wy pozwoliliście, aby wasza muzyka dojrzała, skonkretyzowała się?

W 2012 roku totalnie nie wiedzieliśmy, jak się za to zabrać, jak wydać płytę, nie mieliśmy tak zwanego know-how i w zasadzie nikt z naszych rówieśników tego nie wiedział. Uderzaliśmy do różnych drzwi, szukaliśmy funduszy, nie było łatwo. Pierwsze nagranie odbyło się w Hadze już w 2012 roku. Wtedy uznaliśmy, że jego jakość nie zadowala nas w pełni i postanowiliśmy ponownie zarejestrować ten materiał, tym razem w profesjonalnym studiu.

W końcu pomogło nam miasto Gdańsk i mogliśmy nagrać materiał w studiu Radia Gdańsk. Naszą muzyką zainteresowało się wydawnictwo For Tune, jednak w tamtym czasie wydawało kilkadziesiąt płyt rocznie i nasz album trafił na półtora roku do „poczekalni”.

Ostatnio słuchałem tych pierwszych nagrań i doszedłem do wniosku, że muzycznie podobają mi się chyba nawet bardziej niż te oryginalne z płyty, która została wydana. Oczywiście nie żałuję decyzji o ponownej sesji, bo album nagrany w Gdańsku brzmi dużo lepiej, a każdy z nas chciał, aby ta pierwsza płyta była doskonała.

Quantum Trio to nasz pretekst, żeby móc się spotkać. Jesteśmy przede wszystkim przyjaciółmi, którzy mieszkają w różnych miastach w Europie i nie mogą się widzieć zbyt często, więc wspólne granie i koncerty to idealna okazja, żeby pobyć razem.

_MG_59931.jpg fot. Katarzyna Kukiełka

Czy Quantum Trio jest projektem, któremu poświęcasz szczególnie dużo uwagi?

Można powiedzieć, że to moje oczko w głowie, ale też z pewnością poligon doświadczalny.

Jakie są plany dotyczące tria na najbliższą przyszłość?

Nasz drugi, dwupłytowy album Duality: Particles & Waves nagraliśmy zupełnie sami i sami go wyprodukowaliśmy. Wynajęliśmy znakomite studio E-Sound w Weesp pod Amsterdamem, gdzie zamknęliśmy się na cały tydzień i mogliśmy trochę poeksperymentować. Następnie spędziliśmy kilka tygodni, pracując nad ostatecznym brzmieniem tego dość różnorodnego albumu. Z tą płytą zagraliśmy całkiem sporo koncertów w Polsce, na Litwie, w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Holandii, i ostatnio we Włoszech. Album miał też całkiem niezły odbiór na świecie – w USA czy Kanadzie, chociaż niestety nie udało się nam tam jeszcze pojechać.

W styczniu wydaliśmy płytę live, którą nagraliśmy w kwietniu 2018 roku w ramach cyklu Quality Jazz Live w Quality Studio w Warszawie. Nie słuchaliśmy długo tego materiału. We Włoszech nagraliśmy nasz nowy studyjny album, potem zajęliśmy się produkcją oraz miksem i na tym się głównie skupiliśmy. Gdy już zamknęliśmy pewien etap prac, znalazła się chwila, aby przesłuchać ten koncert, i uznaliśmy kolektywnie, że warto to pokazać światu. Okazało się, że to bardzo porządna i dobrze nagrana płyta, tylko najwidoczniej musiała swoje odleżeć, aby mogła być doceniona. Jest to pewnego rodzaju kamień milowy, warto zapisać ją w historii naszego zespołu jako coś ważnego. Dlatego postanowiliśmy ją wydać, na razie na serwisach streamingowych, ale docelowo również w formie fizycznej.

Tymczasem domykamy wszystkie sprawy związane z nowym studyjnym albumem Red Fog, który to ukaże się już pod koniec marca tego roku. Wtedy też zagramy dwa koncerty premierowe – w Warszawie (BARdzo bardzo) i w Gdańsku (Studio Koncertowe im. J. Hajduna, transmitowany przez Radio Gdańsk).

Wyczuwam duży spokój w twoim podejściu do Quantum Trio. Chyba dajesz temu zespołowi sporo przestrzeni, żeby żył własnym życiem, dojrzewał. Nie patrzysz na względy promocyjne, wydawnicze?

Oczywiście patrzymy na względy promocyjne, ale najważniejsza jest dla nas jakość muzyki. Jeżeli można chwilę poczekać i zrobić coś lepiej, to może warto się nie spieszyć. Dodatkowo sami pracujemy nad muzyką, produkujemy swoje płyty. To nas kosztuje trochę pracy i czasu, żeby zrobić to po swojemu. Później sporą satysfakcję daje słuchanie płyty – dokładnie takiej, jaką się na początku widziało tylko oczami wyobraźni. Kiedy miało się wpływ nie tylko na wykonawstwo, ale również na każdy aspekt brzmieniowy i produkcyjny, na efekt końcowy. Czasami ciężko jest wytłumaczyć osobie trzeciej, jak coś ma zabrzmieć.

Wraz z Michałem Zienkowskim, Krzysztofem Słomkowskim i Sławkiem Koryzno stworzyłeś zespół Inner Out, który jednak oficjalnie zaprzestał działalności? Dlaczego?

Niestety na razie zespół jest w zawieszeniu. Bardzo mi przykro, że nasza płyta nie ujrzała światła dziennego, ale może ujrzy, w zasadzie jest w 90 procentach gotowa... To również wynika z braku funduszy. Szkoda, bo jestem dość mocno związany z muzyką Inner Out.

Współpracujesz wciąż z Tymonem Tymańskim? Po rozwiązaniu The Transistors planujecie coś nowego?

Od około dwóch lat pracujemy nad nową płytą zespołu o nazwie Mu – całkowicie nowego, innego projektu, który ukaże się już w kwietniu tego roku. To eklektyczne piosenki na pograniczu alternatywnego popu, rocka, muzyki improwizowanej i jazzu. Myślę, że dla Tymona ten album to próba połączenia dotychczasowych niezwykle ważnych doświadczeń – Miłości, Kur, Transistorsów, Yass Ensemble i fascynacji muzyką współczesną. Ale jest to też bardzo demokratyczny zespół – wszyscy wraz z Szymonem Burnosem, Jackiem Prościńskim i Marcinem Gałązką czujemy, że to nasza wspólna muzyka, na którą wszyscy mieliśmy duży wpływ. To bardzo ważny dla mnie album i bardzo się cieszę, że wkrótce ujrzy światło dzienne.

Kiedy wokół ciebie znajomi zakładają zespoły sygnowane własnym nazwiskiem, nie korci cię, żeby również sprawdzić się w roli lidera? Żeby zaistnieć jako indywidualność i lider własnego projektu?

Bycie liderem a sygnowanie zespołu własnym nazwiskiem to dwie różne sprawy, które czasem idą w parze. Myślę o tym czasami, ale nie przywiązuję do tego dużej wagi. Cieszę się, kiedy mogę współtworzyć różne zespoły, a nawet być ich liderem, ale niekoniecznie muszą to być zespoły nazwane moim nazwiskiem. Faktycznie, kiedy tytułuje się zespół własnym nazwiskiem, to utrwala się ono w świadomości słuchacza. Lubię jednak, jeśli nazwa zespołu wyraża jakiś koncept, mówi coś o muzyce. Oczywiście czasami da się to połączyć. Na razie chyba szukam odpowiedniej formuły. Bardzo dużo jest klasycznych kwartetów i kwintetów z saksofonem w roli głównej, w związku z tym zadaję sobie pytanie – czy naprawdę potrzebny jest kolejny?

Śledząc twoją działalność, można odnieść wrażenie, że chcesz dobrze wykonywać swoje zadanie – najlepiej jak potrafisz, ale bez obnażania siebie i bycia z przodu.

Cóż, jestem saksofonistą, cały czas jestem z przodu. Za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę, obnażam siebie, swoje emocje. Ale nie mam potrzeby zabierania całej muzycznej przestrzeni. Wręcz przeciwnie, staram się stać w szeregu razem ze wszystkimi członkami zespołu i wykonywać równorzędną pracę, kreować wspólne brzmienie, emitować wspólne wibracje, wpływać na pozostałych muzyków. Rozmawiać z nimi za pośrednictwem muzyki. Czasami występowałem pod nazwą Michał Ciesielski Trio / Quartet / Quintet, ale to trochę taka robocza nazwa – nazywanie zespołu swoim nazwiskiem jest bardzo jazzowe. Rozumiem to, ale dużo słucham grup, które mają własne, oryginalne nazwy. Bardzo cenię sobie kolektywność, zespołowość. Zespoły takie jak Led Zeppelin, The Beatles czy King Crimson są jakością samą w sobie, legendą. Mimo że później Paul McCartney, John Lennon, Robert Plant czy Jimmy Page zrobili wspaniałe kariery solowe, to jest coś magicznego w tamtych ich wcześniejszych zespołach.

Faktem jest, że trudno znaleźć odpowiednią nazwę dla zespołu. Taką, która dobrze oddawałaby ducha zespołu, nie byłaby zbyt pretensjonalna, a jednocześnie odwoływała się do wartości. Możliwe też, że zwyczajnie do tego jeszcze nie dojrzałem. Ale podoba mi się ten stan „niedojrzałości”, bardzo go lubię i na razie staram się pielęgnować w sobie tę dziecięcą radość grania i odkrywania nowych światów dzięki muzyce.

Faktycznie, dużo was. Publiczność jednak też nie jest chyba tak mała. Mam wrażenie, że jazz znowu przeżywa renesans, robi się atrakcyjny i modny wśród młodszych słuchaczy, dzięki równie młodym, ciekawym muzykom, którzy pokazują, że może być inny, niż się zazwyczaj sądzi...

Zgadzam się, młody jazz stara się walczyć z łatką nudnej muzyki dla snobów. Tworzy się wokół niego pewnego rodzaju kultura, dzięki której coraz więcej ludzi ma dostęp do muzyki wykonywanej na żywo, a to właśnie tak najlepiej poznawać jazz.

Nawet jeśli przyjście na koncert jest rezultatem mody i publiczność nic z twojej muzyki nie rozumie? Liczy się przede wszystkim, że są tłumy?

Wydaje mi się, że nie trzeba rozumieć muzyki, żeby ją emocjonalnie odbierać. Każdy rozumie muzykę na swoim poziomie wrażliwości i emocjonalności. Dla mnie jest ważne, żeby słuchacz nie nudził się na moim koncercie, żeby wyniósł coś dla siebie z tego wspólnego spotkania. Niezależnie, czy będą to pozytywne, czy negatywne emocje, bo przecież sztuka może też prowokować czy szokować. Nie chciałbym jednak marnować czasu słuchaczy, którzy przyszliby na mój koncert wypełniony jedynie poprawnie odegranymi dźwiękami, bez przekazu emocjonalnego.

Jesteś osobą współtworzącą stylistykę różnych projektów, co pomaga ci spojrzeć na scenę jazzową z większym dystansem, z zewnątrz. Co myślisz, z tego punktu widzenia, o poszukiwaniach prowadzonych przez młodych? Czy środowisko jazzowe daje im możliwości otwarcia się na inne brzmienia?

Myślę, że to zależy od wewnętrznej potrzeby poszukiwania każdego z osobna. Wydaje mi się, że scena jazzowa pod tym względem jest jeszcze trochę nieśmiała. Z jednej strony kształcenie jazzowe wyposaża muzyków w znakomity warsztat, z drugiej jednak nierzadko ”przycina” ich kreatywność lub otwartość na estetykę inną niż ta promowana przez uczelnie. Ja czasami sobie myślę, że chciałbym odsaksofonić saksofon, że chciałbym znaleźć w tym instrumencie coś innego niż to, co dotychczas słyszałem na setkach płyt.

Poszukuję języka, którym mogę operować, a który nie będzie się ograniczał do typowych saksofonowych zagrywek i licków. Nie jest łatwo wydostać się z tego idiomu tradycyjnego jazzu i znaleźć coś nowego albo wyjąć coś z innego kontekstu i włożyć w swój. Prawdopodobnie nie wymyślimy nic nowego, bo niewiele się da nowych rzeczy wymyślić, ale można przetworzyć te, które zostały już wymyślone, w swój własny sposób, przepuścić przez swój filtr.

_MG_59871.jpg fot. Katarzyna Kukiełka

Chyba szczególny wpływ wywierają nauczyciele, mentorzy, którzy co prawda bardzo pomagają, ale czasem mogą zablokować młodzieńcze poszukiwania. Dodatkowo młodych muzyków powstrzymywać może strach przed negatywnym odbiorem ze strony tradycyjnej publiczności.

To na pewno ma znaczenie. Czasami mentor może mieć pewne oczekiwania względem swojego ucznia. Jakby chciał pchnąć go w konkretnym kierunku. Ale to do ucznia należy decyzja, czy się temu podda, czy stwierdzi, że chce to zrobić inaczej niż jego mistrz 20, 30 lat wcześniej. Każdy z nas wychował się w innych czasach, w innej kulturze. Jesteśmy częścią kultury, która rozwija się i zmienia bardzo gwałtownie, współtworzymy ją, ale i ona nas kształtuje, tak jako odbiorców, jak i twórców. Tworzymy kulturę, ale też ją odbieramy. Próbujemy przetworzyć ją na swój własny sposób w chwili, w której jesteśmy. Niektórym udaje się nawet wyprzedzić swoje czasy, ale są to nieliczne jednostki, nierzadko docenione dużo później. Każdy musi zajrzeć w głąb siebie i rozpoznać, co jest mu bliskie i prawdziwe. Dzięki temu powstaje tyle różnorodnej muzyki!

Trójmiejska scena – chociaż posiada wspólne cechy, jest wyraźnie wielowymiarowa. Być może za sprawą specyficznego, sprzyjającego środowiska tworzy się krąg wzajemnych inspiracji, wymiany myśli. Krąg słuchaczy, muzyków, a nawet artystów wizualnych. Rozwija się tu coś bardzo ciekawego i myślę, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa...

Coś was ciągnie do elektroniki... Skąd się to bierze?

Jesteśmy uczestnikami różnych wydarzeń kulturalnych. Duża część z nich to koncerty i imprezy muzyki elektronicznej. To jest właśnie to, o czym mówiłem – kultura, która nas otacza, której jesteśmy częścią i która nas kształtuje. Muzyka elektroniczna jest bardzo pociągająca. Mimo że istnieje już kilkadziesiąt lat, to w chwili obecnej jest chyba jednym z najbardziej kreatywnych i innowacyjnych gatunków muzyki. Podobnie jak w jazzie – każdy możne znaleźć tutaj coś dla siebie.

Dla mnie jako słuchacza muzyka elektroniczna jest bardzo rozległym gatunkiem, który pobudza wyobraźnię. Czy tak jest również z perspektywy instrumentalisty? Co oferuje ta muzyka twórcy?

Na pewno rozszerza przede wszystkim brzmieniowe możliwości muzyki. Uznawana jest chyba wciąż za gorszą siostrę tej wykonywanej na żywo, na akustycznych instrumentach, muzyki poważnej czy jazzowej. Jednak muzyka elektroniczna, poprzez swoją repetytywność nawiązywać może bezpośrednio do takiego kierunku muzyki współczesnej jak minimalizm. Jej źródeł można się doszukiwać także w plemiennych rytmach Afryki czy Azji. Wprowadza słuchacza, czy raczej uczestnika, w trans, w pewien odmienny stan świadomości.

Oprócz słuchania – otworzyłeś się twórczo na muzykę elektroniczną?

Tak, jak najbardziej. Od dawna jestem fanem tej muzyki. Od jakiegoś czasu staramy się też organizować elektroniczno-akustyczne sesje, między innymi w Teatrze BOTO w Sopocie. Nadaliśmy temu zjawisku nawet własną nazwę – DRA. Możemy więc mówić o trójmiejskiej scenie DRA!

Wraz z perkusistą Jackiem Prościńskim szykujemy także duet hardcorowo-noisowo-elektroniczny (w skrócie Zepsutec). Zespół Mu to także efekt wyraźnych inspiracji muzyką elektroniczną. W Quantum Trio można odnaleźć wpływy minimalizmu i muzyki elektronicznej. Zatem muzyka elektroniczna przewija się w różnych projektach, w których biorę udział.

Jak to jest z tym jazzem u ciebie? Patrząc choćby na twoją współpracę z artystami takimi jak Tymański czy Świetlicki, można stwierdzić, że uciekasz od stricte jazzowej łatki.

Myślę, że można tak powiedzieć, choć nie chciałbym odżegnywać się od jazzu, bo jest on częścią mnie. Zawsze pociągała mnie jednak muzyka alternatywna, to od niej zaczynałem, dopiero później zainteresowałem się jazzem. W liceum grałem w alternatywnym zespole Ćma, uczestniczyłem w wielu koncertach muzyki alternatywnej. Od tamtej pory mam gdzieś z tyłu głowy trochę inne podejście do muzyki. Zawsze starałem się szukać kontaktu z ludźmi, którzy myślą inaczej. Chłopaki z Quantum Trio są doskonałymi instrumentalistami i muzykami zaangażowanymi w zupełnie niejazzowe projekty, na przykład Kamil jest znakomitym wokalistą i producentem, występuje pod pseudonimem Wishlake.

Cenię sobie współpracę z ludźmi, którzy mają otwarte umysły i takie podejście do muzyki. Nieważne, czy to jazz, rock, pop, folk czy elektronika. Muzyka ma wiele twarzy, a ja chcę jej jak najlepiej służyć w każdym jej wydaniu.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 3/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

25 maja

godz: 19:00

Krzysztof Popek Project: Henderson / Lightsey / Brown / Betsch

Wolskie Centrum Kultury

Warszawa

25 maja

godz: 20:00

Niechęć w SPATiFie

SPATiF

Warszawa

26 maja

godz: 20:30

SBB Waglewski

Mała Warszawa

Warszawa

27 maja

godz: 19:00

Stars for Quincy Jones - wyjątkowy koncert w Szczecinie

Filharmonia w Szczecinie

Szczecin

27 maja

godz: 19:00

Wisła Hot 5

Mazowiecki Instytut Kultury

Warszawa

27 maja

godz: 20:30

Jazzowa Scena Pragi - Baliński / Święs / Szablowski

Bazar Klub

Warszawa

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO