JP długi
Wywiad

Michał Karbowski: Muzyka do nieistniejących filmów

Obrazek tytułowy

fot. Artur Wacławek

MOON HOAX – RANDKA Z ANDROIDEM

Czy człowiek wylądował na Księżycu? Oficjalna wersja głosi, że tak, jest przecież nagranie, a wydarzenie w 1969 roku transmitowano na cały świat. Jednak teoria mistyfikująca ten fakt ma całkiem spore grono zwolenników. W języku angielskim nosi nazwę Moon Hoax i uznawana jest za teorię spiskową. Na swój szyld wziął ją śląski sekstet, któremu lideruje Michał Karbowski. Powstali w 2012 roku, dwa lata później wydali pierwszą płytę i kazali czekać na siebie kolejne siedem lat. Pod koniec 2021 roku światło dzienne ujrzał ich drugi album noszący futurystyczną nazwę Randka z androidem. Wywodzą się z różnych światów, przez co muzyka Moon Hoax jest wielopłaszczyznowa, nieoczywista i trudna do zaszeregowania.

Michał Dybaczewski: Zacznijmy od warstwy semantyczno-graficznej. Nazwą Moon Hoax odwołujecie się do teorii spiskowej, że nie doszło do lądowania człowieka na Księżycu, a wszystkie materiały fotograficzne i wideo zostały zmanipulowane. No to wylądował czy nie?

Michał Karbowski: Aaaa, czyli lecisz z „grubej rury” i każesz mi się określić [śmiech]! Miałem kiedyś taki okres w życiu, że zastanawiałem się nad faktami, które są powszechnie znane, ale mogą w rzeczywistości być kłamstwem, manipulacją. Granica między tym, co uznajemy za prawdę, a co prawdziwe bywa płynna. Nazwa zespołu Moon Hoax i lądowanie człowieka na Księżycu stanowi impuls do refleksji nad tego typu sprawami. A czy lądowanie było? Myślę, że nie, ale może już w to dalej nie brnijmy [śmiech].

Nowy album nosi tytuł Randka z androidem. Jak zobaczyłem tytuł i okładkę, pomyślałem o serialu Black Mirror, którego fabuła sci-fi traktuje o niedalekiej przyszłości, a jeśli dynamika i kierunek zmian na świecie nie ulegną zmianie, ma szansę być proroctwem, które się spełni. Również uważasz, że pytanie o randkę z androidem to nie pytanie „czy”, tylko raczej „kiedy”?

Geneza tytułu jest trochę inna, dużo bardziej prozaiczna. Kolega w sali prób ma dużo manekinów, które tworzą w tym miejscu niesamowitą. Ale z drugiej strony nazwa albumu jest wynikiem obserwacji tego, co widzimy współcześnie: ludzie chodzą na randki, spotykają się, ale każdy patrzy się w swój telefon. Ludzkie kontakty stają się w coraz większym stopniu wirtualne, a naszym światem coraz bardziej staje się świat cyfrowy. Jednak wymowa okładki nie jest fatalistyczna, traktowałbym ją raczej z przymrużeniem oka. Okładka jest też żartem, pokazującym, że przez ukazanie jedynie wycinka i odpowiednie skadrowanie można wykreować rzeczywistość tak, jak się chce.

Niektórzy tego żartu nie wyłapali…

Tu nie ma jednak żadnego drugiego dna. Manekin był czarny, bo taki po prostu był, poza tym stanowił dobry kontrast do białej rękawiczki. Niestety, żyjemy w takich czasach, że niektórzy ludzie zastanawiają się nad tym, w którym miejscu postawić przecinek, by kogoś nie urazić. Dodam, że manekin ma na imię „Irenka” i być może będziemy go zabierać na koncerty [śmiech].

Trochę wody w Wiśle upłynęło zanim wydaliście drugą płytę – dokładnie siedem lat. Utwory na nowej płycie są w całości skomponowane przez ciebie. Kiedy je stworzyłeś?

Jak już podjąłem decyzję, że będzie druga płyta, założyłem sobie zeszyt. Tam zapisałem kilka nowych utworów, a resztę wziąłem z zeszytów starszych. Zatem utwory powstały na dużej przestrzeni czasu, ale od samej decyzji, że chcę, by drugi album powstał, do jego nagrania minęło jakieś siedem miesięcy.

Między „synem pierworodnym”, a drugim jest siedem lat różnicy. Porównujesz „potomków” do siebie?

Pierwszej płyty dawno nie słuchałem i jak ostatnio sobie ją odświeżyłem, to byłem pozytywnie zaskoczony znajdującymi się na niej kompozycjami. Teraz zmienił nam się skład i jest trochę mniej elektronicznych elementów, które proponował Marcin Ciupidro – poprzedni wibrafonista. Nowy wibrafonista Filip Owczarski serwuje akcje solowe – więc coś za coś. Ja może nie mam do tego odpowiedniego dystansu, ale trafiają do mnie informacje zwrotne od słuchaczy, że obie płyty mają coś wspólnego, coś, co stanowi o unikalnym stylu Moon Hoax.

Wasza muzyka jest wypadkową różnych nurtów. W notkach prasowych jest mowa o fuzji Soft Machine, Krzysztofa Komedy i Medeski Martin & Wood. Co takiego was inspiruje, że wychodzi z tego taki nietypowy miks?

Nie jestem typem człowieka, który jara się jedną kapelą i chce brzmieć jak ona, jest inaczej: inspiruje mnie nasze brzmienie. Tak było w przypadku pierwszej płyty – robiliśmy muzykę do filmu The Jazz Statues – Ucieczka ze szklanej kuli i jak usłyszałem na próbie nasze brzmienie, to od razu otworzył mi się worek z pomysłami. Nie panuję nad tym, pomysły same się wysypują. A potem ktoś ci mówi, że to brzmi jak Komeda, tylko w innym instrumentarium.

Media lubią szufladkować…

To czasem pomaga, bo jak słuchacz pierwszy raz trafia na zespół, wówczas taka etykieta często decyduje o tym, czy ktoś da mu szansę i posłucha, czy jednak przejdzie obojętnie.

okl.jpg

Czy podczas sesji nagraniowej, jako autor całego materiału, dawałeś kolegom możliwość modyfikowania materiału czy pilnowałeś, by wszystko przebiegało według twojej wizji?

Zespół złożony jest z sześciu profesjonalnych muzyków i już samo zwołanie wszystkich na próbę graniczyło z cudem [śmiech]. Skomponowane przeze mnie utwory były doprecyzowane dość mocno. Był utwór z gotową strukturą i w tych ramach każdy szukał czegoś dla siebie. Zależało mi na tym, żeby był jasny podział, by wszyscy czuli się dobrze i by nie było sytuacji, że każdy gra solówkę w każdym numerze. Największą swobodę, w moim odczuciu, dawałem sekcji rytmicznej – ta warstwa była najmniej dookreślona. Cała zabawa polegała na odjazzowieniu piosenek – żeby miały zamkniętą strukturę i nie były za długie. Chciałem, żeby narracja naszych utworów o czymś opowiadała, żeby była to muzyka do nieistniejących filmów, które mam w swojej głowie.

Usłyszymy Randkę z androidem na koncertach?

Na razie terminy są odległe, dopiero jesień. Ale cały czas dwuosobowy Moon Management pracuje, żeby było ich jak najwięcej. Skład jest duży, więc i organizacyjnie jest to bardziej złożone, ale warto.

Wyjdźmy na koniec poza formułę tego wywiadu. Zakorzeniony jesteś nie tylko w jazzie, ale i w muzyce metalowej. W lutym zmarły postaci ikoniczne dla tych gatunków: Zbigniew Namysłowski i Roman Kostrzewski. Jakie znaczenie na twojej muzycznej drodze mieli ci artyści?

Jeśli chodzi o Zbigniewa Namysłowskiego, to pamiętam, że ogromne wrażenie zrobił na mnie album Tańce. Namysłowski to wielki innowator, a jego płyta Winobranie jest ponadczasowa i wracam do niej często. Ma w sobie ducha łączącego jazz elektroniczny z otwartością i elementami fryty. Z tego ducha czerpał potem Robotobibok. Namysłowski był liderem z prawdziwego zdarzenia, miał sprecyzowaną wizję i potrafił nawet pianiście mówić, jak ma grać. Był chyba moim przeciwieństwem, bo ja preferuję raczej „wolny wybieg”, aniżeli „chów klatkowy” [śmiech].

No, a Roman Kostrzewski i Kat to legenda, mam i znam bardzo dobrze całą ich dyskografię. Poza tym z Kostrzewskim łączy mnie Bytom. Żeby było ciekawiej, kiedy z Kata odszedł Piotrek Radecki, brałem udział w przesłuchaniach na jego następcę. Grałem z nimi osiem numerów, ale ostatecznie wybrali Jacka Hiro, świetnego zresztą gitarzystę. Wybrali kogoś bardziej skupionego na metalu, a u mnie ta rozpiętość gatunkowa jest jednak dosyć duża.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO