new 04-2021
Wywiad

Michał Martyniuk: Pojednanie międzykontynentalne

Obrazek tytułowy

Fotografie: Hubert Grygielewicz

Michał Martyniuk – urodzony w Szczecinie, na stałe mieszkający w Nowej Zelandii. Absolwent Uniwersytetu w Auckland, gdzie uzyskał dyplom o specjalizacji jazzowej. Pianista, klawiszowiec, kompozytor, aranżer i producent.

Od 2014 roku jest stałym członkiem zespołu saksofonisty Nathana Hainesa. Współpracował z grupami muzycznymi Sola Rosa i Batucada Sound Machine. Zdobył drugie miejsce w Made In NY Jazz Competition, czego zwieńczeniem był koncert w towarzystwie Johna Patitucciego i Randy’ego Breckera. Pod koniec 2019 roku został nominowany do nagrody Fryderyk w kategorii Debiut Roku.

Pierwszy album, Odyssey, wydał w 2016 roku jako współautor projektu After ’Ours stworzonego z producentem Nickiem Williamsem. W roli samodzielnego lidera i autora zadebiutował dwa lata później płytą Nothing to Prove. Do współpracy zaprosił saksofonistę Kubę Skowrońskiego, gitarzystę Kubę Mizerackiego, basistę Bartka Chojnackiego i perkusistę Kubę Gudza. Gościnnie pojawili się Miguel Fuentes oraz Tama Waipara. Polski skład zagrał także na albumie Resonate z 2019 roku dodatkowo w towarzystwie kontrabasisty Camerona McArthura i perkusisty Rona Samsoma. Na początku 2021 roku ukazał się singiel New Things z udziałem polskiej wokalistki YaniKi, promujący płytę Reconciliation. Premiera albumu zapowiedziana jest na koniec kwietnia.

Aya Al Azab: Może 2020 rok nie był zbyt szczęśliwy, ale udało ci się z niego wycisnąć coś pozytywnego – nagrałeś płytę Reconciliation, która ukaże się w 2021 roku! Czyżby światowe zamknięcie pobudziło proces twórczy?

Michał Martyniuk: Muszę przyznać, że 2020 rok wcale nie był dla mnie pechowy. Miałem dużo szczęścia i jakimś cudem udało mi się koncertować przez większość czasu. Początek roku spędziłem w Nowej Zelandii, gdzie grałem i kończyłem materiał na płytę Reconciliation. W lipcu przyleciałem do Polski, co także okazało się owocnym w koncerty i sesje czasem, między innymi udało nam się nagrać materiał na kolejną płytę w NOSPR w Katowicach. Gdy w Polsce wprowadzono kolejne obostrzenia i odwołano wszystkie wydarzenia, dostałem propozycję wydania płyty Reconciliation przez nowozelandzką wytwórnię BigPop Studios, co skłoniło mnie do powrotu do Nowej Zelandii, gdzie przebywam do teraz.

Reconciliation-EP_Easy-Resize.com.jpg

Zaprosiłeś do współpracy muzyków z różnych zakątków świata – Vanessę Freeman, Nathana Hainesa, Raashana Ahmada, YaniKę, Kacpra Smolińskiego, Adama Kabacińskiego i Mike’a Patto. Jak wyglądał proces tworzenia i nagrywania płyty?

Moje ostatnie dwa albumy to akustyczne jazzowe granie. Tym razem chciałem zrobić coś innego. Nowego! Chciałem pójść odważnie w elektronikę. Zamiast perkusji – beaty i sample, zamiast kontrabasu – synth bass, zamiast fortepianu – rhodes i oczywiście cała masa analogowych synthów.

Do współpracy zaprosiłem Adama Kabacińskiego, znakomitego producenta i przyjaciela z dawnych lat. Spędziliśmy razem kilka dni w jego domowym studiu, gdzie przygotowaliśmy materiał, który następnie wysłałem do wokalistów. Później wszystko szybko ewoluowało. Dzięki wspaniałym wokalistom zaprosiłem do współpracy producentów, aby jeszcze bardziej zróżnicować materiał, który miał się znaleźć na nowej płycie. Mike Patto (Real People) oraz Nathan Haines to producenci i muzycy światowej klasy. Vanessa Freeman to jedna z najbardziej rozpoznawalnych w UK soulowych wokalistek. Cały imponujący skład dopełniają Kacper Smoliński, YaniKa i Raashan Ahmad. Jestem naprawdę zaszczycony, że udało mi się zebrać na jednym albumie tyle utalentowanych ludzi.

Czym jest tytułowy Reconciliation? Pojednaniem gatunkowym? Stylistycznym? Pojednaniem różnorodnego pochodzenia muzyków, tworzących ten album, a co za tym idzie różnorodnego podejścia do muzyki? A może tytuł nawiązuje do osobistego, emocjonalnego rozdarcia?

Reconciliation, czyli pojednanie, ma dla mnie wiele znaczeń. Jest to swego rodzaju pojednanie między stylami muzyki, które przewijają się w moich pomysłach od lat. Pierwsze moje nagrania to płyta Odyssey, którą wydałem jako After ‘Ours. To skrzyżowanie muzyki klubowej z hip-hopem, soulem i jazzem. Zawsze jednak przeważał jazz, dlatego postanowiłem, że swoją solową karierę zacznę właśnie od akustycznego grania. Wciąż jednak wracam do muzyki, która skupia się bardziej na groovie. Reconciliation to też pojednanie międzykontynentalne. Tak długo mieszkałem za granicą, że współpraca z ludźmi z różnych stron świata stała się zupełnie naturalna. Lubię mieszać style i gatunki. Podoba mi się też samo brzmienie tego słowa.

Skład na twoich dwóch poprzednich płytach był prawie niezmienny, trzon stanowili Kuba Skowroński, Kuba Mizeracki, Bartek Chojnacki i Kuba Gudz. Można było przypuszczać, że jest to twój stały zespół. Jednak na najnowszej płycie dokonałeś całkowitej zmiany. Decyzja była podyktowana zmianą brzmieniową? To już wygląda na rewolucję…

Kocham moich chłopaków. Kuba Skowroński, Mizer, Gudzek, Bartek – to mój ukochany zespół! Mam nadzieję, że będziemy grali jeszcze razem przez wiele, wiele lat. Jednak tym razem chciałem zmienić stylistykę – z brzmienia akustycznego na elektroniczne. To nie znaczy, że nie zagram już z oryginalnym składem jazzowej ballady.

W rozmowie dla JazzPRESSu (09/2018), tuż po premierze Nothing To Prove, mówiłeś, że masz już plan na następną płytę. Tak się stało, rok później ukazał się kolejny album – Resonate. Czy to jest dla ciebie naturalne, że kończysz jedną rzecz i już myślisz o następnej?

Myślę, że każdy artysta ma w zwyczaju myśleć do przodu. Osobiście zawsze pracuję nad kilkoma projektami naraz. To mój jedyny sposób na to, żeby nie zwariować. Gdybym mógł skupić się tylko na muzyce, pewnie byłoby tego więcej.

Michal Martyniuk 3, fot. Hubert Grygielewicz_Easy-Resize.com.jpg

Tempo, w jakim wydajesz albumy, jest całkiem imponujące. Jak udaje ci się tak szybko realizować pomysły, które rodzą się w głowie? Wypracowałeś sobie pewną rutynę pracy? A może odkryłeś sposób na większą produktywność?

Przed wydaniem Nothing To Prove miałem już kilka projektów w głowie. Myślę, że po pierwszej płycie nabrałem odwagi na kolejne. Nigdy nie brakowało pomysłów. Poza tym kocham nagrywać i spędzać czas w studiu muzycznym. Uwielbiam energię i koncerty na żywo, ale jeszcze bardziej kręci mnie praca nad tworzeniem materiału i jego utrwaleniem. Codziennie uczę się czegoś nowego i czasem udaje się nagrać coś naprawdę magicznego.

Od debiutu nie zwalniasz tempa, działasz, jakbyś to szczegółowo zaplanował. Każda płyta jest inna, przy zachowaniu, za każdym razem, szacunku do tradycji.

Dziękuję. Bardzo miło to słyszeć. Mogę tylko powiedzieć, że zawsze daję z siebie sto procent. Nie chcę nigdy żałować, że nie podszedłem do tematu niewystarczająco poważnie lub bez maksymalnego zaangażowania i przygotowania. Materiał na albumy staram się dobrze planować w głowie, zanim zacznę pracę nad muzyką. Myślę, że płyty powinny tworzyć całość, opowiadać jakąś historię od początku do końca. Zależy mi, aby były one ciekawe i intrygujące, dlatego teraz zacząłem trochę eksperymentować z brzmieniem, zapraszać gości, którzy zawsze wnoszą coś nowego i świeżego. Staram się myśleć outside of the box.

Korzystając z okazji, muszę zapytać. Jak wyglądała i wygląda sytuacja koncertowa w Nowej Zelandii?

Ostatnio zagrałem kilka koncertów, dostałem nawet nominację Best Jazz Artist 2020. Ale to mały kraj. Piękny, ale jazz nie jest tu popularny. Przyznam się, że założyłem ostatnio firmę, która nie ma nic wspólnego z muzyką. Nie zwolnię tempa muzycznie, ale ciężko się utrzymać tylko z koncertowania w Nowej Zelandii…

Za to sporo koncertujesz poza jej granicami. W samym 2019 roku odbyłeś trasę koncertową w Malezji, na Filipinach i w Wietnamie. Do tego niejako dzielisz serce między Nową Zelandię a Polskę. Jak radzisz sobie w trakcie lockdownu?

Miałem szczęście, że koncertowałem przez większość 2020 roku. Mimo że w Nowej Zelandii wszystko wróciło już do normy, to świat wciąż jest zamknięty, nie mogę podróżować i planować tras koncertowych. Czekam, aż wszystko w Europie wróci do normy, bo chcę zagrać kilka koncertów w Polsce. Choć z drugiej strony lockdown to dobry czas na przygotowanie materiału na kolejną płytę.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO