Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Michał Zaborski: w muzyce cenię sobie powietrze

Obrazek tytułowy

fot. Kuba Słabek

Michał Zaborski – altowiolista, kompozytor. W jazzowym środowisku znany przede wszystkim jako współzałożyciel i członek Atom String Quartet. W kwietniu tego roku zadebiutował autorską płytą Feeling Earth. Do współpracy przy jej tworzeniu zaprosił zespół Stryjo w składzie: pianista Nikola Kołodziejczyk, kontrabasista Maciek Szczyciński i perkusista Michał Bryndal. Powstały w ten sposób kwartet to pierwszy w Polsce projekt związany z muzyką jazzową, gdzie altówka pełni rolę instrumentu wiodącego. Album Feeling Earth jest zapisem autorskich kompozycji lidera, które zostały zarejestrowane w studiu Tokarnia i wydane nakładem słowackiej wytwórni Hevhetia. Michał Zaborski twierdzi, że polska wiolinistyka jazzowa mieni się paletą najrozmaitszych barw i odcieni i to jest jej największa siłą. Wyrazem tego jest również jego nowy album.

Aya Al Azab: Wydanie debiutanckiej solowej płyty Feeling Earth jest dobrą okazją do przybliżenia czytelnikom JazzPRESSu twojej osoby jako indywidualności, a nie tylko (i aż) członka zespołu Atom String Quartet. Jako solista, muzyk kameralny i orkiestrowy koncertujesz w kraju i za granicą. Byłeś związany z orkiestrą Sinfonia Varsovia. Pracujesz także na stanowisku solisty w Radomskiej Orkiestrze Kameralnej. Kiedy znalazłeś lukę w swojej karierze muzyka „klasycznego” i dlaczego zdecydowałeś się ją wypełnić jazzem? Skąd ten jazz?

Zaborski.jpg

Michał Zaborski: Mogę śmiało powiedzieć, że jazz i szeroko pojęta muzyka rozrywkowa były obecne w moim życiu już od najmłodszych lat. Dopiero w średniej szkole muzycznej zacząłem dostrzegać walory muzyki klasycznej, której ćwiczenie we wcześniejszych latach – muszę przyznać szczerze – jak w przypadku wielu innych dzieci, było dla mnie niejako za karę. Moment, w którym usłyszałem w radiu utwór Chameleon Herbiego Hancocka, sporo namieszał w mojej głowie.

Szczerze mówiąc, byłem sfrustrowany, że gram na altówce, ponieważ był to chyba ostatni instrument, o którym myślałem, że mógłby nadawać się do jazzu. Jednak w miarę zwiększania się mojej świadomości muzycznej okazywało się, że to, co wydawało mi się przeszkodą, stawało się atutem. Właśnie altówka, rzadko eksplorowana w muzyce jazzowej i rozrywkowej, sprawiła, że otworzyły się dla mnie nieznane dotąd obszary.

Studia na warszawskiej Akademii Muzycznej ukształtowały mnie jako muzyka i teraz mogę to doświadczenie wykorzystywać na gruncie kompozycyjnym, ale też w myśleniu o tym instrumencie w zupełnie nowym kontekście. Klasyka jest obecna w moim życiu w mniejszym stopniu, niż było to kiedyś, jednak poprzez współpracę z Radomską Orkiestrą Kameralną, pojedyncze koncerty solowe z orkiestrami czy udział w Festiwalu Muzyki Kameralnej Bravo Maestro staram się, aby ten kontakt był nieprzerwany. Także z Atom String Quartet zwracamy się w kierunku muzyki współczesnej. Najnowszy nasz album jest poświęcony twórczości profesora Krzysztofa Pendereckiego.

W muzyce Feeling Earth dominuje melodyka, chwilami nawet kantylenowa, a za sprawą pierwszoplanowej altówki budzą się we mnie skojarzenia ze słowiańskimi pieśniami, polską muzyką ludową, w której tak ważne są skrzypce. A co ty chciałeś zawrzeć na płycie?

Melodyka jest mi bardzo bliska i dobrze odczytałaś sedno mojego przekazu. W muzyce cenię sobie powietrze, co nie znaczy, że ma ona mieć tylko charakter balladowy i kantylenowy. Ludowość tego materiału nie miała być nadrzędnym czynnikiem formotwórczym, a jedynie gdzieniegdzie pretekstem bardziej do snucia struktur osadzonych w europejskim jazziee, niż do dosłownie traktowanej muzyki etno. Poprzez echa regionalizmów słyszalnych na płycie starałem się oddać ducha pewnych miejsc na ziemi, z których poprzez dźwięki częściowo próbuję przenieść słuchacza w inne rewiry szeroko pojmowanej muzyki improwizowanej. Jazz jest w tym przypadku elementarnym spoiwem całego materiału.

Ciekawi mnie, jaki jest stosunek twórcy do własnej muzyki – czyli jaką funkcję według ciebie ma spełnić wydanie płyty?

Przy autorskiej płycie siłą rzeczy ciężar kompozycyjny spada na lidera, co może być pułapką i swoistym ograniczeniem, ale jednocześnie pokazuje pełen obraz i spektrum wrażliwości muzyka, który zdecydował się taką płytę nagrać. Dla mnie wielką frajdą jest sytuacja, kiedy moje utwory zarówno w kwartecie, jak i w projekcie Feeling Earth dostają swoje drugie życie od innych muzyków, którzy je wykonują. Wyobrażenie o tym, jak moja muzyka powinna zabrzmieć, rodzi się najpierw w mojej głowie. Konfrontacja własnych wyobrażeń z wrażliwością muzyków, którzy grają ją po raz pierwszy, jest jednym z bardziej emocjonujących doświadczeń. Ale także ta konfrontacja z odbiorcą i jego estetyką jest bardzo ważnym procesem w życiu każdego artysty. Muzykę piszemy lub wykonujemy ją dla siebie, ale też dla innych. Poprzez nią przenosimy się w inny wymiar i zabieramy w tę podróż ludzi, którzy zdecydowali się wsiąść razem z nami na ten muzyczny pokład. Od nas zależy, czy podróż ta się uda i czy dotrwamy razem do jej końca. To wbrew pozorom wielka odpowiedzialność, ale i ogromna satysfakcja, jeśli odbiorca tego, co robimy, zaufa nam i nie opuści „pokładu” przed czasem.

Feeling Earth, chwilami jest... romantyczna! Jak Pomazaniec, po którym zaraz następuje bardziej rytmiczny, piosenkowy i chwilami abstrakcyjny utwór Amelia’s Dreams. To o snach, marzeniach twojej córki? Co cię inspiruje do komponowania?

Trudno określić, co dokładnie mnie inspiruje. Dla mnie komponowanie wiąże się z nastrojem skupienia, intymności i wyciszenia. Obrazy pojawiają się dopiero później. Często zdarza się, że miałbym ochotę nie nazywać w ogóle jakiegoś utworu, bo mam wrażenie, że tytuł może odrzeć muzykę instrumentalną z jej metafizyczności i abstrakcyjności. Słuchacz naprowadzony konkretnym hasłem może nie stworzyć swojego obrazu, tylko tkwić w tym, który został mu z góry za sprawą tytułu narzucony. Oczywiście ilu odbiorców, tyle interpretacji tytułu, jednak czasem zręczniej byłoby mi po prostu tych utworów nie nazywać. Muzyka jest dla mnie trochę medytacją. Odłączenie się od wszelkich myśli może okazać się zbawienne zarówno przy procesie komponowania. jak i przy odbiorze muzyki. Oczywiście w realnym życiu trudno pozostawić utwory bez tytułów. W przypadku Feeling Earth, z racji przewijających się motywów związanych z muzyką regionów świata, tytuł samej płyty nasunął się dosyć szybko.

Utwór Amelia’s Dreams faktycznie skojarzył mi się z nastrojem bajkowo-dziecięcym, w którym mała dziewczynka marzy, nieporadnie jeszcze definiując swoje pierwsze oczekiwania wobec świata. Świata, który jest dla niej jedną wielką zagadką. To prawda, że chwilami płyta jest romantyczna, ale chwilami chłodniejsza i bardziej abstrakcyjna, czasami też drapieżna, ale głównym moim zamierzeniem było jedno – niezależnie od danego klimatu powinna mieć w sobie dużo powietrza i oddechu.

W twoim kwartecie grają muzycy formacji Stryjo. Dlaczego zdecydowałeś się dołączyć do istniejącego tria?

To trójka wspaniałych muzyków i jestem naprawdę szczęśliwy, że zgodzili się zagrać na mojej płycie. Zespół Stryjo, który tworzą, jest jedną z bardziej oryginalnych grup na polskiej scenie muzycznej. Ich koncerty to czysta improwizacja, nigdy nie powracają do raz zagranego utworu. Na żywo kreują świat dźwięków, opierając się na własnej intuicji. Błyskawicznie reagują na to, co dzieje się wokół, zaskakują samych siebie i słuchaczy, bawiąc się najrozmaitszymi konwencjami. Jednocześnie do muzyki podchodzą niejednokrotnie bardzo melodycznie, co bliskie jest moim wyobrażeniom. Od początku wiedziałem, że kwartet będzie optymalnym składem pod ten konkretny materiał i nie czułem w tym przypadku wewnętrznej potrzeby poszerzania go o dodatkowe instrumenty. Feeling Earth to granie kameralne, miejscami szczególnie ciemne i intymne.

Wymagałeś od tria odłożenia na bok wypracowanej wcześniej przez nich koncepcji i podporządkowania się nowemu liderowi i jego zamysłowi?

Jestem zadowolony z tego, jak koledzy ze Stryja odnaleźli się w materiale, który jest przecież bardziej zamknięty i określony w formie od tego, nad którym pracują na co dzień w swojej formacji. Ta doza ich spontaniczności szczególnie widoczna jest w utworze Kopyrtniec, gdzie muzycy zainspirowani pierwszym tematem sami tworzą kolejne struktury utworu. Podobnie dzieje się w In Search Of The Missing Snow. Natomiast w kompozycjach bardziej określonych melodyczne podejście do muzyki i swoboda improwizacyjna były sednem tego, czego oczekiwałem od zespołu Stryjo i co chciałem przekazać na tym albumie.

Chcesz kontynuować ten projekt?

Mam już pomysły na co najmniej dwa kolejne albumy, tak że moja autorska ścieżka będzie na pewno kontynuowana. Ważna jest dla mnie eksploracja altówki pod kątem nadawania jej nowych ról i znaczeń w muzyce, ale także ukazywania jej możliwości wyrazowych, kolorystycznych itp. Mam wrażenie, że jest jeszcze wiele do zrobienia w tej kwestii i tą ścieżką chciałbym podążać zarówno na gruncie formacji Atom String Quartet, jak i swoich autorskich projektów.

Jakie są plany koncertowe twojego kwartetu?

Zagraliśmy już kilka koncertów. Przede mną m.in. wrześniowy koncert na zaproszenie Nigela Kennedy’ego w Muzycznej Owczarni z okazji 20-lecia tego klubu, festiwal Jazz For Sale w Koszycach, festiwal Muzyka u Źródeł w Bydgoszczy czy koncert w Radiu Lublin. Zapraszam wszystkich do śledzenia informacji o koncertach w internecie.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 9/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO