Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Phronesis: praktyczna umiejętność zmieniania życia na lepsze

Obrazek tytułowy

Phronesis – słowo ze starożytnej greki oznaczające mądrość praktyczną. Arystoteles uważał ją za cnotę i odróżniał zarówno od wiedzy teoretycznej, jak i umiejętności technicznych. To też świadomie wybrana nazwa jazzowego tria, które założył w roku 2005 roku duński basista Jasper Høiby. Zespół współtworzą z nim norweski perkusista Anton Eger i brytyjski pianista Ivo Neame.

Spotkałam się z Jasperem i Ivo przed koncertem w TivoliVredenburg w Utrechcie w Holandii. Anton przeprosił, że nie mógł być obecny podczas rozmowy, bo poprzedniego dnia wrócił z Kalifornii i odsypiał przed koncertem jet lag. Rozmowa była bardzo swobodna, chociaż czuło się napięcie spowodowane zagubionym w czasie lotu z Wielkiej Brytanii kontrabasem Jaspera. W trakcie koncertu Jasper mógł dopiero po drugim utworze zagrać na swoim kontrabasie, który z opóźnieniem dotarł do Utrechtu. Muzyk wyjaśnił publiczności swoją wcześniejszą nieobecność tym, że musiał rozprawić się z instrumentem, który postanowił urządzić sobie bez niego małe wakacje w Norwegii…

Małgorzata Smółka: Wasza dyskografia zawiera osiem albumów, zdobyliście wiele nagród, kalendarz macie zapełniony do maksimum. Jak Phronesis radzi sobie z rosnącym apetytem krytyków i zwiększającą się szybko rzeszą fanów? Martwi to was i myślicie o tym, planując kolejny krok?

Jasper Høiby: Czy jesteś pewna, że chcesz wiedzieć, o co my się naprawdę martwimy w tym momencie? [śmiech]

Ivo Neame: Myślę, że odpowiedź tylko na to pytanie mogłaby nam zająć całe popołudnie!

JH: Dokładnie tak. Proszę się położyć na kanapie, możemy zacząć sesję… Ale już zupełnie poważnie, wracając do pytania. Nie wydaje mi się, że to się stało tak szybko. Gramy razem naprawdę bardzo długo. W tym czasie mieliśmy wspaniałe recenzje, ale również te bardzo złe. Oczywiście one nas dotykają, myśli się o nich przez moment, ale im dłużej ten zawód wykonujesz, tym mniej czasu poświęcasz na zamartwianie się. Krytyka jest częścią tego zawodu, więc i naszego życia, ale staramy się, przynajmniej ja osobiście, żeby zajmowała w nim jak najmniej miejsca. Zdarzało nam się grać koncerty, kiedy po fatalnym soundchecku, w zupełnie obcym kraju, obcym miejscu, ktoś mówi nam pięć minut przed wejściem na scenę, że na sali siedzi piętnastu ważnych promotorów. To, co stanie się za chwilę, może mieć poważny wpływ na kolejne lata naszej kariery. Tylko że to nie tak. To nie o to chodzi.

IN: Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę zawsze i wszędzie, czyli nawet w takich sytuacjach, najważniejsza jest nasza – artystów – relacja z własną sztuką. Jeśli ja czuję, że mogę być dumny z tego, co zagrałem, naprawdę dumny, to cała reszta nie ma już wielkiego znaczenia. To, według mnie, powinno być bazą, podstawą naszego funkcjonowania.

JH: Oczywiście każdy potrzebuje od czasu do czasu pochwały, poklepania po ramieniu, dobrej recenzji krytyków czy przyjaciół. To ludzkie, ale działa tylko do pewnego momentu. Kto siedzi wśród publiczności, nie powinno mieć żadnego znaczenia dla tego, co dzieje się na scenie. Nawet jeśli na widowni siedzą wielcy artyści, legendy, nasi idole, co nam się zdarzyło.

W Holandii wasze trio ma już status prawdziwej gwiazdy i – chcąc nie chcąc – postrzegam was trochę przez ten właśnie pryzmat. Poza tym zadałam to pierwsze pytanie, bo wydaje mi się, że często muzycy zmieniają się po osiągnięciu pewnego statusu.

IN: Każdą opinię, krytykę, oczekiwania również, trzeba przyjmować z lekkim przymrużeniem oka. Krytycy, prasa, często w tym, co piszą, mają jakiś własny, konkretny cel. Pamiętam, że kiedyś przeczytałem bardzo złą recenzję albumu, z którego byłem wyjątkowo dumny. Przyjąłem tę krytykę bardzo osobiście, dotknęła mnie i bardzo źle na nią zareagowałem. To doświadczenie nauczyło mnie czegoś. Niezależnie od tego, co dzieje się wkoło, trzeba pielęgnować w sobie pokorę. Ten proces jest czasami bolesny, bo związany z własnym ego. Tymczasem wielkie ego nie jest absolutnie konieczne, żeby być dobrym artystą. Trzeba mieć dystans. Przede wszystkim do siebie.

Oczywiście masz racje. Mówisz, żeby nie brać krytyki do siebie, ale przecież kiedy ktoś obcy pisze o czymś tak ci bliskim, tak ważnym dla ciebie, jak twoje dzieło, to można mieć poczucie, że dokonuje inwazji, nawet na poziomie bardzo intymnym. Trudno tego nie brać do siebie.

JH: Łatwe to na pewno nie jest, ale jako muzyk muszę znaleźć taki mechanizm, który mi w tym pomoże. Staram się takie opinie po prostu ignorować.

Myślę, że to jest dobry mechanizm.

JH: Co nie znaczy, że nie zdarza mi się zakląć siarczyście po przeczytaniu czy usłyszeniu jakiejś opinii na temat tego, co robię. Poza tym, jeśli chodzi o cały system, na którym oparta jest prasa – z góry przepraszam, nie chcę tego kierować bezpośrednio do ciebie – ale ten system nie jest najbardziej obiektywny. Niekoniecznie pisze się, bo ktoś zagrał piękną, dobrą muzykę. Coraz częściej chodzi o wizerunek, ważne jest, kto jest trendy, kto nie, kto status stracił lub zyskał i dlaczego. Takie sztuczne wymyślanie tematów, przepowiedni, licytacji, ankiet, stawianie kogoś na piedestale i zrzucanie kogoś innego. My też oczywiście braliśmy w tym udział! Kiedyś byliśmy „tym nowym triem”. Teraz już nie. Kiedy złapiesz wiatr w żagle, trzeba korzystać z chwili. Kiedy się skończy, trzeba dalej robić swoje. Bo w istocie ta cała otoczka jest jednak czymś zupełnie sztucznym, wymyślonym na czyjeś potrzeby.

IN: Wiesz, kto mi pomaga w sytuacjach, kiedy naprawdę potrzebuję opinii? Moja żona. Ona bardzo szybko i skutecznie potrafi rozprawić się z moim rozbuchanym ego, kiedy bierze ono górę nad tym, co ważne.

Dlatego dobrze jest mieć mądrą żonę! Wydaje mi się, że każdy z nas, a artysta chyba w szczególności, potrzebuje kogoś, kto ustawi nas do pionu. Kiedy wszyscy wokoło upewniają cię, że jesteś taki wspaniały, wyjątkowy, niepowtarzalny, to trudno nie zacząć w to wierzyć, prawda? W chwili kiedy zaczynamy tracić kontakt z rzeczywistością, unosimy się za wysoko. Co grozi niekontrolowanym lądowaniem, bo w końcu zawsze kiedyś trzeba wylądować.

IN: Nie zapominajmy jednak, że ważne jest nauczyć się przyjmować komplementy. I nie być przy tym aroganckim. To też sztuka.

W brzmieniu Phronesis słychać, że udaje się wam utrzymać niezwykły balans między instrumentami. Słuchacz wie, że grają trzy instrumenty, ale wszystkie nieprawdopodobnie scalone w jedność. Takie było zamierzenie, do którego świadome dążyliście, czy stało się to naturalnie?

IN: To się po prostu przydarzyło już na samym początku. Bez ustalania, bez zamierzeń. W czasie grania, tworzenia muzyki, powstała grupa. Jedność. I każdy w tej grupie ma takie same prawa, przywileje, jest na tym samym poziomie.

JH: Nawet kiedy oficjalnie zaczynaliśmy jako moje trio, nie było mowy o jakiejkolwiek dominacji z mojej strony.

Jasper, na poprzednich płytach większość kompozycji była twoja. Od powstania krążka Walking Dark, który ukazał się w 2012 roku, każdy z was dokłada swoje cegiełki kompozycyjne. Nie jest to zaplanowana strategia?

JH: Znaleźliśmy się wtedy na kolejnym etapie. I doszliśmy do tego również w bardzo naturalny sposób. Rozwijamy się, próbujemy różnych dróg.

Występowaliście już kiedyś w Polsce, na festiwalu w 2016 roku...

IN: Bielsko-Biała [Ivo wypowiada tę nazwę idealną polszczyzną].

Wow! Jestem pod wrażeniem, Ivo! Chciałam zapytać, czy zapamiętaliście coś z tego wyjazdu, i o to, co wiecie o polskiej scenie jazzowej.

IN: Znamy muzykę Tomasza Stańki, który według mnie był jednym z niewielu muzyków z naprawdę rozpoznawalnym stylem. Jego język jest tak wyjątkowy, że nie można go pomylić z nikim innym. Może to jest jedyna miara w ocenianiu muzyki? Czy artysta brzmi jak on sam, czy stworzył własny, niepowtarzalny styl. Znam trio Marcina Wasilewskiego. Wiem, że grali z Tomaszem Stańką, a potem już jako osobny zespół. Kolejne znane mi nazwisko to Maciek Obara. O ile dobrze pamiętam, część muzyków jego grupy pochodzi ze Skandynawii. Kiedy ostatnio graliśmy w Kanadzie, w Vancouver, jego zespół grał przed nami.

JH: Ja niestety pamiętam tylko gigantyczny jet lag z tego wyjazdu.

IN: A ja zwróciłem uwagę na grupę Obary, bo poziom był niebotyczny. Świetne granie.

Anton Eger właśnie wydał swoją pierwszą płytę Æ, wydana 8 lutego 2019 roku – przyp. MS]. Jasper, ty od 2016 roku coraz więcej czasu poświęcasz kwartetowi Fellow, a ty, Ivo, swojemu kwartetowi. Pytam o to z lekkim drżeniem serca – czy Phronesis schodzi na plan dalszy?

IN: Każdy z nas ma swoje projekty, nowe pomysły. Czasami może być trudno wszystkie pogodzić. Zespół istnieje wtedy, kiedy nagrywa i gra. Wtedy jego istnienie ma sens. A my nadal gramy.

JH: Do tego wszystkiego jesteśmy przyjaciółmi. Chyba żaden z moich związków nie trwał tak długo, jak relacja z tymi dwoma gośćmi! [śmiech]. Mogę zapewnić, że nie ma żadnych planów, żeby przestać razem tworzyć. Phronesis ma jeszcze wiele do zrobienia. I zagrania.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 4/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

17 czerwca

Enter Enea Festival 2019

Festiwal

Poznań

19 czerwca

godz: 19:00

Salon Jazzowy Pałacu Szustra: The Warsaw Dixielanders

Pałac Szustra

Warszawa

19 czerwca

godz: 20:00

Natalia Kordiak Quintet: Kordiak/Chmiel/Kołakowski/Wykpisz/Pałka

SPATiF

Warszawa

21 czerwca

godz: 19:00

Sasha Strunin & Gary Guthman Quartet - koncert premierowy płyty AUTOPORTRETY

Muzeum Warszawskiej Pragi

Warszawa

23 czerwca

godz: 19:00

Art Celebration 2019 - EAST WEST MIGRATIONS

Aula Politechniki Rzeszowskiej

Rzeszów

23 czerwca

godz: 20:30

Blue Note Records: Beyond the Notes | pokaz filmu

Kino Muranów

Warszawa

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO