Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Teus Nobel: Podróż do muzycznej dorosłości

Obrazek tytułowy

Fot. Dufoto Photography

Teus Nobel – holenderski trębacz i band lider, ostatnio pochłonięty odkrywaniem tajników dorobku Antônia Carlosa Jobima, czym muzyk podzielił się na swojej najnowszej płycie Saudade. Co nie zmienia faktu, że kluczowym etapem w dotychczasowej karierze Nobla pozostaje poprzednie, wydane w 2019 roku, dzieło Journey Of Man oparte na idei, że ludzkość wywodzi się od jednego człowieka. Muzyka zainspirowała książka o takim samym tytule, autorstwa antropologa i genetyka Spencera Wellsa. Poniższy tekst powstał w wyniku rozmów, które przeprowadziłam z Teusem wiosną ubiegłego roku i w maju 2020.

*Małgorzata Smółka***: Tytuł twojej płyty Journey Of Man wskazuje na ważny moment, przełom w życiu i w karierze. Czy dobrze go zrozumiałam?

Teus Nobel: Zgodnie z intencją autora. Poczułem, że to jest ten moment: na ważne decyzje, na kolejny krok. Byłem muzycznie gotowy na ten projekt. Znalazłem się w ważnym miejscu swojej drogi, swojej podróży. Tak się złożyło, że zakończyła się moja przygoda z orkiestrą Niderlandzkich Sił Powietrznych (Het Orkest van de Koninklijke Luchtmacht). Po dziewięciu latach poczułem, że chciałbym bardziej skupić się na samym jazzie. Wierzę w ideę Spencera Wellsa, dlatego też mam wewnętrzną potrzebę, by pomóc mojemu synowi w jego podróży przez ten świat. Ciekawy jest chociażby fakt, że rozmawiamy tutaj razem. W Niderlandach moje nazwisko jest już znane, ale w Polsce nikt raczej o mnie nie słyszał. To, że dzięki Tuurowi (Tuur Moens – perkusista w projekcie Teusa – przyp. red.) możemy przeprowadzić ten wywiad. To też część pewnej drogi, która w pewnym momencie prowadzi do „odpowiednich” ludzi – wierzę, że wcale nieprzypadkowych. Zdecydowanie jest to dla mnie wyjątkowy czas w życiu.

Inspiracją twoich muzycznych działań jest wspominany Spencer Wells, ale chyba również twój największy muzyczny bohater Woody Shaw. Co cię w nim tak fascynuje?

Nie chciałbym skupiać się tutaj na technicznych aspektach, używać trudnej terminologii. Niedawno, po jednym z wywiadów ze mną opublikowanych w sieci, ukazał się komentarz słuchacza: „Niestety, nie znam się zupełnie na muzyce. Może powinienem zrobić jakiś kurs, aby lepiej rozumieć to, czego słucham?”. Odpowiedziałem, że muzyki nie trzeba rozumieć, jeśli chodzi o terminologię. Muzykę trzeba przede wszystkim czuć.

Ale wracając do Shawa: to stało się bardzo organicznie. Zacząłem swoją edukację muzyczną na trąbce w wieku siedemnastu lat, na wydziale klasycznym. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że klasyka jest dla mnie zbyt ograniczająca. Zacząłem odkrywać jazz i poczułem, że to jest dla mnie właściwa droga. W tym czasie słuchałem bardzo dużo Michaela Jacksona. Szukałem więc w jazzie czegoś czy kogoś, kto byłby najbliższy temu stylowi. Tym sposobem trafiłem na okres elektroniczny Milesa Davisa, na Tutu itd. Język Milesa nie był jednak tym, czego potrzebowałem w tym czasie. Kolejnym etapem poszukiwań był oczywiście Chet Baker. Przede wszystkim ze względu na ten wyjątkowo liryczny sposób jego gry, przejrzystość solówek, które według Bakera powinny być na tyle oczywiste, żeby można było je zaśpiewać.

Szukałem jednak dalej i dotarłem do braci Breckers. W latach 2002-2006 mój wykładowca Jarmo Hoogendijk, wielki fan Shawa, próbował mnie zainteresować jego muzyką. Nie byłem na to jeszcze gotowy. Skupiłem się na stylistyce i pentatonice Randy’ego Breckera, bo to wtedy było dla mnie zrozumiałe.

Po zdobyciu licencjatu postanowiłem poczekać ze studiami magisterskimi. Chciałem zrobić tak zwane kilometry, czyli pograć, posłuchać, poodkrywać. Po dziesięciu latach doszedłem do ściany. Harmonicznie i melodycznie. Wszystko, czego się do tego czasu nauczyłem, mieściło się w bardzo wyraźnie określonych ramach. A dla mnie zaczęło robić się zbyt ciasno w tej przestrzeni. Chciałem więcej, czegoś innego. I wróciłem do Woody’ego Shawa, mając nadzieję, że będę mógł użyć jego narzędzi do znalezienia własnego języka. Zrobić krok dalej.

W 2016 postanowiłem wrócić do Konserwatorium. Jedynym nauczycielem, który mógł mi w tym pomóc, był Jarmo Hoogendijk, u którego zresztą Shaw mieszkał kilka miesięcy w czasie jego pobytu w Niderlandach. Byłem już wtedy gotowy na tę wiedzę. Nie dlatego, że mój nauczyciel to zaproponował, ale ponieważ doszedłem do tego sam, przez te dziesięć lat poszukiwań. Mogliśmy wymieniać się naszymi odkryciami na temat Shawa i był to naprawdę niesamowity, piękny i inspirujący proces. Przez te dwa lata udało mi się jako improwizatorowi zrobić wielki postęp.

Teus Nobel - Fot.Fleur Huijsdens Photography.jpg

Fot.Fleur Huijsdens Photography

Jaką rolę odegrał w tym Shaw?

To Shaw pokazał mi, jak znaleźć sposób, aby ten swój własny muzyczny obrazek pomalować piękną kreską nie tylko w ramkach, ale i poza, zachowując spójność całego obrazu. Udało mu się przeciwstawić twardym regułom bebopu i wyjść poza tradycję. Bo nie chciał grać tego, co już ktoś inny zagrał przed nim tysiąc razy. Woody Shaw to dla mnie ucieleśnienie wolności. Tej wolności, której szukałem, mając dziewiętnaście lat, postanawiając zrezygnować z muzyki klasycznej na rzecz jazzu. I trochę, jak na ironię, zatoczyłem koło, wracając do muzyki klasycznej. Shaw czerpał inspiracje z muzyki klasycznej, na przykład z Bartóka.

Ta historia potwierdza, jak bardzo ważne są w życiu inspiracje kimś, kto pomaga nam zrobić ten kolejny, ważny krok. Pomaga odkryć siebie i własny język. Myślisz, że znalazłeś swój styl? Język, styl, którym tylko Teus potrafi się posługiwać?

Mam nadzieję, że jeszcze nie! Bo to oznaczałoby koniec podróży. Wydawało mi się, że znalazłem swój język na pierwszej płycie, jednocześnie zdawałem sobie sprawę z tego, że jest dużo miejsca na poprawę. Ale przy moim ostatnim albumie znowu czuję to samo. I mimo że mam dużo wiary w to, co robię, szukam nadal. Mam wrażenie, że osiągnąłem dopiero jeden procent swoich możliwości. Mam też nadzieję, że kiedy w końcu ten styl znajdę, to będzie w nim dużo mniej dźwięków, dużo mniej młodzieńczego entuzjazmu i chęci pokazania wszystkiego, czego się nauczyłem.

Mam wrażenie, że każdy artysta uznaje swój ostatnio nagrany album za najlepszy. Dopóki nie zrobi kolejnego. Co jest w sumie logiczne…

W styczniu ukazała się płyta Saudade nagrana z orkiestrą smyczkową. To moje interpretacje Jobima. Myślę o tym, żeby kolejną płytę nagrać z wiolonczelą. Ciągle szukam, eksperymentuję, próbuję. Wydaje mi się, że teraz mogę pójść w stronę Davisa i Bakera, wyciąć przynajmniej czterdzieści procent dźwięku, zostawić tylko tyle, ile jest absolutnie niezbędne. Kiedy słucham swoich albumów, wydaje mi się, że najlepsze są jednak te akustyczne. Lubię elektronikę, fascynuje mnie, ale wszystko wychodzi mi zdecydowanie lepiej w wersji akustycznej. Chociaż jest to być może tylko sugerowanie się opiniami prasy, krytyków. W Niderlandach muzyka elektroniczna nie do końca chyba jest rozumiana i doceniana. Siłą rzeczy odbija się to na recenzjach. Wiem, że to kwestia smaku, ale mimo wszystko…

Ostatecznymi recenzentami są jednak sam artysta i jego publiczność. Jej gust jest chyba najważniejszy. Nie znaczy to, żeby tworzyć pod publikę, ale to jednak ważne, aby akceptację publiczności znaleźć. Zgadzasz się z tym?

Prawda leży jak zwykle gdzieś pośrodku. Jeśli ja za bardzo nie lubię tego, co gram, to nie będę w stanie przekonać publiczności. Są na to różne sposoby. Chociażby występy w programach typu De wereld draai door (bardzo popularny w Niderlandach codzienny talk-show omawiający aktualności w kraju i na świecie – przyp. red.), które dla niektórych muzyków, szczególnie jazzowych purystów, są posunięciem kontrowersyjnym. Dla mnie to sposób dotarcia do publiczności, która być może nigdy na koncert jazzowy by się nie wybrała.

Można też odpowiednio zastosować materiały promocyjne. Podejrzewam ze niewiele osób zna i czyta w Polsce takie gazety jak De Volkskrant czy Trouw, więc recenzje, które się w nich pokazują, niewiele dadzą. Kiedy jednak używamy w pakietach promocyjnych materiałów telewizyjnych, to już coś więcej może powiedzieć i mieć jakieś znaczenie. W ostateczności to też narzędzie do osiągnięcia jakiegoś celu. To może udowodnić w kraju, w którym niewiele osób o tobie słyszało, że tam, skąd pochodzisz, jesteś już widoczny, masz pewien status. To pomaga.

Wracając do Journey Of Man. Jesteś liderem, to twój projekt, ale wyraźnie słychać, że muzyka jest dziełem zespołu. Tak na płycie, jak i na koncertach każdy z muzyków ma ogromną przestrzeń dla swoich pomysłów. Stało się to w wyniku twojego świadomego wyboru, czy może spowodowały to okoliczności pracy nad tym materiałem?

Filozofia stojąca za tą płytą bierze się z przekonania, że jesteśmy rodziną, wywodzimy się z jednego miejsca, tworzymy powiązaną ze sobą ścisłą całość. Jesteśmy sobie potrzebni i niezbędni do funkcjonowania. Własną melodią i solówkami wystarczająco naznaczam ten materiał jako frontman. Bardzo świadomie wiele miejsca oddałem w tym projekcie pianiście. Alexander van Popta jest znany tutaj przede wszystkim z elektroniki i popu, ale ja uważam go za genialnego jazzmana. Kilka lat temu miałbym z tym jakiś problem. Być może to jest właśnie muzyczna dojrzałość? To w ogóle dla mnie wyjątkowy materiał. Nasze kompozycje są narzędziem, a nie celem. Tworzymy ten materiał nieustannie na nowo i to jest bardzo fascynujące.

Teus Nobel_Fot.Fleur Huijsdens Photography.jpg

Fot.Fleur Huijsdens Photography

Organiczne granie – bardzo popularne określenie ostatnimi czasy.

Ale chyba bardzo trafne. Do tego naprawdę potrzebna jest pewnego rodzaju dojrzałość i przede wszystkim zaufanie. Bo nie mamy nad wszystkim stałej kontroli. I wszyscy czterej w kwartecie muszą się z tym czuć komfortowo. Jeśli chociaż jeden z muzyków woli mieć bardzo ściśle ustalone ramy, nic z tego nie będzie. Miałem takie doświadczenia. Sam byłem tym, który potrzebował wyraźnych zasad i ograniczeń. Teraz z taką wolnością czuję się bardzo dobrze. Dlatego też nazwaliśmy się Teus Nobel Liberty Group.

Trudno coś takiego udowodnić, ale wydaje mi się, że ten rodzaj wolności jest wyczuwalny dla słuchacza. Tylko zastanawia mnie, czy to wzięło się samo z siebie czy jest wykreowane?

Publiczność dojdzie do tego. Jeśli przyjdzie na dziesięć koncertów i przekona się, że żaden nie będzie taki sam, to będzie wracała. I o to mi chodzi w moim graniu. Aby wykreować w słuchaczu ciekawość, chęć ponownego spotkania, proponując za każdym razem coś nowego, innego. Do tego potrzebuję muzyków, którzy chcą tego samego. Eric Vloeimans powiedział w którymś z wywiadów, że po jednym czy dwóch koncertach już wiadomo, z kim można iść na wojnę i ją wygrać. To się po prostu czuje. Ja mam wrażenie, że z tymi muzykami mamy jeszcze bardzo wiele do odkrycia. I wygrania. Im więcej będziemy koncertować, tym większą wolność osiągniemy.

Krążek Saudade może być dość zaskakujący po bardzo jazzowym Journey Of Man. Co sprawiło, że muzykę Jobima chciałeś odkryć na nowo?

Przez lata wysoko na mojej liście życzeń było nagranie albumu z dużą sekcją smyczkową. Wszyscy wielcy z przeszłości mają album ze smyczkami, dlaczego nie ja? [śmiech] Charlie Parker, Miles Davis, John Coltrane, Clifford Brown... Ta okazja nadarzyła się dzięki Wedgeview Studios. To miejsce, w którym nagrałem wszystkie moje albumy, z wyjątkiem Social Music. Wykorzystywali mnie wcześniej na nagrywanych przez siebie albumach, często właśnie ze smyczkami. Według nich mój styl grania idealnie do tego pasował. Marzenie, aby zrobić taką płytę pod swoim nazwiskiem, żyło we mnie dosyć długo. Szukając odpowiedniego repertuaru, trafiliśmy na Antônia Carlosa Jobima, absolutnego guru jazzu i bossa novy. Jego muzyka wydała się nam idealna.

Materiał powstawał przez prawie trzy lata, we współpracy z koproducentem Roelandem Jacobsem. Nie tyle chciałem odkryć na nowo Jobima, co pokazać inną stronę mojego muzycznego spektrum. Może się to wydawać trochę bardziej komercyjne, ale wciąż jest muzycznie integralne ze mną i eksponuje moją liryczną stronę.

Muzyczne plany na 2020 rok zostały nieznacznie zmodyfikowane. Jaki jest twój pomysł na przetrwanie tego trudnego okresu? Pracujesz obecnie nad nowymi projektami na przyszłość?

Przez jakiś czas możemy przeżyć na oszczędnościach, ale łatwo nie jest. Powoli pojawiają się nowe plany, robione bardzo nieśmiało i ostrożnie. Pełen sezon jesienny jest nadal bardzo wątpliwy. Rozszerzona trasa promująca album z septetem Jefa Neve'a zatytułowana Mysterium jest nieustannie zmieniana. Nowe projekty dotyczą Paradox Jazz Orchestry. Zaczęliśmy koncertami w klubie Paradox w Tilburgu raz w miesiącu na początku tego roku, wszystkimi wyprzedanymi. Oczywiście teraz mam nadzieję na więcej. W tym celu utworzono fundację PJO, której jestem dyrektorem wykonawczym. Założyłem także Liberty Music Foundation, głównie dla mojego kwartetu Liberty Group. Pomoże to na przykład w ubieganiu się o dotacje na trasy zagraniczne. Poza tym udzielam lekcji w konserwatorium w Tilburgu. Kolejnym planem na przyszłość, w sytuacji, kiedy bardzo trudno jest zebrać środki na własny album, jest nagranie przez Wedgeview Studios kontynuacji Saudade. Tym razem z muzyką Ivana Linsa. Ten naturalny następca Jobima, jak się o nim pisze, skończy w tym roku 75 lat i ma szczególną więź z Niderlandami. Budżet zapewnia studio, a nagrania smyczków, czyli Metropole Orkest i Radio Philharmonic Orchestra, zostały już zrobione jakiś czas temu. Poza tym nadal będę koncertował w duecie z Jefem, co jest nieco łatwiejsze na małych scenach – szczególnie jeśli nadal nie będzie można wpuszczać licznej widowni.

Rząd holenderski nie jest tak naprawdę przyjazny dla kultury, jeśli spojrzymy na środki przeznaczane na walkę z COVID-19. Jak w tej sytuacji widzisz swoją przyszłość i przyszłość całego sektora kulturalnego w tym kraju?**

Niezbyt różowo. Obawiam się, że honoraria spadną jeszcze bardziej, nawet na najwyższej półce, do której zaliczam i siebie. Muzycy częściej akceptują niższe opłaty, ponieważ po prostu muszą grać, aby związać koniec z końcem. A festiwale na razie zostały odwołane zupełnie. Ja mam szczęście. Uważam, że moja pozycja w Holandii jest nadal silna. Będę musiał jednak skupić się bardziej niż do tej pory na nauczaniu, na przykład na kursach internetowych i tym podobnych zajęciach. Środki rządowe często planowane są bez żadnej wizji. Weźmy na przykład łączenie kwestii wznowienia festiwali i imprez plenerowych z tym, czy dostępna będzie szczepionka. Po pierwsze, badania pokazują, że transfer na świeżym powietrzu jest praktycznie niemożliwy. Po drugie, istnieją choroby takie jak malaria i zika, na które również wciąż nie ma szczepionki. Bardzo dziwnie słucha się takich pokrętnych wyjaśnień naszych ministrów. Niech powiedzą po prostu: „Zawieszamy działalność całego sektora, zapomnijcie o swoich festiwalach”. Mało dyplomatyczne, ale przynajmniej będziemy wiedzieć, na czym stoimy. Teraz została nam tylko niepewność i to bez światełka w tunelu.

W takim razie życzę dużo światła na nadchodzący czas. I do zobaczenia na koncertach.

Rozmawiała Małgorzata Smółka

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO