JP długi
Wywiad

Stanisław Słowiński: Bardzo dużo przestrzeni

Obrazek tytułowy

fot. Piotr Gruchała

Chociaż metrykalnie wciąż jeszcze w kategorii „młody muzyk jazzowy", to w dokonaniach już w ligach „rozchwytywany kompozytor”, „ceniony aranżer” i „szanowany lider”. Z odwagą i bezkompromisowością młodości bierze na warsztat duże i ambitne projekty, którym mogliby nie podołać starsi, bardziej doświadczeni, lecz mniej utalentowani muzycy. Brzmieniowy purysta. Wielbiciel Szymanowskiego, kameralistyki Góreckiego, a także zespołów Tool czy Korn. Z domu wyniósł miłość do world music. W każdym aspekcie życia i muzyki kipiący energią wulkanStanisław Słowiński.

Jerzy Szczerbakow: Widziałem się dzisiaj z Anetą Norek, szefową Fundacji im. Zbigniewa Seiferta, promotorką Zbigniewa Seiferta, a także jazzowych skrzypiec. W pierwszym konkursie im. Zbigniewa Seiferta zdobyłeś nagrodę publiczności.

Stanisław Słowiński: Tak jest.

Zapytałem Anetę, czy chciałaby cię o coś spytać. Powiedziała: „Zapytaj go, czy w tym roku weźmie udział w konkursie Seiferta” [śmiech].

Nie wiem, czy to jest miejsce na takie rozmyślania, przynajmniej w moim przypadku. Tak publicznie zastanawiać się nad konkursami…

W twoim przypadku nie ma się co zastanawiać. Trzeba po prostu podjąć decyzję…

Dziękuję bardzo za zaproszenie. Jeśli zaś chodzi o nadchodzące edycje konkursu Seiferta, mam nadzieję, że będzie ich jak najwięcej, bo jest to naprawdę wspaniała inicjatywa. Ten konkurs jest mi szczególnie bliski. Ze względu na mój klasyczny background mam świadomość, jak dużo jest w Polsce i na świecie konkursów dedykowanych wykonawstwu muzyki klasycznej. Widzę, jak bardzo tego typu wydarzenia są potrzebne również w przestrzeni muzyki improwizowanej, jazzu. Konkurs im. Zbigniewa Seiferta to jest jedyny, według mojej wiedzy, konkurs w naszym kraju, ale i patrząc szerzej – w kontekście sceny światowej – zorganizowany na tak wysokim poziomie. Bardzo miło wspominam swój udział, szalenie się cieszę, że udało mi się wtedy zdobyć nagrodę publiczności.

Wracając do pytania – kwestię mojego udziału pozostawmy nierozstrzygniętą. Od pewnego czasu nie biorę udziału w konkursach. Jeśli jednak miałbym brać w którymś udział, to w tym.

No właśnie. Bo tych konkursów już kilka było. Był Jazz Juniors, czyli, co również istotne, konkurs wygrany z twoim autorskim zespołem. Do tego potrzebny jest ten gen lidera i kompozytora. To jest bardzo ważne, bo nie każdy muzyk, nawet wybitny instrumentalista, ma w sobie potrzebę tworzenia własnego projektu albo komponowania własnej muzyki. To jest coś wyjątkowego. Zostańmy przez chwilę przy skrzypcach w jazzie w Polsce. Od ośmiu czy dziesięciu lat jesteśmy pod tym względem potęgą na skalę światową.

Jakkolwiek to zabrzmi z moich ust – zgadzam się, bo po prostu taka jest prawda. Rola tego instrumentu w jazzie jest wciąż umacniana, popularyzowana, w czym duża zasługa właśnie Anety i całego teamu produkcyjnego, który współtworzy konkurs im. Seiferta; również i wasza, bo przecież od lat wspieracie konkurs medialnie. Uważam, że możemy spojrzeć na skrzypce w jazzie jako na szkło powiększające; uwydatniające to, co w danym czasie się dzieje. Trudno dyskutować z faktem, że poziom muzyki jazzowej w Polsce jest naprawdę bardzo, bardzo wysoki. Powtórzę się. To może brzmieć nieobiektywnie, mówi to muzyk-skrzypek, w dodatku pochodzący z Polski. Jednak takie są fakty. To nie jest kwestia opinii, a obserwacji. Jak wiemy, tradycja jest potężna; teraz, w ostatnich latach, odkrywamy ją na nowo. Przez niefortunne losy naszej powojennej historii wiele lat muzyka ta była u nas tłumiona, nie mogła się rozwijać tak spektakularnie i swobodnie jak w innych krajach. Mimo to nasza tradycja jest bardzo silna, a teraz pięknie owocuje.

Podobnie jak tradycja skrzypiec w polskiej muzyce klasycznej.

Absolutnie tak.

Ty też masz wykształcenie klasyczne, jednak zrezygnowałeś z tej edukacji…

W rozumieniu kształcenia formalnego – tak.

Poszedłeś w stronę jazzu. Czy to prawda, że to wykształcenie klasyczne dało ci warsztat?

Oczywiście.

W wypadku takiego instrumentu po prostu nie da się nauczyć gry na skrzypcach w domu.

Wszystko się da… [śmiech]. Są tylko łatwiejsze i trudniejsze metody.

Oczywiście, że się da [śmiech]. Chodzi bardziej o poziom satysfakcjonujący.

Jak najbardziej. Tak jak mówisz, skrzypce są takim instrumentem, który bardzo trudno jest opanować na własną rękę. W pewnym sensie jest to bardzo sportowy instrument, bo wymaga bardzo dużej regularności i dyscypliny. Wiadomo, to bardzo ogólne stwierdzenie i pasuje w zasadzie do wszystkich instrumentów. Można jednak stwierdzić, że w przypadku skrzypiec początki, które w przypadku innych instrumentów bywają prostsze, potrafią być naprawdę trudne. Mam na myśli najbardziej podstawowy element nauki, jakim jest samo wydobycie pięknie brzmiącego tonu z instrumentu – już sam ten element to żmudna, ciężka praca.

Największym koszmarem każdego mieszkańca bloku jest mieć za sąsiada młodego, początkującego skrzypka…

Albo starego. Nie wiem, co jest gorsze [śmiech]. Ja nie jestem w stanie przebywać dłużej w tym samym pomieszczeniu z kimś ćwiczącym grę na skrzypcach. Mówię zupełnie poważnie. Nie mówię oczywiście o tym w kontekście własnej pracy z instrumentem, do której jestem przyzwyczajony. Kiedyś, kiedy miałem więcej czasu, byłem w stanie ćwiczyć po siedem-osiem godzin dziennie i mój mózg od tego nie wariował. Jednak obserwowanie, czy słuchanie, jak ćwiczy ktoś inny, bywa dla mnie istnym koszmarem.

Wrócimy do tego wątku nieco później. Powiedziałeś „ton, barwa instrumentu”. Grasz na instrumencie akustycznym, czasem wspierasz się elektroniką. Rozumiem, że gdy gra się solo, w różnych aranżacjach, ma to duże znaczenie. Przeżyłeś kiedyś flirt ze skrzypcami elektrycznymi?

Tak, jak najbardziej, przeżyłem. Nadal bardzo je lubię, chociaż ostatnio rzadko ich używam. Nie wiem, z czego to wynika. To chyba kwestia szukania własnej drogi. Absolutnie bym tutaj nie kategoryzował, który wariant jest lepszy, a który gorszy. Wyznaję jedną zasadę. Najważniejsze to podążać za swoim brzmieniem, gdziekolwiek byłoby ono ukryte. Dzisiaj format poszukiwań stał się prawdopodobnie szerszy, bardziej różnorodny niż kiedykolwiek przedtem – i to bardzo dobrze. Myślę, że dla słuchacza jest czytelne, kiedy czyjeś poszukiwanie jest motywowane czysto intelektualną ideą, potrzebą eksperymentu samego w sobie, a kiedy realnie jest ono drogą do odnalezienia własnej tożsamości.

Szukając swojej drogi, swojego języka wypowiedzi poprzez muzykę, w pewnym momencie poczułem, że przynajmniej na jakiś czas chcę być bliżej dźwięku akustycznego. W tej przestrzeni obecnie lepiej się odnajduję – jest ona dla mnie bardziej inspirująca. Całe to zagadnienie jest ciekawym polem do eksperymentowania i debaty.

DSC_0525.jpg fot. Piotr Gruchała

Kiedy mówiłeś o różnych podejściach do brzmienia, przyszedł mi na myśl Herbie Hancock z lat osiemdziesiątych. Dodatkowo ten aspekt szczerości wypowiedzi lub podążanie za nowinkami...

O tak.

Herbie Hancock jest przykładem takiego podążania za nowymi brzmieniami, które obecnie są już mocno przestarzałe. Z elektroniką jest taki problem.

W przestrzeni wszelkich dziedzin sztuki istnieje podobny problem czy ryzyko. Jednak niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie lubi się zanurzyć…

Nawet wytarzać… W takich nowinkach.

Nawet wytarzać, dokładnie tak.

Kiedy one się pojawiają, są bardzo atrakcyjne.

Wiadomo. Przechodząc na chwilę na grunt innej dziedziny sztuki – filmu, pewne rzeczy są dość ewidentne. Rzućmy przykładem z popkultury, której jestem osobiście wielkim fanem, weźmy pod lupę np. Gwiezdne wojny. W starej trylogii jak na dłoni widać, że ogromny wysiłek scenografów, charakteryzatorów pozwolił osiągnąć naprawdę spektakularną jakość artystyczną, która w ogóle się nie starzeje. Nie mówię tu nawet z pozycji ogromnego fana tych filmów, bo nim nie jestem. Jestem zupełnie przeciętnym odbiorcą Gwiezdnych wojen, jednak chodzi mi o docenienie warsztatu i nakładu pracy, który jest ewidentnie widoczny w pierwszej trylogii i który po dziś dzień zachwyca.

To po pierwsze. Po drugie, świadomość, że aktorzy biegają po tych scenografiach, wyzwalała zupełnie inne doznania niż cyfrowe symulacje. Takich przykładów jest wiele. Jednym z moich ulubionych jest Michael Brecker, który grał na EWI, czyli takim saksofonie elektronicznym. Później wrócił do instrumentu akustycznego i stwierdził, że już nigdy nie będzie grał na elektronice, ponieważ ta rani jego uszy. Wielu muzyków dochodzi do wniosku, że ten prawdziwy, akustyczny instrument daje inną barwę. Dźwięk ten, oczywiście, można potem komputerowo dopracowywać. Z drugiej jednak strony… Tutaj przytoczę kolejną anegdotę z ostatnich kilku dni. Znajomy mi puścił płytę Erica Claptona z końca lat osiemdziesiątych i, zupełnie prywatnie, stwierdził, że bardzo mu ona przypomina muzykę Krzysztofa Ścierańskiego, a to dlatego, że na tej płycie wszystkie barwy syntetyczne Erica Claptona pochodziły z Roland Sound Canvas MK2. A Krzysztof Ścierański długo używał tego modułu brzmieniowego.

Jakkolwiek zanurzanie się w takie nowinki jest ryzykowne, to absolutnie nie umniejsza to dziedzinom, w których są stosowane. Podam prosty przykład. Zajmując się kompozycją czy produkcją muzyki, jestem w stanie pracować, na własne potrzeby, w pewnym ograniczonym zakresie, nad brzmieniami syntezatorów. Jednak jestem świadom głębi i złożoności tego tematu. Moje umiejętności są zaledwie czubkiem góry lodowej. To jest po prostu odrębna dziedzina sztuki. Warto o tym pamiętać. Często uciekamy w taki stereotyp, co bardzo dobrze widać, gdy skonfrontuje się słuchaczy różnych gatunków muzyki. Często, z obu stron, wyłania się polaryzacja spowodowana ignorancją. Jeżeli kogoś, kto skoncentrowany jest wyłącznie na muzyce „klasycznej” i akustycznej, skonfrontujemy z ekstremalną muzyką elektroniczną, dla tej osoby to wszystko brzmi tak samo.

Częstą reakcją jest ocenianie w tonie: „Skoro wszystko brzmi tak samo, to znaczy że jest bezwartościowe”. Niestety pomija się wtedy meritum – realnie brzmi tak samo czy jednak ja – słuchacz nie rozumiem tej poetyki, nie znam tego kanonu piękna? W drugą stronę często jest tak samo, chociaż, co ciekawe, odnoszę wrażenie, że ludzie słuchający muzyki „klasycznej” i akustycznej częściej wpadają w tą pułapkę. Prawda jest taka, że dla kogoś, kto w kółko słucha muzyki elektronicznej, muzyka „klasyczna” też może brzmieć jednorodnie, jednak to przecież nie oznacza, że jest ona gorsza, wybrakowana. To kwestia dostrzegania pewnych niuansów, znajomości danego idiomu i umiejętności delektowania się nim. Taka mała dygresja z mojej strony.

To jest coś, co mnie dość mocno boli, dlatego że widać tu, na gruncie muzyki, co dzieje się na świecie. Ludzie rozmawiając ze sobą na przeróżne tematy, potrafią uciekać się do bezwzględnej oceny czegoś, kogoś, z powodu braku zrozumienia. Dla mnie to analogiczny mechanizm. Brzmi tragikomicznie, ale na świecie wybuchają wojny z tego powodu…

To prawda. Nie oceniajmy, nie popadajmy w stereotypy. Nie tylko w muzyce. Rzeczywiście jest coś takiego, że „moje jest najlepsze, a wszystko inne jest be”.

Dokładnie tak. W przypadku jazzu też niekiedy borykamy się z podobnym problemem – przez brak zrozumienia bywa on postrzegany jako muzyka trudna, wymagająca jakiegoś specjalnego przygotowania. Jednak na szczęście życie pokazuje, że łatwo zweryfikować takie mity, publika rozpoznaje szczere intencje i muzykę niosącą wyrazisty, komunikatywny przekaz. W takim momencie okazuje się, że dobra muzyka jest po prostu dobrą muzyką. Nieważne, jaką ma nazwę. Częste są tego typu pokoncertowe rozmowy: „W zasadzie jazzu nie lubię, bo to taka trudna muzyka, ale dzisiejszy koncert był dla mnie świetnym przeżyciem, tylko…”.

„Ja nie wiedziałem, że to jest jazz!”.

Dokładnie tak. Z jazzem właśnie tak jest. Z moich obserwacji wynika, że tutaj nawet w drugą stronę bywa podobnie. Nie tylko słuchacze, ale nawet niektórzy muzycy jazzowi mają swój własny, muzyczny, zamknięty świat, często dystansując się od tego, co czeka za jego granicami.

Z tym, co mówisz, skojarzyło mi się spotkanie z muzykiem, który wywodził się z muzycznej rodziny. Kiedy go pytano, czy kiedykolwiek przeszedł okres buntu wobec muzyki, która króluje w jego domu, powiedział „Nigdy. Jazz i tylko jazz”.

Ryzykownie.

Tak, to było ryzykowne. Dlaczego? Rodzice z branży – bardzo silni zawodnicy, a w domu wiecznie muzyka. Czy ty miałeś okres buntu? Chciałeś rzucić skrzypce w kąt, spalić nuty…

Tak, i to nie jeden. Chociaż żaden z nich nie był aż tak silny, bym chciał to granie rzucić na dobre. Taka chęć całkowitego, gwałtownego zaprzestania gry musiałaby być poprzedzona jakimś wcześniejszym bardzo mocnym imperatywem, aby grać.

Odkąd się urodziłem, moi rodzice cały czas żyją muzyką, są z nią niezwykle mocno związani, podporządkowują jej większość swojego czasu, energii, nigdy natomiast nie wywierali na mnie presji. Kiedy byliśmy młodsi, ja i moja siostra, często jeździliśmy z rodzicami w trasy, poznawaliśmy ten świat. Wiadomo więc, że tym nasiąkałem. Natomiast, co do samego kształtowania mnie jako muzyka, miałem ten komfort, że miałem stworzony wręcz wymarzony grunt do rozwoju, eksploracji, ale zero presji. Rodzice stwarzali mi możliwości na każdym etapie edukacji. Zacząłem grać bardzo wcześnie i bez problemu dostałem się do szkoły muzycznej. Nie miałem jednak na to aż takiego parcia, więc nie było później podłoża do ostrego buntu.

Faktycznie miałem jednak wiele różnych pomysłów, żeby przerwać. Niektóre z nich były bardzo muzyczne. Miałem koncepcję, żeby pójść stricte w stronę realizacji dźwięku czy produkcji. Miałem też zupełnie inne, niezwiązane z muzyką, sportowe pomysły. Mimo wszystko jednak jestem pewien, że, gdyby nie te perturbacje, na pewno nie byłbym teraz tak przekonany do tego, co robię; czuję, że jestem w punkcie, do którego dotarłem nieprzypadkowo. Czasem bywa, że sami pozbawiamy się komfortu takiej świadomości; robimy coś siłą rozpędu, nie weryfikując naszych działań na bieżąco – 15 lat i nagle budzimy się bez świadomości, jaki w zasadzie jest sens tego, co robimy.

Tak. W takim momencie przestawiamy się na chodzenie do fabryki…

Tak.

W każdym zawodzie tak jest. Albo jest pasja, która całkowicie absorbuje człowieka, albo jej nie ma. Masz otwartą głowę, jeśli chodzi o muzykę. To pytanie, ze względów technologicznych, w dzisiejszych czasach zaczyna się robić dość trudne, jednak ja bardzo lubię zadawać je muzykom. Powiedz mi, gdybyśmy teraz poszli do twojego samochodu, to jakie płyty, wzięte w trasę z Krakowa, byśmy tam zobaczyli? Teraz już praktycznie nie ma płyt, ale rozumiesz...

Tak, wiem o co chodzi. To dzieli się na dwie kategorie – muzyka, której słucham czysto rekreacyjnie, i muzyka, którą intencjonalnie pochłaniam po to, by zbudowała ona we mnie jakiś krajobraz muzyczny dający mi później tło dla danego projektu, przy którym pracuję, dla utworu, który mam skomponować czy zaaranżować.

Mnie interesuje właśnie ten aspekt rekreacyjny. Czego słuchasz dla odpoczynku?

Oczywiście te dwie strony wzajemnie się przenikają. To jest w tym zawodzie najprzyjemniejsze – w ramach działalności zawodowej obcujemy ze sztuką. W dużej mierze, przynajmniej w 50 procentach, jeśli nie więcej, muzyka, której słucham, to muzyka poważna. Na czele z moim ukochanym kompozytorem Karolem Szymanowskim. W jego przypadku głównie w odsłonie symfonicznej. Idąc skrzypcowym tropem, pojawia się odrobina romantyzmu. Wielkie formy, kanon literatury solowej. Od półtora roku mam wielki nawrót muzyki, której kiedyś słuchałem na okrągło, czyli nu metalu. On kiedyś stuprocentowo zapełniał mój czas słuchania muzyki. No i jazz, chociaż ostatnio nie tak często. To, że moja historia, mam nadzieję, jeszcze nieskończona, znalazła się na tym jazzowym horyzoncie, nie wynika z fascynacji gatunkiem jako takim. Wynika z fascynacji tworzeniem własnej muzyki, improwizacją czy szukaniem nowych kontekstów dla mojego głównego instrumentu – skrzypiec. W jazzie jest na to bardzo dużo przestrzeni.

Patrząc analitycznie na moją muzyczną tożsamość, widzę kilka najmocniejszych filarów, pod pewnymi względami od siebie odległych. Jednym z nich jest muzyka klasyczna, szczególnie romantyzm i XX wiek. Absolutnie ubóstwiam twórczość Henryka Mikołaja Góreckiego. Szczególnie uwielbiam jego kameralistykę, a kwartety smyczkowe uważam za genialne. Wspomniany już wcześniej Karol Szymanowski, którego muzykę uwielbiam, uważam go za wizjonera.

Mamy też filar postawiony na cięższej muzyce; głównie grunge i nu metal, o którym już mówiliśmy. Jak wspominałem, jestem bardzo „pop-kulturowym” odbiorcą, więc zawsze najlepiej odnajdywałem się właśnie w tych gatunkach, bardziej ekstremalne odłamy metalu mnie nie pochłaniały w aż tak dużym stopniu. W moim rankingu czołówkę zajmują Tool, Korn, ale też Linkin Park – pierwsze dwa albumy, oczywiście Nirvana, Audioslave. Jednym z elementów, które od lat mnie kształtują, jest także szeroko rozumiana muzyka świata, muzyka korzeni. Od lat fascynują się nią również moi rodzice. Jestem bardzo wdzięczny losowi za to, że ich podejście do tego tematu jest zbieżne z moim. Miewam naturę konfrontacyjną, nie postrzegam więc tego w taki sposób, że moje podejście do muzyki wywodzi się wprost z ich sposobu myślenia. To, co nas łączy, to podejście do muzyki, raczej nastawione na wrażeniowość i jej przekaz, a mniej na skupianie się nad formą i strukturą czy jej zgodności z tradycją. Bo według mnie to wszystko, w każdej muzyce, więc w tej także, nie ma ostatecznie realnego znaczenia. Znaczenie ma prawda, która w muzyce jest bądź jej brakuje.

Czyli generalnie bardziej Czarni bluesmani z delty Mississippi niż wirtuozi technicy. Muzyka jako nośnik emocji.

Upraszczając – zdecydowanie tak. Żeby jednak znów nie popaść w skrajność, pamiętajmy – warsztat to podstawa.

Ogromnie ułatwia wiele rzeczy, rozszerza możliwości komunikacji.

Dokładnie tak. Natomiast nigdy nie jest celem samym w sobie. Wiadomo. To jest jak z poezją czy literaturą. Czy to wysokiej klasy poezja, czy prosta, codzienna proza, nas naprawdę nie interesuje interpunkcja albo poprawnie skonstruowane zdanie wielokrotnie złożone, prawda?

Od tego są redaktorzy w wydawnictwach.

Jasne.

Nie zastanawiasz się. Albo kupujesz, albo nie.

Otóż to. Nikt się nie zastanawia. W przestrzeni innej muzyki, którą również uwielbiam, czyli w hip-hopie, widziałem ostatnio śmieszną ciekawostkę. Ukazała się analiza, który raper ma najbogatsze słownictwo, w którego kawałkach najrzadziej powtarzają się wyrazy, ile słów użył na płycie itd. To jest dość zabawne, bo przecież absolutnie nie dlatego czyjeś teksty nas porywają, a inne nie.

Tak, ale i ciekawe. W takim razie my w JazzPRESSie zrobimy ranking, choćby ile razy na danej płycie został użyty substytut trytonowy…

Ja mogę wygrać, bo u mnie zawsze jest zbyt dużo dźwięków. Więc jeśli będziecie liczyć – to ja wygrywam. Tak samo, jeśli chodzi o liczbę popełnionych błędów – też miałbym spore szanse na top. Mnie to bardzo śmieszy. Jaki ludzie widzą w tym sens?

DSC_0647.jpg fot. Piotr Gruchała

Dziennikarze są nudni, mają nudne życia i sobie wymyślają jakieś niepotrzebne rozrywki… [śmiech]. Powiedziałeś, że chcesz się rozwijać. Przypomniała mi się taka anegdota dotycząca muzyka z Krakowa. Kiedyś podszedł do niego jeden z fanów, wyraźnie pod wpływem, i powiedział o płycie, którą tamten nagrał dobrych kilka lat wcześniej, „Stary, to jest absolutnie twoja najlepsza płyta. Nigdy już niczego tak dobrego nie nagrasz”.

To straszne [śmiech].

Mówiłeś, że nie możesz słuchać, kiedy ktoś ćwiczy, ale przeglądałem twoją stronę i zobaczyłem tam coś, z czym pierwszy raz się spotkałem na stronie muzyka. Można u ciebie zamówić lekcję.

Można.

Czyli nie lubisz, jak ktoś ćwiczy, ale lubisz uczyć?

Hmmm…

Hmmm?…

Nie zastanawiam się nad słowem „lubię”, a nad słowem „uczyć”. Tak, można umówić się na lekcję, jest to określony format, w którym łatwo się komunikować. Jednak ja, jako ktoś, kto pobiera lekcje, lub ktoś, kto uczy i takie zajęcia prowadzi, dążę do tego, żeby była to wspólna praca nad jakimś problemem, a nie wektorowo ukierunkowana forma przekazu wiedzy.

Granie na instrumencie; nawet tak podstawowe kwestie jak warsztat czy interpretacja muzyki już napisanej, nie mówiąc o improwizacji, jest tak złożone, że, według mnie, nie poddaje się takiemu prostemu ukierunkowaniu w przekazywaniu wiedzy. Sam nie spotkałem się nigdy z tym, żeby taki mechanizm był odpowiedni, skuteczny – ani jako uczeń, ani jako nauczyciel. Nie doświadczyłem tego, by takie klasyczne wtłaczanie wiedzy w człowieka było efektywne.

Dla mnie lekcja gry na instrumencie to spotkanie dwóch osób, z których jedna ma większą wiedzę, szersze spojrzenie na dany temat. Wspólna praca nad jakimś problemem – to działa. Według moich obserwacji często okazuje się, że właśnie tą drogą problemy, które wydawały się wielkimi, da się szybko rozwiązać. Niemalże pstryknięciem palców. To kwestia podejścia i spojrzenia na problem. Niestety dość często ludzie, którzy zajmują się zawodowo nauczaniem, prezentują spojrzenie innego typu. Potrafią rzucać bezsensowne: „musisz to jeszcze poćwiczyć”. Zupełnie niekonstruktywne. Są też tacy, którzy w sytuacji trudności przerywają uczniowi i pokazują, jak coś powinno być zagrane; „skoro mnie się udało tego nauczyć, to i ty możesz”. Ciekawe jest to, że mimo stosowania często niezwykle anachronicznych i nieskutecznych metod są to nieraz nauczyciele osiągający dydaktyczne sukcesy – ich źródeł należy się jednak dopatrywać raczej w ciężkiej pracy i inicjatywie samych uczniów.

Wracając do moich doświadczeń – prawda jest taka, że ja zawsze wynoszę coś z zajęć, które prowadzę. Oczywiście jeśli osoba, którą uczę, wykazuje zaangażowanie. Dla mnie fakt, że pomagając komuś rozwiązać problem, sam się uczę, jest dowodem na to, że jeżeli to ma działać, obie strony muszą się angażować.

Ważne jest to, co powiedziałeś, że naukę gry na instrumencie trzeba traktować poważnie. Bo jeśli do ciebie na zajęcia przyjdzie ktoś, kto sobie wymyślił, że od tak zacznie naukę gry, ale nie przykłada się do tego, nie ćwiczy z lekcji na lekcję, to…

To jest masakra. Ja mam to szczęście, że ten problem raczej mnie nie dotyczy. Nie prowadzę regularnych zajęć. Nie mam klasy w żadnej szkole czy akademii, nie spotykam się z nikim regularnie, więc jestem chroniony przed ryzykiem takich sytuacji, kiedy ktoś „z rozpędu” przychodzi na lekcje; spotykam się z ludźmi realnie zainteresowanymi tematem, chcącymi się rozwijać. Oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły, kiedy widać, że ktoś pojawił się raczej przypadkiem, jednak dzieje się to rzadko. Najczęściej osoby, które przychodzą do mnie, nie pojawiają się przypadkowo.

Czyli lubisz uczyć.

Tak, zdecydowanie.

Trzeba podkreślić to, że w świecie muzyków lekcje nie wyglądają tak, jak wydaje się ludziom z zewnątrz. W klasie w szkole muzycznej nie ma gromadki dzieci, które uczy jeden nauczyciel. To zawsze są zajęcia prowadzone jeden na jeden.

Tak, dokładnie tak wygląda to u nas. Na szczęście w naszym kraju, mimo że muzyka w nauczaniu ogólnokształcącym kuleje, jest to wciąż bardzo komfortowa sytuacja. Tak jak mówisz, trzeba mieć w sobie ten zapał, trzeba chcieć. Egzaminy w podstawowej szkole muzycznej są bardzo przystępne. Darmowa szkoła muzyczna, gdzie dziecko ma raz czy dwa razy w tygodniu nawet godzinne indywidualne lekcje, jest czymś nieocenionym. Nawiązując do tego, o czym mówiłeś wcześniej, uważam, że wysoki poziom muzyków, czy to jazzowych, czy klasycznych, w Polsce w dużej mierze właśnie z tego wynika.

Muzycy, którzy uzyskują u nas dyplom szkoły muzycznej drugiego stopnia, czyli są na szczeblu przedakademickim, mają umiejętności, które pozwalają im dostać się do najlepszych uczelni w kraju, ale i za granicą. Tam często poziom egzaminów wstępnych jest wręcz niższy od naszego, który jest naprawdę wyśrubowany.

To bardzo miłe, co mówisz. Kiedy przez ostatnie dwa lata rozmawiałem z muzykami młodego pokolenia, bardzo często padało w kontekście uczelni takie bardzo polskie miasto na literę „K” – Kopenhaga…

Polskie miasto Kopenhaga, no pewnie [śmiech].

Kopenhaga stała się mekką polskich młodych muzyków jazzowych.

Tak. Z rozmów ze znajomymi, którzy tam studiowali, wiem, że koncepcja nauczania w tym ośrodku jest pociągająca. I uwalniająca. Zresztą – wracając do wcześniejszego tematu – faktycznie wielu polskich muzyków wyjechało tam na studia, zdało wstępne egzaminy – to kolejny dowód na to, jak mocne mamy w Polsce środowisko. Wydaje mi się, że często tego nie doceniamy. Ktoś, kto studiował za granicą, choćby w Stanach, przeżywa szok, kiedy dowiaduje się, że w Polsce istnieją szkoły muzyczne, w których można pobierać indywidualne, godzinne lekcje dwa razy w tygodniu za darmo. Zupełnie nie do pomyślenia. Więc warto korzystać, póki mamy okazję.

Istnieje już 16 wydziałów jazzu w Polsce. I raczej ich przybywa, niż odwrotnie. Rozwój jazzu w Polsce jest bardzo dynamiczny. Miejsc jest coraz więcej. Oczywiście, sytuacja pandemiczna na całym świecie zmieniła możliwości koncertowe. Dużo udało ci się grać przez ostatnie dwa lata?

Paradoksalnie sezon 2020-2021 był dla mnie jednym z najlepszych w ostatnim czasie. Przynajmniej pod pewnymi względami. Tym razem nie zagraliśmy oczywiście, tak jak wcześniej co roku, trasy w Azji. Nie zagrałem także z oczywistych względów tylu koncertów co zwykle. Jednak w innych aspektach ten sezon był niezwykle owocny; kilkadziesiąt sesji w studiu, praca przy muzyce filmowej, teatralnej, premiery dwóch moich symfonii i kilku innych utworów na duże obsady, rozwój mojej agencji InfraArt – to był niezwykle pracowity czas.

Muzykowi w moim wieku jeszcze zupełnie nie wypada tak mówić, ale poniekąd nawet się cieszę, że tych koncertów jest trochę mniej. Bo granie 110-120 koncertów rocznie to spory wysiłek. Uwielbiam grać koncerty, ale to nie jest jedyna rzecz, którą chcę robić z muzyką. Już od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem redukcji koncertów, ale jak to w życiu bywa, łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Pandemia mnie pod tym względem wyręczyła. Paradoksalnie wyszło mi to na dobre, ponieważ grałem tyle, ile mogłem, jednocześnie mając czas na inne, większe projekty. Bardzo mi to odpowiada.

Ten podróżniczy tryb życia jest cudowny. Bardzo się cieszę, że mogłem zwiedzić tyle zakątków świata. Jednak jest on bardzo intensywny. Prawdą jest, to co mówią wszyscy muzycy w wywiadach, filmach czy książkach. Czasu na prawdziwe zwiedzanie praktycznie nie ma. Jeździ się z punktu A do punktu B, czasem zahaczając o dom, gdzie również piętrzą się niezałatwione sprawy. Żyje się właściwie z dnia na dzień. Jest to też niezwykle wymagające w kontekście życia osobistego, rodzinnego. Czysto artystycznie – bardzo lubię projekty, przy których mogę przysiąść na dłużej, zidentyfikować się z nimi. Dlatego tak bardzo chciałem pójść głębiej w stronę pisania, aranżowania czy produkowania muzyki. Pracy w studiu. To jest świetna forma odpoczynku i wytchnienia od życia w trasie. Jest czas, żeby naprawdę zagłębić się w dany projekt i artystyczną aurę, jaką on stwarza. Potem on sobie dojrzewa, ożywa. Jest to coś, co bardzo sobie cenię.

Abstrahując od faktu, że uwielbiam szukać coraz większych obsad do projektów, co zupełnie nie pasuje do grania ponad stu koncertów rocznie, ponieważ nie da się zagrać ich tylu w roku z obsadą orkiestrową. W każdym razie nie teraz. Więc tym bardziej cieszę się, że teraz mam czas i mogę poświęcić go na pracę nad większymi projektami.

Czyli Stanisław Słowiński Quintet/Sextet zmieni się w Stanisław Słowiński Orchestra?

Orkiestra już jest, istnieje od półtora roku. Paradoksalnie mimo wszelkich przeciwności stworzyliśmy orkiestrę właśnie w 2020 roku. InfraArt Chamber Orchestra zagrała już wiele udanych koncertów, m.in. w ICE Kraków czy Zamku Królewskim na Wawelu, nagraliśmy też kilka świetnych materiałów koncertowych.

Iluosobowa jest ta orkiestra?

Orkiestra, którą założyłem wraz z przyjaciółmi, liczy dwanaście osób, jeśli chodzi o smyczki – bardzo kameralnie. Obsadowy rekord pobiliśmy jeszcze przed pandemią, w 2019 roku. To było pod Wrocławiem, na festiwalu Slot Art, który gorąco polecam. Właśnie tam graliśmy z festiwalową orkiestrą premierę mojego I Koncertu skrzypcowego Visions w opracowaniu symfonicznym, z chórem. Wtedy na scenie było bodajże 106 osób.

DSC_0509.jpg fot. Piotr Gruchała

Chciałbym poświecić trochę czasu jeszcze jednemu tematowi. Akustronika – mógłbyś wyjaśnić?

Powiem krótko, bo temat jest obszerny, ale częściowo już zamknięty. Początki mojego życia w trasie, pierwszy skład, z którym graliśmy naprawdę dużo i regularnie – zespół Duch. Wiele eksperymentowaliśmy. Jedyną stałą naszych poszukiwań było całkowicie akustyczne instrumentarium, na którym bazowaliśmy od początku do końca. Natomiast jeśli chodzi o energetykę i konstrukcję muzyczną tego projektu, odbiegały one mocno od tak zwanego „akustycznego grania”. Nasze inspiracje wywodziły się z rocka, a nawet cięższych gatunków. Chcieliśmy utrzymać panującą tam energetykę przy pomocy całkowicie akustycznego składu. Graliśmy w przeróżnych konfiguracjach. Na początku był to septet: wokal, skrzypce, altówka, dwie gitary akustyczne, kontrabas i perkusjonalia.

Przy nagrywaniu drugiej płyty chcieliśmy podkreślić, jeszcze bardziej uwydatnić zderzenie dwóch światów, które nas wtedy pochłaniały. Byliśmy zafascynowani szeroko rozumianą muzyką elektroniczną. Postanowiliśmy, przy okazji wydawania płyty, stworzyć manifest artystyczny. W tych czasach to już zapomniana rzecz, prawda? Chcieliśmy wrócić do takich tradycji. Kiedy słyszymy dziś słowa „manifest artystyczny”, na myśl przychodzą nam raczej pozytywne skojarzenia z historii sztuki. Ciekawa, niekiedy przewrotna konwencja dopuszczająca pewną umowność. My jednak, wydając płytę zatytułowaną również Akustronika, tytułując nasz manifest terminem Akustronika, czyli nazwą gatunku muzycznego, łączącą w sobie określenia: muzyka akustyczna i elektronika, często spotykaliśmy się z bardzo emocjonalnym odbiorem ze strony słuchaczy. Uważano nas czasem za megalomanów próbujących za pomocą tego manifestu wynieść się na piedestał.

Dla mnie jest to z perspektywy czasu dość zabawne, bo pokazuje naszą kulturę wartościowania. Ludzie czasem nie mogą pogodzić się z faktem, że ktoś ma pełne prawo do prezentowania jakiejś artystycznej koncepcji, nawet w pełni szalonej, i nie musi to być równoznaczne z wywyższaniem się, stawianiem na kolejnym szczeblu rozwoju czy kariery. Niektórzy po prostu przedstawiają coś tylko po to, by to pokazać. Nie mają w tym innych, ukrytych intencji. My na początku naszej drogi ukuliśmy właśnie tego typu manifest. W mojej opinii był on bardzo spójny. Zresztą nadal bardzo lubię tę płytę i chętnie do niej wracam. Patrząc na to z dystansu, jestem wręcz zaskoczony tym, co udało nam się wtedy stworzyć, przy ówczesnym poziomie umiejętności. To była bardzo ciekawa i istotna dla mnie przygoda.

Muszę powiedzieć wprost, bo wcześniej chyba tego nie podkreśliłem, absolutnie nie jestem jedynym twórcą i pomysłodawcą tego gatunku. To była wspólna, kolektywna praca. Praca w tym zespole miała dla mnie miejsce między ukończeniem szkoły drugiego stopnia i początkiem studiów na akademii muzycznej. Była to bardzo cenna dawka doznań i przeżyć, które dość mocno wpłynęły na to, co robię dzisiaj. Z tym zespołem było podobnie jak z manifestem. Nie mieliśmy obciążeń związanych z rangą naszego zespołu. Kiedy chcieliśmy ruszyć z koncertami, zwyczajnie obdzwanialiśmy kluby, promotorów z informacją, że jedziemy w trasę i chcemy u nich zagrać. Wiadomo, że udał się jedynie jakiś procent tego, co próbowaliśmy osiągnąć, ale zawsze w końcu wychodziła z tego duża trasa. Te doświadczenia do dziś rzutują na wszystko, co robię. Życie pokazuje, że niezależnie od posiadanego wykształcenia czy etapu kariery nie ma nikogo, żadnej magicznej postaci, która przychodzi rano do twojego domu i mówi: „Witam pana serdecznie, dziś nadszedł czas, aby napisał pan coś na orkiestrę symfoniczną. Już można, już pora. Do widzenia”. Wychodzi na to, że nikt tak nie mówi [śmiech].

Powinni mówić.

Tak, powinni mówić. Jednak trzeba po prostu samemu do tego usiąść i napisać. Oczywiście mówię o tym w sposób żartobliwy, może dla niektórych wręcz prześmiewczy, jest to jednak coś, co mocno mnie drażni. Rażącą, moim zdaniem, wadą naszego systemu edukacji muzycznej jest tak silne skupienie na rozwoju studenta jako instrumentalisty, że brakuje miejsca na imperatyw, żeby ten człowiek, już w trakcie pracy nad warsztatem, na bieżąco, kształtował wizję tego, jak chce go w przyszłości wykorzystać.

I żeby dawał sobie prawo do ich uzewnętrzniania.

Otóż to. Ukierunkowania i uzewnętrzniania. To jest ta moja bolączka. Uzupełniając tę tezę anegdotą – jak wspomniałem, w ubiegłym sezonie miałem premiery dwóch symfonii mojego autorstwa. W trakcie luźnej rozmowy w gronie świeżo poznanych osób pojawił się temat tych właśnie premier. Jeden z uczestników rozmowy zareagował w sposób: „U, ale jak to, naprawdę, symfonia? Mnie się wydawało, że kompozytor symfonii to bardziej taki pan z pokaźnym wąsem, albo chociaż brodą”.

Czyli ja bym mógł [śmiech].

Ty byś mógł, tak. Albo jakiś poemat symfoniczny.

Albo chociaż wierszyk [śmiech].

Na szczęście to tylko luźna, niezobowiązująca rozmowa, ale pokazuje pewne tendencje. Warto jednak kierować się po prostu własnymi celami.

To bardzo piękne, co powiedziałeś. Takie otwierające. Trzeba iść swoją drogą i nie oglądać się na innych.

Kiedy czyta to ktoś z zewnątrz, to może brzmieć trywialnie. To jest bardzo śmieszne. Niby taka prosta i oczywista sprawa, a jednak wszyscy się w tym jakoś gubimy. I tak to jest z prostymi, a ważnymi sprawami – z muzyką, sztuką, ale i z aspektami cięższego kalibru. Nie wiem, jak realnie to wychodzi procentowo, ale zakładam, że około 97 procent Europy w tym momencie ma jakieś, szeroko rozumiane, korzenie chrześcijańskie. To cała rzesza ludzi, którzy dekalog mają mocno zakorzeniony w tożsamości kulturowej czy duchowości, ale jednak pojawiają się duże trudności w kierowaniu się nim na co dzień czynieniu dobra. Czasem wręcz jakieś wypaczone rozumienie chrześcijaństwa prowadzi w niebezpieczne rejony. Niesamowite. Ale to niezwykle głęboki temat, na osobną, długą rozmowę.

Skoro już tak „filozujemy”, przypominam sobie jednego z muzyków. Jego metodą na życie zawsze było ustalenie sobie celu na horyzoncie, a nie pisanie dokładnej ścieżki, jak do tego celu dojść. Żeby nie tracić energii na walkę z przeciwnościami w realizacji planu, tylko skupić się na dojściu do celu, choćby naokoło.

Dokładnie tak. To jest bardzo mądre. Osobiście uważam tę metodę za słuszną. Człowiek sobie żyje i nagle się okazuje: „O, jestem już w danym punkcie! Nie jestem pewien, jak to się stało, ale dokonałem tego – jestem w tym, a nie innym miejscu mojej drogi”. Tak to jest. Ja miałem dokładnie taką sytuację z moim pierwszym większym autorskim projektem, który napisałem na większą obsadę, czyli wspomnianym koncertem skrzypcowym na septet i orkiestrę kameralną. To było jeszcze przed pandemią, więc wyjazdów było dużo więcej niż teraz. Zdarzyła się taka sytuacja – byłem z rodzicami, z zupełnie innym projektem, na trasie koncertowej w Indiach. Dostałem wtedy propozycję zagrania na takim wydarzeniu w Krakowie, w połowie ówczesnej trasy. Myślałem, że nie będzie szans, zwłaszcza że cały zespół leciał dalej w trasę w niezwykle pociągające miejsce – na Goa. Mimo wszystko zgodziłem się. Rozstaliśmy się tam, oni polecieli dalej, a ja specjalnie wróciłem kilka dni wcześniej, żeby zagrać w tym Krakowie. Podczas rozmowy po tym wydarzeniu miałem już w głowie pomysł na kolejny koncert – mój punkt na horyzoncie. A kiedy powiedziałem o tym rozmówcy, zaproponował mi, żebyśmy wspólnie zorganizowali jego premierę. Zgodziłem się. Oczywiście to wszystko nie jest takie proste, jednak chodzi o sam początek, zainicjowanie, rozpędzenie tej energii.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO