Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Stanisław Soyka: droga do muzyki wiedzie przez śpiew

Obrazek tytułowy

fot. Piotr Gruchała

Spektakularny sukces odniósł już na początku kariery z brawurową Blublulą okrzykniętą jazzową płytą roku 1981. Swój ówczesny śpiew dziś jednak ocenia bardzo surowo. Teraz kultywuje przede wszystkim proste, osobiste piosenki czerpiące z wzorów amerykańskich pieśniarzy folkowych oraz te wersje jazzowych standardów, które są wierne oryginałom. Co nie przeszkadza mu współpracować jako skrzypek z afrykańskim griotem czy wykonywać wiersze wielkich polskich poetów i sonety Shakespeare’a. Gitara, fortepian i śpiew. Muzyka i słowa. Stanisław Soyka.

Piotr Wickowski: Spodziewałem się kolejnej płyty „afrykańskiej”, bardziej ze skrzypcami niż z wokalem, albo standardów nagranych z Wojciechem Karolakiem, a jest nawiązanie do tego, co było 17 lat temu, czyli do Soykanova...

Stanisław Soyka: Muzyczny powrót.

Czy powrót? Muzyka i słowa - to właściwie ciągle główny nurt pana działalności, tylko od dawna nieudokumentowany fonograficznie.

To jest po prostu piosenka z tekstem, bez jakichś, że tak powiem, przyporządkowań. Multieklektyczna, ultraeklektyczna pod względem stylistycznym. Gdyby ją rozkładać na czynniki pierwsze i gdyby ktoś chciał muzykologicznie się tym zajmować.

Nie będziemy tego robić.

Nie ma sensu, bo to jest prosta rzecz. Zamiar napisania tych piosenek, takich jakie one są, bierze się stąd, że chcę, żeby były proste i żeby były dostępne dla publiczności. Bo polska publiczność ma bardzo mało piosenek, które może razem śpiewać. Przy czym część z nich właściwie uruchamia się dopiero wtedy, kiedy wszyscy są pijani. Nigdy za wiele takich pieśni. Taka jest właściwie pierwsza ambicja, pierwsza myśl, która mi towarzyszyła od bardzo dawna. A takie przygody jak na przykład Swing Revisited z Rogerem Bergiem albo duet z Bubą Kuyatehem (Action Direct Tales – przyp. red.) - to są po prostu uroki życia w wolności, uroki życia w wolnym mieście i wspaniały status outsidera, gdy nic nie muszę.

Z drugiej strony właściwie bardzo wcześnie czułem, że jak nagrałem jakąś płytę, to następna nie powinna w ogóle jej przypominać. Nie wiem dlaczego, ale takie miałem wyobrażenie o rozwoju. W związku z tym właściwie w mojej dyskografii nie ma sequeli, czyli płyt-kontynuacji. Po Acoustic, który jest płytą nagraną tylko na akustycznych instrumentach, ale w bardzo bogatym składzie, bardzo wielobarwną, następuje płyta Neopositive, tylko w duecie z Janiną (Januszem Iwańskim). Uważam, że najnowsza płyta najbardziej to jest folkowa. Po pierwsze dlatego, że była pisana od gitary, właśnie po to, żeby nie było nic skomplikowanego. Po drugie - to są ludzkie opowieści. Te teksty są o mnie, w tym sensie, że o człowieku uniwersalnym.

Folkowa w rozumieniu gatunku pieśniarzy amerykańskich, na przykład z lat sześćdziesiątych?

Tak

Mimo tych inspiracji takie mówienie wprost, wypowiadanie się jako autor, musiało wymagać przestawienia się na inne tory. Szczególnie dla kogoś, kto śpiewał Shakespeare’a, Miłosza, Osiecką i innych poetów, których miał w repertuarze Czesław Niemen.

Tym razem rzecz jest w całości autorska, są wyłącznie moje teksty. Kiedy komponuję muzykę do wierszy poetów, zajmuję się inną dziedziną artystyczną. Muszę się wczytać ze zrozumieniem, muszę usytuować ich wiersze na moim „twardym dysku”, a potem znaleźć dla tego najbardziej stosowną oprawę. Co robię, bo wierzę, że dobrze użyta muzyka potrafi poezję rozprzestrzenić daleko bardziej niż wydanie papierowe. Mienię się sługą poetów, bo poeci są bardzo ważni, są strażnikami języka. Ludźmi, którzy próbują nazywać nienazywalne. A czasami po prostu mówią o najprostszych sprawach, ale w taki sposób, w jaki każdy z nas chciałby powiedzieć, tylko nie umie. Ja potrafię zapisać myśl wynikającą z jakichś moich doświadczeń i refleksji, potrafię ją sformułować w sposób wystarczająco poetycki, żeby miała również wartość estetyczną, ale to jest zupełnie coś innego, bo ja poetą nie jestem.

To jest dla mnie duża zmiana, nowa sytuacja. Bo przez długie lata właściwie zajmowałem się poetami, ale nie pisałem własnych rzeczy. Uważałem, że wszystko co najważniejsze napisałem między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia. Jestem śpiewakiem, więc pracuję z tekstami. Jest wprawdzie śpiewanie sonorystyczne, ale dość rzadko wykorzystywane w muzyce. Natomiast jak się działa ze słowem, to się podejmuje poważne decyzje.

Na początku, kiedy wszedłem na scenę jazzową, w moim repertuarze była klasyka jazzowa, a więc amerykańska muzyka i amerykańskie teksty. To było dla mnie bardzo atrakcyjne, byłem zafascynowany tą muzyką i jestem zresztą do dziś fanem jazzu. Jestem też myślącym jazzowo człowiekiem, improwizującym i pulsującym. Reszta to są treści, które wynikają z różnych uwarunkowań. Śpiewałem klasykę, aż poczułem, że powinienem zacząć szukać własnego języka. I zacząłem od tego, że zanurzyłem się w polszczyznę.

DSC_0783.jpg fot. Piotr Gruchała

I staje pan trochę po przeciwnej stronie barykady, bo chociażby - biorąc przykładowo Shakespeare’a – wartości może bywają podobne, ale język jest inny. Zamiast przenośni – jest powiedzenie wprost i bez ornamentyki. Trzeba było skreślać i skreślać, żeby dojść do takiej formy?

Moje pisanie to skreślanie, tak czy owak. Bazuję zazwyczaj na jakimś zawołaniu, które mnie jakoś pociąga. Zapisuję je i próbuję je później rozwijać, ale to zawsze się kończy skreślaniem. Natomiast potrafię napisać tekst w ciągu jednego dnia. Tak mi się zdarzało. Oczywiście następnego dnia dokonuję jeszcze pewnych zmian, ale całość, architektura powstaje w zasadzie trafnie i nie ma zbędnych słów.

To jest też kwestia wyboru, na przykład tematów. Napisałem trochę tekstów politycznych, ale w życiu bym ich nie zaśpiewał, ponieważ uważam, że sztuka nie powinna zajmować się publicystyką. Mam prawo nazwać sobie pewne rzeczy, ale lepiej, żeby zostało to w sztambuchu. I tak coś zapisywałem. Tematy, które poprzedzały to właściwe pisanie, do którego zabrałem się latem 2017 roku.

Po tej długiej przerwie, po trzydziestym roku życia?

No tak, po długiej przerwie. Znaczy zacząłem pisać wcześniej, ale to były tylko te zapiski.

Tylko do szuflady?

Tak, a tamtego lata dostałem takiego kopa i zaczęło się to pisanie.

Skąd wziął się ten kop?

Pojechałem na wakacje do Catskill. Góry, trzy godziny jazdy od Nowego Jorku. Okolice, z których płynie woda dla Nowego Jorku. Niedaleko jest Woodstock i miejsce, gdzie Bob Dylan miał wypadek motocyklowy. To były super wakacje. Byliśmy prawie dwa miesiące, słuchaliśmy muzyki. Mieszka tam wielu muzyków, którzy schodzili się, by pograć. Przeczytałem sobie jeszcze raz Kroniki Dylana, które uważam za najlepszą literaturę autobiograficzną. Daleko od domu inaczej się myśli, uruchamiają się jakieś szufladki…

Lepiej patrzy się z dystansu?

Tak, ten dystans daje dodatkową wartość. Napisałem kilka tekstów i… właściwie mogę powiedzieć, że cały czas piszę. Z tym materiałem związane było zobowiązanie, żeby w tym roku Universal coś wydał, więc zrobiliśmy selekcję. Ale to jest tylko część większego zbioru, a jak kampania się skończy, to wracam do roboty.

Do pisania kolejnych piosenek?

Tak.

Czyli w tym przypadku będzie kontynuacja?

Będzie płyta, co najmniej na drugą nóżkę.

Może wersja koncertowa? Muzyka i słowa ukazała się przecież też w wersji rozszerzonej o drugą płytę z nagraniem koncertowym, które pokazuje, moim zdaniem, że ten materiał lepiej brzmi na żywo.

Tak, w końcu po to są też pisane te piosenki - żeby były w naszym repertuarze. Trzeba się przekonać, jak to się gra - czy niesie. A ponieważ te niosą, to jeszcze zrobimy następną porcję i będziemy mogli grać całe koncerty z tym zbiorem.

Nie było w takim razie koncertów z tym nowym repertuarem przed wydaniem albumu?

Ten, który znalazł się na dodatkowej płycie, był pierwszy. Tak się złożyło, że zostaliśmy zaproszeni na jubileusz Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego (koncert odbył się 9 października 2018 roku w Teatrze Kamienica w Warszawie – przyp. red.) i mogliśmy zagrać ten materiał.

Czyli - okazuje się - że w ojczyźnie folku powstała folkowa płyta.

Stamtąd wziął się pomysł. Przyznam, że to jest moje nowe otwarcie. Dla mnie piszącego. Musiałem przedrzeć się przez onieśmielenie, nie wiedziałem, jak to będzie, czy nie będę tetrykiem, jakimś kaznodzieją. Nie chciałem nikogo w ten sposób kłopotać. Okazało się jednak, że znalazłem się we właściwym miejscu i czuję, że jest moc. Muszę też powiedzieć, że obserwuję ogromne zainteresowanie, jakie wzbudza ta płyta. Zwłaszcza w porównaniu z kilkoma poprzednimi. Żadna z nich nie spowodowała takiego zainteresowania radiostacji, telewizji.

Domyślam się, że na pewno pod tym względem nie może się równać z wcześniejszą nagraną z big-bandem Rogera Berga?

Mówię też o Tryptyku Rzymskim, o Osieckiej, o Niemenie, o Miłoszu. O płytach z dwutysięcznych lat. Zainteresowanie jest nieporównywalne. Przypisuję je temu, że w jakimś sensie odpowiedziałem na zapotrzebowanie społeczne. Bo przychodzili do mnie ludzie i pytali, kiedy nagram swoją autorską płytę. Tłumaczyłem im, że przecież komponuję, wydaję płyty z moją muzyką i utworami równych poetów. „Ale my chcemy wiedzieć, co pan myśli o tym świecie”.

Z pana punktu widzenia, jako wokalisty, śpiewanie takiego programu jest czymś innym niż śpiewanie standardów jazzowych czy Shakespeare’a a cappella? Czy jak dojdzie się do pewnej sprawności, zbierze się dość doświadczenia, nie robi to większej różnicy i generalnie okazuje się, że jest właściwie jedno śpiewanie?

Tak, absolutnie jest jedno! Oczywiście są różne gatunki muzyki i różnie się w nich śpiewa. Ale nie jest ono inne w takim rozumieniu, że nic nie udaję, nie przestrajam swojego brzmienia, w momencie kiedy śpiewam swingowe rzeczy, kiedy śpiewam bluesa czy Niemena albo jakieś moje piosenki. Nie, to co teraz słychać - to jest mój głos i jedyne co się z nim dzieje, to że on się obniża. Ale to jest fizjologia, biologia, która dotyczy każdego – kobiet i mężczyzn. Co powoduje ciekawą konieczność – mianowicie, na przykład, sonety Shakespeare’a, które zostały wydane w dziewięćdziesiątym piątym, muszę transponować. Większość już przetransponowałem o co najmniej tercję, bo obecnie są już dla mnie za wysoko, żeby nie krzyczeć i nie wysilać się.

Kiedy jednak porówna się na przykład wykonania jazzowych standardów z początków pana kariery z tymi ze Swing Revisited, słychać dużą różnicę, która nie wynika tylko z obniżenia głosu. Jak teraz, z perspektywy czasu, patrzy pan na tamte wersje? Nie zaśpiewałby pan Monka już w taki sposób na Blubluli?

Ja się nie wypieram tego, co było wtedy. Byłem wstępującym na to terytorium, fascynowała mnie muzyka jazzowa w swojej rozległej strukturze… Ale prawdą jest, że bardzo ucieszyłem się ze spotkania z big-bandem Rogera Berga, bo mogłem zaśpiewać mój repertuar z końca lat siedemdziesiątych i z początku osiemdziesiątych, tym razem już tak, jak należy. Bo - pomijając wersje płytowe, które były bardzo wypielęgnowane i przypilnowane, tak że tego się nie odczuwa - ja wówczas, na żywo, zajmowałem się byciem awangardowym. Miałem wtedy uporczywą ambicję akademicką, żeby zadziwiać publiczność jakąś dziwnością, jakimiś wybrykami, brawurą. Innymi słowy, jak się coś takiego robi? Po prostu bierze się coś ładnego i się to psuje. Minęło mi to zresztą dzięki uwagom starszych wówczas. Nagrania z Rogerem tych rzeczy, z orkiestrą, która w sposób bardzo czuły gra ten repertuar, było fajną przygodą, bo teraz wiedziałem już, jak to się robi. A robi się to bardzo po prostu - śpiewa się tak, jak jest napisane, mniej więcej.

DSC_0861_a.jpg fot. Piotr Gruchała

Patrzy pan jednak na tamtego siebie, który szarżował na Blubluli, jak na zupełnie innego człowieka?

Usprawiedliwia mnie, że byłem młody i to były moje pierwsze próby wypowiedzenia się. Pamiętam, jak miałem wtedy obsesję, że nie gram na trąbce. Kochałem Milesa Davisa i to moje śpiewanie wkurzało mnie. „Czemu ja na trąbce nie gram?”. Ziut Gralak koło mnie i on tak umie tę trąbkę trzymać i wydobyć dźwięk…

Skrzypce też były pewnie wtedy mniej fajnym instrumentem niż jakiś dęciak?

Też, tak. To było obsesyjne, nie wiem, skąd się wzięło. Minęło mi oczywiście, ale jak wspominam tamte czasy, to takie miałem problemy.

Dlaczego w takim razie ta wokalistyka? Do dziś właściwie męska wokalistyka w tym kraju nie należy do dziedzin, w których jest duża konkurencja. W przeciwieństwie do kobiecej.

Tak, chłopcy tego unikają.

Dlaczego?

Bo to jest obciach śpiewać.

Tak pan wtedy myślał?

Nie, nie. Odkąd trwa w Polsce reforma edukacyjna, czyli już od ćwierć wieku, likwiduje się między innymi obowiązkowe lekcje umuzykalniania w nauczaniu początkowym. Zaprzestano umuzykalniania dzieci w wieku od sześciu do dziesięciu lat. Co powoduje potworną lukę cywilizacyjną.

Czym różnimy się na przykład od Skandynawów, którzy są umuzykalnieni w nieporównywalnie większym stopniu i w większości uprawiają muzykę w najróżniejszych jej amatorskich przejawach.

Dawno temu stwierdzono, że przez muzykę następuje poważny rozwój człowieka, bardzo wielowątkowy. Jak mama w domu nie śpiewała, to dla chłopaka, który ma 15 lat, obciachem jest coś zaśpiewać, śpiewanie jest aktem odwagi. Tylko wyjątkowo silne jednostki, takie jak Dawid Podsiadło, sobie z tym radzą. On ma siłę i wszystko co trzeba, żeby samemu dojść tam, gdzie jest. Polacy nie śpiewają pojedynczo, ryczą w grupie, jak na stadionie Legii, żeby być głośniejszym niż sąsiad. Trzeba wrócić do edukacji, bo inaczej nie będzie więcej śpiewających chłopców. Przyjęło się, że dziewczynce bardziej przystoi śpiewać.

Pan nie miał takich problemów w związku z wychowaniem, które wyniósł pan z domu?

Ja tego nie czułem. W domu u mnie było śpiewanie - moja mama śpiewała, moje ciocie, babcie i wujkowie śpiewali. Na uroczystościach rodzinnych, po południu, po obiedzie - śpiewów było zawsze co niemiara. Były śpiewniki. W szkole podstawowej mieliśmy wtedy lekcje śpiewu w pierwszych klasach. Trzeba było w rygorze szkolnym nauczyć się tekstu. Śpiewaliśmy razem z panią od muzyki. Jeden lepiej, drugi gorzej, ale wszyscy otwierali buzie. Nikt nie oceniał tego, po prostu ważniejsze było uruchamianie. Bo jak inaczej można dojść do muzyki, jeżeli nie przez śpiew? Nie ma innej drogi. Nie można najpierw uczyć grać na flecie, a potem uczyć śpiewać, powinno być odwrotnie.

Ten sam proces, który doprowadził do rozwoju muzyki u człowieka pierwotnego.

Absolutnie. Droga do muzyki wiedzie przez śpiew.

Dotarło do pana z czasem, że coś jest nie tak? Pożałował pan tego śpiewu i poczuł się osamotniony jako chłopak śpiewający jazz?

Tak, ale to z innych powodów, nie takich genderowych.

Z powodu fascynacji muzycznych?

Tak, to wynikało z tego, że chciałem być Milesem. Rzecz, która mija. Jednakowoż ja nie miałem zupełnie takich rozterek. Byłem w czołówce wokalistów corocznego podsumowania Jazz Forum, przez parę lat nawet na pierwszym miejscu, co bardzo pokornie przyjmowałem i nie zdawałem sobie sprawy, że poza tym topem właściwie niewielu więcej jest u nas śpiewających. Nigdy też nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego śpiewam. Po prostu odkąd pamiętam – śpiewałem, to wszyscy słuchali.

Czy poza kontynuacją płyty piosenkowej z autorską twórczością ukaże się jeszcze coś innego? Może kolejna płyta afrykańska? Coś z Wojciechem Karolakiem też mogłoby znaleźć odbiorców.

Mamy z Wojtkiem taśmy z naszego koncertu w Krakowie, na którym gościnnie wystąpił świetny amerykański gitarzysta Ed Cherry. Grał z nami też nasz kolega Arek Skolik. Koncert jest bardzo dobrze nagrany i wygląda na to, że nadaje się do wydania.

Afrykańską płytę też zamierzam kontynuować. Buba wyjechał do Gambii, ale kiedy wróci, będziemy się tym zajmować. Mam zamiar też wyjechać z nim do Gambii, żeby tam pograć.

Jest szansa na jakieś przedsięwzięcie solo? Na przykład coś w rodzaju Shakespeare a cappella?

Myślałem o tym. Ale bardziej oswajam się myślą pod tytułem milczenie. Czyli sam fortepian.

Bez wokalu?

Tak.

Mówił pan kiedyś, że żaden z pana pianista...

Tak, nadal nie uważam się za pianistę, ale umiem posługiwać się fortepianem.

Recitale solowe wokalno-pianistyczne nadal się odbywają?

Tak, gram nadal taki program.

Co mogłoby się znaleźć na takiej solowej pianistycznej płycie? Standardy czy własne kompozycje?

Nie, to byłaby absolutnie improwizowana muzyka. Nawet bez tematów - raczej totalna improwizacja, amorficzna, linearna opowieść, w której nie ma refrenów ani powtórek. Gram czasem takie rzeczy, jak jestem sam w studiu i potem daje się tego słuchać. A skoro ja mogę słuchać, to może inni też by mogli. Nie obiecuję, ale skoro pan zapytał…

Kusi taki pomysł?

Tak, kusi coś takiego.

Dlaczego?

Dla medytacji.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 3/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO