JP długi
Wywiad

Takeshi Asai: Odkrywam, kim jestem

Obrazek tytułowy

fot. DTC Design Lab

Takeshi Asai jest pianistą, którego droga na sceny jazzowych klubów Nowego Jorku, gdzie obecnie występuje, była nietypowa. Pracując niegdyś w niemuzycznej branży, nawet nie marzył, że będzie łączył rolę profesjonalnego muzyka, koncertującego na całym świecie i wypuszczającego kolejne nowe płyty, z prowadzeniem własnego studia nagraniowego i pracą pedagoga. Jaka droga doprowadziła go do miejsca, w którym obecnie się znajduje?

Marta Ratajczak: Pochodzisz z Japonii, gdzie studiowałeś na Uniwersytecie Doshisha na kierunku biznesowym. Jak to się stało, że trafiłeś później na takie uczelnie jak Stanford, Harvard oraz Berklee College of Music?

Takeshi Asai: Mój uniwersytet w Japonii znany jest z tego, że wyedukował wielkich muzyków jazzowych. To jeden z czynników, które sprawiły, że dziś gram jazz na fortepianie. Uczelnia stworzyła mi wiele możliwości występowania, kiedy byłem jeszcze studentem. Stanford, gdzie trafiłem z Uniwersytetu Doshisha w ramach wymiany międzynarodowej i gdzie studiowałem język angielski, pokazał mi piękno Ameryki. Studenci, nauczyciele, kampus i piękno miasta San Francisco lat osiemdziesiątych – wszystko to sprawiło, że właśnie wtedy postanowiłem, że bez względu na wszystko muszę wrócić do USA! Berklee było miejscem, gdzie odnalazłem się w jazzie. Nauczyłem się tu wszystkiego, od techniki gry na fortepianie przez klasyczny repertuar fortepianowy aż do najbardziej wyrafinowanych teorii muzycznych, co stało się dla mnie niezwykle silnym fundamentem, na którym opieram się do dziś. Poznałem też świetnych muzyków, z którymi zdarzyło mi się nagrywać płyty i jeździć w międzynarodowe trasy koncertowe. Studiowałem jeszcze programowanie komputerowe na State University of New York w Purchase. Co do Harvardu – tam po prostu stwierdziłem, że nie jestem zbyt mądry [śmiech].

Jak zacząłeś wchodzić w świat muzyki? Dlaczego spośród wszystkich instrumentów wybrałeś fortepian?

Wciąż pamiętam moment, w którym moja mama zawołała mnie na pierwszą lekcję gry na fortepianie. Miałem wtedy sześć lat i byłem w samym środku fantastycznej bitwy błotnej z moimi „złymi przyjaciółmi”. Myślę sobie, że może to właśnie z powodu niedokończonej błotnej walki nigdy nie lubiłem lekcji gry na fortepianie… Ale miałem sąsiada, który grał na okrągło Beatlesów. Gdy usłyszałem Let It Be, byłem oczarowany! Pamiętam, że szybko pobiegłem do fortepianu i zacząłem grać słynne intro ze słuchu. To właśnie wtedy zacząłem muzykować z pasją, która nigdy nie zniknęła. Choć, cóż – zdarzało się to od czasu do czasu [śmiech].

Obserwując twoje dokonania na scenie muzycznej na przestrzeni lat, widzę, że jesteś bardzo wszechstronny. Poruszając się w szeroko pojętym jazzie, nie stawiasz twardych granic gatunkowych, ale dajesz sobie dużą wolność w procesie tworzenia. Ale właściwie dlaczego wybrałeś jazz?

W istocie wciąż dopiero odkrywam, kim jestem. Jako nastolatek byłem zafascynowany muzyką baroku, jednak nie miało to przełożenia na moje występy. Początkowo grałem na gitarze w zespole grającym covery Beatlesów, jednak dość szybko przerzuciłem się na klawisze, ponieważ nikt inny z mojego otoczenia nie grał na pianinie, choć w wieku 13 lat znacznie lepiej wychodziła mi gra na gitarze. Kiedy miałem 16 lat, mój nauczyciel matematyki sprezentował mi kasetę z nagraniem Köln Concert Keitha Jarretta. I to był ten moment, kiedy improwizacja stała się moją pasją. Kolejnym „strzałem” była dla mnie jego płyta My Song – wraz z nią gra na fortepianie jazzowym stała się oficjalnie moją pasją!

Powiedziałaś o mojej wszechstronności. Być może wzięła się ona z tego, że już w młodym wieku obdarzony byłem profesjonalnym słuchem muzycznym, tzw. słuchem relatywnym. Zamiast przyswajać sobie gatunki muzyczne, słuchałem pięknej harmonii i zmian akordów. Dlatego do dziś odbieram muzykę nie przez pryzmat gatunku, ale przez harmonię.

Historia twojej edukacji i kariery różni się znacznie od historii innych muzyków. Początkowo byłeś specjalistą IT. Jak do tego doszło, że porzuciłeś pierwszą branżę i zostałeś... pianistą jazzowym?

Takeshi: Prosta odpowiedź: to nie moja zasługa [śmiech]. Pewnego dnia mój szef z firmy IT, w której pracowałem, po wysłuchaniu mojego koncertu na Manhattanie, wparował do biura, mówiąc, że powinienem zostać pełnoetatowym muzykiem! Pierwszą moją reakcją było: „co?!”. Jednak kilka tygodni później, kiedy kończyłem pracę o pierwszej nad ranem, usłyszałem głos: „rzuć wszystko i zostań profesjonalnym muzykiem. Wszystko się poukłada”. Tak więc posłuszny wewnętrznemu głosowi rzuciłem „elitarną” pracę.

Wtedy zaczęło się życie w piekle. Zasadniczo moje umiejętności gry na fortepianie są dalekie od profesjonalnych. Zdecydowałem się więc na lekcje gry klasyki na fortepianie ponownie w wieku 40 lat. Podjąłem walkę o wystarczającą technikę gry.

Może więc w tym tkwi sekret, który czyni cię tak wyjątkowym, niezniszczonym przez sztywne ramy wymagań i ściśle określone ścieżki w szkołach muzycznych, które potrafią niejednemu podciąć skrzydła, zabijając indywidualność?

Bardzo możliwe. Miałem możliwość grania tylko takiej muzyki, którą kocham. Życie jest zbyt krótkie, by robić to, czego się nie lubi.

Jednocześnie z rolą muzyka łączysz pracę inżyniera dźwięku i producenta. Czy jedno pomaga drugiemu?

Dla mnie to wszystko jest po prostu jednym zajęciem. Jeśli ciągle szlifujesz dźwięk wydobywający się z instrumentów, to coraz bardziej zależy ci na jego jakości. Moja nowa pasja w zakresie inżynierii dźwięku wzięła się właśnie z tej motywacji. Początkowo zgłębianie tajników inżynierii dźwięku było dla mnie po prostu świetną zabawą. Obecnie moi koledzy, profesjonalni muzycy, przychodzą do mojego studia nagrywać swoje płyty, wybierając właśnie mnie jako inżyniera. To wielka przyjemność, a jednocześnie niesamowita możliwość poznawania wszystkich aspektów tworzenia wspaniałej muzyki.

Kim są twoi muzyczni idole?

The Beatles! Bach i Chopin. Jak już wiesz, olbrzymi wpływ wywarł na mnie Keith Jarrett. Jest też cały szereg wspaniałych pianistów jazzowych, takich jak Bill Evans, Oscar Peterson, Herbie Hancock, Red Garland, Fred Hersch czy Brad Mehldau. Francuzi sprawili, że pokochałem Takemitsu, Messiaena i Poulenca. Niesamowite były też dla mnie zawsze Broadwayowskie musicale. Z kolei prowadząc lekcje dla amerykańskich nastolatków, usłyszałem od nich o Taylor Swift, która stała się moją nową ulubienicą [śmiech].

Czy to prawda, że ostatnio poszerzyłeś swoją ofertę dydaktyczną i uczysz również studentów z zagranicy, m.in. z Japonii, Korei i Włoch? Jak to jest prowadzić zdalne lekcje na tak osobliwy temat jak tworzenie i produkcja muzyki, w dodatku w obcym języku?

Muzyka jednoczy nas wszystkich. Naprawdę to poczułem, kiedy po raz pierwszy wystąpiłem w USA. Nie trzeba nawet nic mówić. Porozumiewam się z Włochami, Francuzami, Polakami, Egipcjanami, Koreańczykami, Chińczykami i wszystkimi innymi nacjami po angielsku. Z punktu widzenia muzyka świat jest bardzo syntetyczny.

Nie mam pojęcia, czego mogłabym ci życzyć na koniec rozmowy? Wydaje się, że nie ma rzeczy, której Takeshi Asai nie mógłby osiągnąć?

Nie umiem dobrze grać na fortepianie [śmiech]. Szczerze mówiąc, po każdym koncercie mam mnóstwo pracy domowej do odrobienia, a następnego dnia – znów zaczynam ćwiczyć. Właściwie w całym moim życiu może ze trzy razy czułem, że gram na fortepianie naprawdę bardzo dobrze.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO