Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Włodek Pawlik: fortepian potrafi być alfą i omegą

Obrazek tytułowy

fot. Piotr Gruchała

fot. Jarosław Wierzbicki

W natłoku wielkiej popularności i ciągłego koncertowania Włodek Pawlik nagrał niespodziewanie płytę pełną spokoju, odnoszącą się do tego, co, jego zdaniem, w muzyce najistotniejsze. Dlaczego jest to też pianistyczny manifest?

Piotr Wickowski: Ostatnio spotykaliśmy się, żeby porozmawiać o wielkoorkiestrowym dziele 4 Works 4 Orchestra. Teraz jest coś na przeciwnym biegunie zupełnie, czyli płyta na fortepian solo, w której zbiega się wiele wątków i która jest też trochę odreagowaniem tych bardzo dużych projektów, kompozycji muzyki współczesnej, muzyki symfonicznej.

Włodek Pawlik: Tak, trafiłeś w samo sedno. Ostatnie moje przedsięwzięcia rzeczywiście obfitują w wielkie aparaty orkiestrowe, chóralne, duże formy czy koncerty, takie jak koncert na wiolonczelę, koncert fortepianowy, czy ostatnio potężna półtoragodzinna kantata Myśląc Ojczyzna, której niedawne wykonanie w Warszawie mogę uznać za wielki sukces, bo to był koncert komercyjny i sala była wypełniona po brzegi, mieliśmy owację na stojąco. Takie megaprzedsięwzięcia rzeczywiście wymagają poświęcenia dużej ilości czasu i skupienia się na szerokim, optymalnym brzmieniu, jakie można sobie tylko w muzyce wyobrazić. A od zawsze, od wczesnego dzieciństwa byłem, i mam nadzieję, że jeszcze trochę będę, pianistą. Pianistą, który od jakiegoś czasu tworzy płyty albo gra koncerty solo. Niekoniecznie też są to koncerty z cudzymi utworami. Solowa była pierwsza płyta jazzowa, którą nagrałem, w ogóle numer jeden w mojej dyskografii - Quasi Total.

1987 rok, PolJazz, część utworów twojego autorstwa, a część można uznać za standardy.

No właśnie. I od tego czasu, jak policzyłem, nagrałem już siedem solowych płyt, łącznie z tą, którą się teraz dzielę ze słuchaczami. Twórczość solowa jest jedną z głównych osi decydujących o moim wizerunku muzycznym, bardzo istotną. Można powiedzieć, że to powrót do źródeł, do tego, co mnie wiąże z muzyką, co jest najbardziej intymne i najbardziej dla mnie istotne. Personalizacja, kontakt sam na sam z moim ulubionym instrumentem, jakim jest fortepian...

I kontakt chyba też z ulubionymi utworami, jak się domyślam. Playlista tego albumu mogłaby być twoją listą przebojów, bądź może być listą przebojów wielu ludzi, którzy są otwarci na różne gatunki - na jazz, ale też na muzykę popularną, na rock.

Tak, to jest świadoma decyzja, że ta płyta po prostu będzie odzwierciedleniem tego, co jest dla mnie najbardziej istotne w muzyce, czyli powrotem. Jest taka piosenka Rzeka dzieciństwa Breakoutów i to jest, można powiedzieć, metafora filozofii nagrania tej płyty. Powrót do tych dźwięków, do tych piosenek, do tych melodii, które mnie również ukształtowały jako muzyka. Nie wyobrażam sobie życia bez utworów, które są na tej płycie. One są w formie piosenek, ale są towarzyszkami życia, przyjaciółkami, które idą ze mną prawie od zawsze i są do dzisiaj. One też mnie kształtują. Jeżeli mam wątpliwości co do tego, w jakim świecie żyję, w jakim systemie, co jest modne, co niemodne, po prostu otwieram szkatułkę z tymi melodiami i one odpowiadają mi na pytanie bez żadnych wątpliwości. Odpowiadają, że w muzyce najistotniejsze są - jak kiedyś powiedziałem – szlachetna prostota i piękno. Do tego powracam i z tej perspektywy nawiązuję do tej płyty. Czasami mam powyżej uszu eksperymentów, nowych brzmień, Bóg wie czego jeszcze, czyli chaosu, hałasu, który im dłużej żyję, tym bardziej mnie drażni. A źródła, jak wiemy, są czyste.

Liczy się piękna melodia, liczy się też przekaz, jak chociażby w piosence Boba Dylana Blowin' in the Wind. Pamiętasz, kiedy pierwszy raz usłyszałeś ten kawałek?

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem, ale pamiętam, kiedy pierwszy raz ten utwór zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Miałem wtedy może 16 lat i byłem w domu jednego plastyka we Wrocławiu. On miał tę płytę Boba Dylana, powiedział: „Teraz ci coś puszczę” i usłyszałem właśnie Blowin’ in the Wind i inne utwory. To było jak piorun. Zrozumiałem, że jest ktoś, kto muzykę traktuje jako element bardzo naturalnego przekazu, tego, co jest istotą jego tożsamości artystycznej, bo jest śpiewającym poetą. Mogę powiedzieć, że od tego momentu jestem fanem geniuszu Boba Dylana. A ten utwór towarzyszy mi od tamtego czasu świadomie. Często do niego powracam i dlatego chciałem go nagrać.

_DSC5152.jpg fot. Piotr Gruchała

Klucz doboru tych utworów był właśnie taki - utwory, które ci towarzyszą przez całe życie, ale i utwory bardzo ważnych dla ciebie postaci, nieważne, z jakiego obszaru kultury współczesnej i muzyki?

Dokładnie tak. I wielcy humaniści. Jednak cokolwiek by powiedzieć o Bobie Dylanie, to jest po prostu fantastyczny, współczesny, nie bałbym się tego słowa użyć, święty naszych czasów. On jest ikoną tych wartości, o których często zapominamy. Blowin' in the Wind – możemy sobie przetłumaczyć, o czym są te słowa, ale może lepiej ich posłuchać i jakby odłożyć je dla siebie. Ten piękny, homerycki wręcz tekst na temat współczesnych czasów, który jest ciągle aktualny. Im bardziej odczuwam jakąś presję życia na tym padole łez, tym bardziej te słowa i ta muzyka, ta prostota, szlachetny przekaz, docierają do mnie. Myślę, że nie tylko do mnie. Bob Dylan nie jest niszowym artystą, ale, być może, jest obecnie jedynym popularnym śpiewającym poetą. Cohen już nie żyje...

Na pewno jedynym z Noblem.

I jedynym z Noblem. Być może warto od czasu do czasu wejść głębiej, być może poprzez muzykę, w świat metafizyki.

Na Songs Without Words są również utwory uznawane powszechnie za standardy jazzowe. Autorami są artyści z Ameryki. Po raz kolejny, po wydanej poprzednio Ameryce, odnosisz się do kultury, która jest dla ciebie ważna?

Jedynym, co mnie łączy z jazzem, jest tradycja amerykańskiej muzyki swingowej. Nie wyobrażam sobie, żeby można było myśleć o byciu koneserem jazzu czy osobą, która jazz gra albo się nim pasjonuje, bez znajomości korzeni tej muzyki. Czyli bez znajomości tych utworów, które ja tutaj improwizuję. Podkreślam, to są też piosenki, ale to są jazzowe, swingowe, amerykańskie piosenki. To wszystko hity amerykańskiej muzyki popularnej z okresu swingu.

Czyli nie obrażasz się, jeśli ktoś stwierdza, że jazz jest muzyką amerykańską?

Obrażać się? Ktoś tak mówi?

Bywają tacy, którzy twierdzą, że my tutaj gramy muzykę europejską, która wprawdzie ma jakieś korzenie, ale nie jest muzyką amerykańską.

Chyba nie wiem, czy żyjemy w tych samych światach. Może w równoległych? Każdy ma prawo do mówienia, co chce, można mówić androny na każdy temat, niepoparte jakimkolwiek doświadczeniem piękna zawartego w muzyce. Jeżeli myślimy o jazzie, to myślimy o bluesie, myślimy o Billie Holiday, myślimy o Louisie Armstrongu. Myślimy również o wielu, wielu innych fantastycznych wykonawcach, chociażby Errollu Garnerze, który jest kompozytorem Misty. Jeżeli nam się wydaje, że tych ludzi nie było albo nie chcemy o nich słyszeć, to właściwie po co my w ogóle rozmawiamy na temat muzyki jazzowej?

Z twojego punktu widzenia taki materiał, jaki znalazł się na Songs Without Words, jest trudny do grania? Trzeba było podejść do tego bez żadnego przygotowania czy przeciwnie, należało dokładnie wszystko przemyśleć, przestudiować, zastanowić się, jak to zagrać, żeby trochę odróżnić się od tysiąca innych wersji?

Odróżnić się? Jestem pianistą jazzowym, mam swój własny język, moje improwizacje mniej lub bardziej, ale jednak są moje. Czyli z tej perspektywy nie mam takich problemów, że muszę się na siłę od kogoś odróżniać, bo to jest po prostu naturalne, że każda improwizacja jest niepowtarzalna. Natomiast przede wszystkim nie chciałem utracić w swoich impresjach na temat tych utworów tego, co jest fundamentem tej muzyki, bez czego nie wyobrażam sobie kreowania fortepianowych improwizacji jazzowych w takiej muzyce, jak standardy jazzowe - swingu, elementów formalnych, ale też strukturalnych. Z tym wiąże się tradycja wykonywania tych utworów przez wielu, wielu pianistów, począwszy chociażby od pianistów epoki ragtime’u, poprzez pianistów swingowych, takich, jak chociażby przypominający mi się od razu Nat King Cole, wcześniej Fats Waller, Thelonious Monk. Całą plejadę fantastycznych pianistów jazzowych z tych starych dobrych czasów, kiedy pianiści jazzowi grali fantastycznie. Art Tatum! To są ikony, do których trzeba wracać, żeby nie zapomnieć, skąd się bierze magnes w tej muzyce. Właśnie te ikony i te dźwięki nas ubogacają i upiększają. W sumie, podchodząc do grania tych utworów, nie miałem idei, żeby coś komuś albo sobie tłumaczyć. Po prostu siadłem i zagrałem to, co wydawało mi się w momencie improwizowania tych utworów dla mnie najważniejsze. Wyrażałem poprzez tę muzykę najbardziej intymne aspekty tego, co jest chyba najistotniejsze w muzyce, czyli swojej wrażliwości.

IMG_911822.jpg fot. Jarosław Wierzbicki

Naturalny sposób grania, bliski temu, co zostało zapisane w oryginale? Wynikało to z naturalnej potrzeby oddania tych utworów właśnie w ten sposób czy miałeś jakąś pokusę, żeby odpłynąć - w jakimś momencie, w którymś utworze jednak zagrać, odchodząc bardzo od oryginału?

To jest właśnie trochę, można powiedzieć, kontestacja tego odpływania, „Odpływanie” jest słowem, które w polskiej muzyce jazzowej robi furorę. Tylko kiedy się spotykam z tym odpływaniem u wielu muzyków jazzowych, przy całym szacunku do ich odpływania, to po prostu najczęściej tak odpływają, że się nadziewają na skały. Rodzi się pytanie, czy warto ryzykować. Nie, ta płyta jest w pewnym sensie manifestem, żebyśmy się trochę opamiętali, żebyśmy po prostu się wyciszyli, żebyśmy znaleźli w muzyce na nowo pokłady ciszy, spokoju, tego, co w fortepianie jako instrumencie jest fantastyczne - że potrafi być alfą i omegą. Możemy poprzez grę na fortepianie wyrazić to, co chcemy, i wejść w sferę dialogu ze słuchaczami, którzy za pomocą tych dźwięków i właśnie poprzez te utwory odkrywają w sobie fantastyczne karty swojej miłości do muzyki. I to do tych ludzi kieruję te dźwięki.

Jak Songs Without Words ma się do Grand Piano? Na tamtym albumie, który ukazał się w 2008 roku, również na fortepian solo, jak mówiłeś, improwizowałeś bez zapisanych wcześniej jakichkolwiek utworów, nawet bez planów. Z jednej strony oba materiały są jakoś zbieżne, ale z drugiej - jest to jednak zupełnie inny sposób grania.

Inny sposób tworzenia muzyki. Natomiast wydaje mi się, że ktoś, kto przesłucha dwupłytowy album Grand Piano nie będzie miał wątpliwości, że gra ten sam facet, czyli ja – Włodek Pawlik. I to jest w sumie tyle. I aż tyle.

Potrzebowałeś też innych okoliczności? Bo widzę, że tutaj materiał został zarejestrowany na kilku sesjach. A tam - nocna, wielogodzinna sesja. Można powiedzieć: trochę rzeczywiście wyimprowizowana, pod każdym względem, nie tylko muzycznym, sytuacja.

Tak, to była inna sytuacja, inne czasy, inne okoliczności. Trudno powtórzyć dwa razy to samo, nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Tamte okoliczności, czas i możliwości, ale też moja potrzeba nagrywania nocą, być może była istotnym impulsem i przeżyciem, które chciałem udokumentować. Ale to już jest przeszłość. To byłem ja prawie dziewięć lat temu, teraz jestem dziewięć lat do przodu, tu i teraz. Tamta potrzeba i tamte nagrania wynikały też z zupełnie innych motywacji. Nie spieszyłem się tutaj, po prostu wchodziłem sobie do studia, kiedy mogłem, kiedy chciałem, i ta płyta jest troszeczkę elementem wyciszenia i zwolnienia. Paradoksalnie był to komfort, jakiego od dawna nie miałem. Myślę, że to jest choroba nie tylko moja, że muzykę na przestrzeni ostatnich przynajmniej dziesięciu lat tworzy się w pośpiechu, nagrywa się w pośpiechu. I to potem słychać, niestety. Ta nerwica zdumiewająco jest niestety słyszalna. Nie mówię o wszystkim, ale coś jest na rzeczy. Ta płyta była nagrywana w studiu właśnie w takim tempie - moderato cantabile.

Wobec wydarzeń, koncertów, wszystkiego, co dzieje się wokół ciebie od momentu przyznania ci nagrody Grammy, ciężko było znaleźć czas na nagranie takiej refleksyjnej płyty?

I tak, i nie, bo akurat to jest kwestią pewnego przekonania i pewnej fali, która prowadzi do wniosków, że coś jest na rzeczy, żeby jednak wejść do studia i utrwalić pewien stan tego, co się dzieje we mnie.

Czyli jednak potrzeba.

Potrzeba, tak. Po prostu intuicja podpowiada, że to jest ten moment, że trzeba to teraz zrobić, bo potem, być może, nie będzie tego specyficznego napięcia. Tego ogniwa, które wyznacza pewne ścieżki i kreuje stylistykę danej płyty czy danego projektu.

autor: Piotr Wickowski

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 12/2017

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

27 czerwca

Lado w Mieście ma 10 lat

Plac Zabaw nad Wisłą

Warszawa

27 czerwca

Swingujące trójmiasto

Muzeum Miasta Sopotu

Sopot

28 czerwca

Summer Jazz Festiwal w Krakowie

Festiwal

Kraków

01 lipca

Vertigo Summer Jazz Festival

Festiwal

Wrocław

06 lipca

Jazz na Starówce 2019

Rynek Stare Miasta

Warszawa

11 lipca

12. Letnia Akademia Jazzu (karnet)

Klub Wytwórnia

Łódź

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO