(We Jazz Records, 2025)
Końcoworoczne zerowanie liczników przybiera wręcz, dzięki staraniom mediów, katastroficzny ton. Publikowane przez dziennikarzy i krytyków listy rzekomo najlepszych płyt roku jak zwykle rażą banalnością. Szkoda, że tak rzadko publikuje się zestawienia sporządzone przez muzyków. Doświadczenie uczy bowiem, że ich propozycje są dalece ciekawsze. Niedawno zwróciłem się do Artura Rumińskiego – jednego z najaktywniejszych odbiorców muzyki wśród artystów, jaki przyszedł mi do głowy – i właśnie dzięki niemu dowiedziałem się o płycie Traces Cosmic Ear. Nie znajdziecie jej w żadnym polskim podsumowaniu, a powinniście.
Traces, czyli „ślady”. Członkowie Cosmic Ear podążają bowiem tropami duchowych poszukiwań swego nieobecnego guru – Dona Cherry’ego. Wesoła to banda pielgrzymów: krzykacz Mats Gustafsson, czwórka młodych uduchowionych Szwedów – Goran Kajfeš, Juan Romero, Kansan Zetterberg i Marianne N’Lemwo – a na czele Christer Bothén. Dokładnie ten, który na początku lat 70. dołączył do powołanego przez Cherry’ego kolektywu Organic Music Society, wnosząc do jego instrumentarium doussn’gouni. Łatwo tu więc o prosty wyraz tęsknoty za dawnym mistrzem, a w konsekwencji ruch natury nostalgicznej, jednak skład ani myśli nurzać się w przeszłości. Cosmic Ear bierze to, co ze spuścizny Cherry’ego najlepsze (a jest tego naprawdę sporo), i łączy z językiem nowego afro-minimalizmu, który ostatnio najgłośniej rozsławia w świecie Oren Ambarchi z sekcją Fire! w formule Ghosted.
Christera Bothéna rola przewodnika zdaje się umowna. Wciela on raczej w życie słynną mantrę Cherry’ego „this is not my music”, wedle której ego ma pozostać w kieszeni, a muzyka rozlewać się jako demokratyczna synteza reakcji całego zespołu. Już w pierwszym numerze Father and Son z koncepcją zrywa Gustafsson, kiedy to zaczyna drzeć się na saksofonie tak, by wszystkim obecnym na pewno nie umknęła głośna opowieść o jego wewnętrznych rozterkach. Zero zdziwienia, gdyż poczynania Szweda od lat składają się na portret wielkiego egocentryka. Te pokrzykiwania, tworzące ostry kontrapunkt wobec wyraźnie określonych tempem grupowych medytacji, milkną jednak szybko, a saksofonista skupia się na subtelnych grach z przestrzenią, w czym służą mu syntezatory – narzędzia do wytwarzania lekkiej pustynnej mgły lub majaków zrodzonych z lucyferycznych właściwości tropikalnego Słońca. Lirycznie rozwiewa je oszczędnie grający na trąbce Kajfeš.
W miarowo powtarzanych fortepianowych akordach, kładących fundamenty pod Love Train, brzmi trud drogi przełamany radością wspólnoty. Rytmy karawan wzmacniają dosłowność tytułu płyty, jak gdyby grupa naprawdę tułała się po świecie w poszukiwaniu rozproszonych cząstek Cherry’ego– ale również wokalistki Sofii Jernberg, jak wskazuje Do It (Again). Ten ciągły ruch napędzają dodatkowo hipnotyzujące, melodyjne spirale kontrabasu splecionego z doussn’gouni. Na tak utartym, choć rozwibrowanym gruncie rozbrzmiewają dialogi przeprowadzane spokojnie w sferze tekstur i zawiłe, lecz harmonijne plecionki dęciaków.
To wspaniały przykład pobudzającej muzyki drogi, wyraźnie umocowanej w kontekstach kontrkulturowej tradycji ubiegłego wieku. Ścieżka dźwiękowa doskonała dla aspirujących współczesnych nomadów, którzy dobrze odczytali wskazówki dawnych włóczęgów i gotowi są wyplątać się z sieci wiążącej nas w pustych zobowiązaniach. Jeśli Rumiński jest jednym z nich, dołączyłbym do niego z chęcią.
Mateusz Sroczyński