(FSRecords, 2025)
Ciągle rozrastający się katalog Fundacji Słuchaj! to doskonały dowód na nadprodukcję muzyki. Pośród improwizatorów zdaje się panować przekonanie, że każda sesja, każdy koncert powinien zostać zarejestrowany, a więc – docelowo – również wydany. A gdyby odrzucić czasem ten imperatyw? No cóż, wtedy być może nie moglibyśmy posłuchać Choreography of Fractures… A jest to pierwsze udokumentowane spotkanie Brytyjczyka Johna Edwardsa z południowcami Vasco Trillą oraz Luisem Vicente.
Fakt ten odnotowuję ze zdziwieniem. Cała trójka to wprawdzie jedni z najbardziej zapracowanych improwizatorów w Europie, lecz trudno uwierzyć, że dotąd zabrakło im czasu na wspólną sesję. Nie złożyło się po prostu, a przecież wyraźnie młodsi od Edwardsa iberyjscy muzycy grają z nim od lat w tej samej lidze. Stali się jednymi z kluczowych kontynuatorów międzypokoleniowej sztafety w kontynentalnej tradycji free. Nie dziwi więc, że na płycie tak szybko materializuje się konkret.
Silnąwięź sekcji kontrapunktuje swobodniejsze frazowanie Vicente. We fragmencie tytułowym rozpoczyna od zdystansowanych impresji pamiętających erę cool, by następnie ognistym brzmieniem przypomnieć ducha Dona Cherry’ego, a skończyć na bajecznym ćwierkaniu. Nawet w najbardziej abstrakcyjnych zagrywkach nie uwalnia się do końca od cienia wiszącej nad nim chmury melancholii. Edwards i Trilla zdają się wobec tego grać razem niejako dookoła partii trąbki. Rozdrabniają się w dziesiątkach rytmiczno-sonorystycznych pomysłów, operując raczej szmerem, ziemistą barwą kontrabasowych szarpnięć i gęsto stawianymi akcentami. To właśnie oni napędzają zmiany w obrębie tych instrumentalnych strumieni, dokonując głębokich eksploracji tekstur, z których co rusz wyskakują widmową rytmiczną figurą. Trudno się nudzić, podążając za licznymi zwrotami akcji.
Trio rzadko kiedy grzęźnie w pozbawionych kierunku sonorystycznych ćwiczeniach. Zdarza się to jedynie w chwilach rozprężenia podczas dłuższych fragmentów, jak Frozen Flow. Kreatywne pobudzenie dopada artystów zwłaszcza w chwilach, gdy prowokują się do szybkich, energetycznych reakcji. Na ich gęstości nie traci jednak wymiar organizacji przestrzeni – zajmuje się nią niezawodny Trilla, który ostatnimi czasy ćwiczy się w radykalnym minimalizmie. Z precyzją zegarmistrza odnajduje luki, które wypełnia gwieździstymi rezonansami metalicznych mis i apokaliptycznymi ostrzeżeniami dzwonków, czyniąc z ostatniej fazy spotkania – Onset of Turbulence – egzotyczne misterium nawiedzane stłumionymi podmuchami trąbki, które krążą po studiu niczym wywołany przypadkiem duch.
Choreography of Fractures to jedna z tych płyt, które niekoniecznie przesuwają granice wykonawczego aparatu improwizatorów, ale chemia między nimi wypełnia każdy zakamarek pomieszczenia, w którym ich zamknięto. Ale przecież wiemy, że tak będzie, gdy tylko odczytamy z okładki imiona i nazwiska bohaterów tego spotkania.
Mateusz Sroczyński