Płyty Recenzja

Nowe oblicza Kamila Piotrowicza

Obrazek tytułowy

fot. Sisi Cecylia

Cztery tria, duet i solo – musiało minąć trochę czasu, nim dane nam było usłyszeć Kamila Piotrowicza w różnych kameralnych konfiguracjach. Choć nagrane z Irkiem Wojtczakiem Plastic Poetry i po dwa albumy z Lawaai oraz Minim pozwoliły już wcześniej poznać pianistę w podobnej odsłonie, to wydawały się one raczej odskocznią od podstawowej działalności, jaką bez wątpienia był dla niegowłasny sekstet. Cztery albumy (pierwszy nagrany jeszcze w kwintecie) na niemal dekadę zdefiniowały artystę jako wyśmienitego lidera dużych składów. Jak się okazuje, równolegle sporo nagrywał w mniejszych zestawieniach, czego efekty obserwujemy ostatnio.


AntiworldI.jpg

Lotte Anker, Jacob Anderskov, Kamil Piotrowicz – Antiworld I

(Fundacja Słuchaj, 2024)

Choć Antiworld I ukazało się pod koniec 2024 roku, to jego rejestracji dokonano przeszło pięć lat temu. Wówczas, podczas koncertu na Copenhagen Jazz Festival, polskiemu pianiście towarzyszyli na scenie Lotte Anker (saksofony) i Jacob Anderskov (fortepian). Piotrowicz był świeżo upieczonym absolwentem kopenhaskiej Rhythmic Music Conservatory, zaś pozostali członkowie trianależeli dotamtejszej kadry. Jak sam przyznaje on w notce wydawniczej, materiał był: „początkiem cyklu kompozycji napisanych dla nietradycyjnych zespołów i improwizatorów”. Rzeczywiście do spotkania saksofonisty i dwóch pianistów dochodzi tak rzadko, że odnalezienie takich nagrań okazuje się zadaniem wyjątkowo trudnym.

Niemal 50-minutowe nagranie jedynie na potrzeby wydawnictwa podzielono na dziesięć segmentów (co zdaje się wynikać wyłącznie z liczby liter i cyfry zawartych w tytule albumu, tymi bowiem zatytułowano kolejne utwory). Podczas koncertu pianiści zatracili się we wzajemnej grze, będąc dla siebie zarówno kontrapunktem, jak i punktem odniesienia. Anker, choć, mogłoby się zdawać, bezpardonowo wtrąca się w ten doskonale współistniejący duet, uzupełnia i rozwija jego pomysły. Dunka daje tu prawdziwy popis wyczucia chwili, doskonale wie, kiedy jej obecność wzbogaca muzykę, a kiedy zyskuje ona na jej wycofaniu.

Nie mam wątpliwości, że dla Piotrowicza Antiworld I jest szczególnym wspomnieniem, domykającym etap kopenhaskiej edukacji. Dodatkowo fakt rejestracji tak nieszablonowego projektu uwiarygodnia sens nietuzinkowego programu wybranej przez niego uczelni.

The President.jpg

Kamil Piotrowicz, Erik Kimestad, Simon Albertsen – The President

(Fundacja Słuchaj 2024)

Drugie trio z udziałem Piotrowicza również odnosi do duńskich wątków z jego biografii. Nagranie miało miejsce niecały rok po Antiworld I, kiedy pianista w towarzystwie Norwegów – Erika Kimestada (trąbka) i Simona Albertsena (perkusja) wszedł do kopenhaskiego studia DKDM. Zestawienie instrumentów nie jest tu może tak rzadkie, jednak wciąż trudno nazwać je standardowym. Na pewno zaś w wykonaniu równie nietuzinkowych improwizatorów.

W kontekście tej otwartej i wolnej muzyki intrygująco wypada tytuł płyty. Z całą pewnością nie ma w tym triu przywódcy, który w jakikolwiek sposób arbitralnie decydowałby o przebiegu gry. Każdy ma tu równie dużo do powiedzenia, stymulując kreatywność kolegów. Od początku cała trójka emanuje niezwykłą energią, napędzając tempo – otwierający album utwór Cave to istna pogoń stopniowo nawarstwiających się dźwięków. Z czasem partnerzy pozostawiają sobie nieco więcej miejsca, próbując indywidualnych pomysłów. Za każdym razem taka jednoosobowa wyprawa prowokuje resztę do kolektywnego rozwinięcia, co przesądza o świetnym odbiorze materiału.

Podstawowy wpływ ma na to znakomita konstrukcja The President. Trudno przesądzić czy to intuicja, czy wyrachowany zabieg, niemniej akcenty rozłożone pomiędzy poszczególne fragmenty płyty i zróżnicowanie ich dynamiki nie pozwalają się od niej oderwać.

HIRJJO – BLUNDER.jpg

Hirjjo – Blunder

(SYF Records / Laåude, 2025)

Trzyosobowy projekt pod nazwą Hirjjo, wniósł do dyskografii Piotrowicza dużo świeżości. Album Blunder okazuje się ze wszech miar debiutancki. Nie dość, że jest premierowym nagraniem kolektywu, to jeszcze pierwszy raz okazał się rejestracją muzyki wykonanej przez pianistę… na gitarze elektrycznej. Ba, on tu jest nawet wokalistą. Chociaż zdarzało mu się już występować przed mikrofonem, to tym razem głos, obok gitary, jest dominującym środkiem wyrazu. Również repertuar będzie dla wszystkich zaskoczeniem. Oczywiście Piotrowicza nie sposób w żaden sposób szufladkować, ale eksplorowanie przez niego brudu muzyki punkowej wydaje się być lekką abstrakcją. W tych zaskakujących eksperymentach towarzyszą mu Hubert Karmiński (gitara basowa) oraz Tymek Papior (perkusja), którzy też zdają się wychodzić poza swoją strefę komfortu.

Warto zastanowić się jednak nad sensem powyższegostwierdzenia. Bo czy można w tym przypadku stwierdzić, że muzycy sięgając po estetykę, której dotąd nie praktykowali, odczuwają jakiś dyskomfort? Wręcz przeciwnie – czytając dołączony do albumu opis i absorbując płynącą z ich gry energię, staje się jasne, że realizowali w ten sposób drzemiące w nich od młodości aspiracje. Nie mam wątpliwości, że robili to z niemniejszą satysfakcją niż dotychczas.

„Moglibyśmy być kimś innym” – odważnie deklarują w tytule zamykającej płytę kompozycji. Może jest w tym sporo naiwności, ale oni naprawdę szukają dla siebie nowej przestrzeni. Nawet jeśli projekt okaże się wyłącznie odskocznią od codziennej działalności, to poziom zaangażowania i jego autentyczność, wykraczają daleko poza performance’owy kaprys.

halvva_fot_Marek Kita.jpg fot. Marek Kita

Hałvva – halvva.office/HAc581VVA

(Kamil Piotrowicz, 2024)

„Hałvva to moja ulubiona przekąska” – czytamy w opisie najnowszej produkcji duetu Kamila Piotrowicza (syntezatory, instrumenty klawiszowe) i Jacka Prościńskiego (perkusja). Śledząc media społecznościowe wykonawców oraz ich entuzjastyczne wypowiedzi o tym projekcie, potwierdza się, że darzą go szczególnym sentymentem. Myślę zresztą, że to właśnie za sprawą koncertu Hałvvy w Polskim Radiu w 2022 roku szersza publika mogła przekonać się, jak rozległe są zainteresowania pianisty, które skonkretyzowały się w opisywanych tu płytach

Trudno nie odnieść wrażenia, że Hałvva od początku stała w kontraście do dotychczasowych dokonań Piotrowicza. Choć od dłuższego czasu rozwijał on możliwości wykorzystania szeroko rozumianej elektroniki w grze, to nigdy dotąd nie traktował jej jako głównego środka wyrazu. Debiutancka kaseta NYC2018 miała premierę pół roku po ostatnim albumie sekstetu – Weird Heaven, stając się niejako nowym rozdziałem dyskografii.

Siłą Hałvvy jest wolność, co może brzmieć dziwnie, skoro mówimy o awangardowym artyście, za każdym razem przekraczającym granice w improwizacji. Nigdy wcześniej nie odszedł onjednak tak daleko od przyzwyczajeń słuchaczy, prezentując zupełnie inny język. Duet eksploruje rejony gęstej elektroniki, pełnej intensywnych dźwięków i silnego rytmu. Muzycy znakomicie odnajdują się w tych eksperymentach, jednak nie ograniczają się wyłącznie do nich. Kiedy tylko uznają to za wartościowe, zapraszają do projektu nieoczywistych gości, jak trębacza Timothée Quosta, z którym zarejestrowali poprzedni album }}}}.

Na najnowszej produkcji takich współprac jest więcej, słyszymy tu dwoje wokalistów: Jakuba Leonowicza i Małgorzatę Priebe, a także Irka Wojtczaka (saksofon tenorowy i klarnet basowy). Ważną rolę w nagraniu odegrał też Kamil Pater, który odpowiadał za produkcję i miks płyty oraz wymieniony jest jako współautor bonusowego utworu life is like replay. Wszystko to przekłada się na bardzo nowoczesne brzmienie, dalekie od prostych rozwiązań czy powielania sprawdzonych schematów.

O ile poprzednia, poszerzona o trąbkę, płyta stanowiła doskonałą pozycję muzyki awangardowej, trafiającej do słuchacza nastawionego na radykalny eksperyment, o tyle najnowsza produkcja zaskakująco udanie skręca w stronę „przebojowej” elektroniki. Słychać to zwłaszcza na utworach z wokalistami (Monarchy i Meta), które z powodzeniem mogłyby wypełniać sety najciekawszych producentów na świecie.

Wrażliwość.jpg

Kamil Piotrowicz – Wræżlivøść

Odkrywanie pokładów kreatywności Kamila Piotrowicza wzmaga apetyt na jego solowy materiał. Artysta długo szukał jego formuły i jak można się spodziewać, znalazł ją w nieoczywistych obszarach. Wræżlivøść to projekt wykraczający daleko poza standardowe nagranie. Mamy na nim do czynienia z improwizacją praktykowaną przy pomocy różnych środków: fortepianów, syntezatorów, trąbki, sampli oraz wokalu. Całość autor poddał elektronicznym zniekształceniom, a na koncertach okrasza jeszcze intensywnymi wizualizacjami. To jednak nie wszystko, bo Wræżlivøść można interpretować samemu dzięki udostępnionej aplikacji.

Podobnie wielowątkowy był proces powstania albumu. Składa się on z materiału zarejestrowanego w różnych częściach świata od 2023 do 2024 roku. Najstarszą była sesja nowojorska, eksplorująca brzmienie noise-ambientowe. Następnieautor sięgnął po swój koncert dyplomowy w Królewskim Konserwatorium w Aarhus, łączący improwizację na fortepianie akustycznym i elektronikę. Ostatnia sesja miała miejsce w studiu Kocewka, a resztę stanowią domowe nagrania w miejscowości Strzeń.

Tak rozległy materiał Piotrowicz skondensował do zaledwie 20 minut. Może się wydawać, że to niewiele, ale natężenie emocji i pomysłów jest tak duże, że okazuje się absolutnie wystarczające. Wræżlivøść opiera się na gwałtownie pociętych fragmentach, które raz po raz powracają na przestrzeni trwania albumu. Mamy tu do czynienia z bezwzględną dekonstrukcją dźwięków, niekiedy skrajnie angażujących słuchacza. Zawsze jednak, gdy cyfrowy chaos zdaje się pochłaniać muzykę, następuje przejście do harmonicznej melodii o sentymentalnym przekazie.

To balansowanie nie ułatwia odbioru – autor stwarza bezwzględne warunki odsłuchu, co rusz myląc jakiekolwiek tropy. Nie sposób jednak przejść nad tym obojętnie, a kolejne odtworzenia stają się coraz ciekawszym doświadczeniem. Solowy debiut Piotrowicza to najbardziej radyklana odsłona jego twórczości, w doskonały sposób udowadniająca rozległość zainteresowań tego artysty.

BenBekele.jpg

Ben Bekele – Zawsze coś

(U Know Me Records, 2026)

Nazwa formacji Ben Bekele po raz pierwszy pojawiła się w 2019 roku, gdy Hubert Zemler (perkusja) solową kompozycją opowiadał muzycznie o życiu i śmierci tak nazywającej się postaci w utworze The Life And Death Of Ben Bekele na składankowym albumie Portrety. Siedem lat później ta tajemnicza postać powróciła na jego autorskim albumie Zawsze coś. Tym razem dowiadujemy się o bohaterze znacznie więcej, zaczynając od tego, że nie istnieje…

Zemler przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy jego ojciec (prywatnie nazywany Benem) po powrocie z Etiopii „przywiózł dwa małe bębny, kilka zdjęć i mnóstwo opowieści”. Jedna z nich była o chłopcu o imieniu Bekele, który miał nauczyć go tradycyjnej piosenki. Nieważne, jak ułomny był ten przekaz, perkusista tak dobrze zapamiętał melodię, że kilkadziesiąt lat później mimowolnie po nią sięgnął. Znakomity efekt osiągnięty na Portretach wskrzesił w nim tamte wspomnienia, czego efektem jest Zawsze coś. Materiał daleko odbiega od pierwotnej muzyki, bo autor nie chciał już działać sam.

Od pierwszych dźwięków słychać, jak kapitalny wpływ na charakter płyty miało zaproszenie Kamila Piotrowicza (instrumenty klawiszowe). Rozległość zainteresowań pianisty nieustannie zaskakuje. Nawet w repertuarze wywodzącym się z afrykańskich fantazji odnajduje on przestrzeń dla swojego języka. To samo dotyczy uzupełniającego trio Igora Wiśniewskiego (gitara) – wszyscy na równi decydują o konstruowaniu tej nietuzinkowej muzyki. Ich kreatywność i indywidualna jakość czynią z tria Ben Bekele wyjątkowo intrygujący kolektyw. Czyżby rodzinna legenda powołała legendarny skład?

Jakub Krukowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO