Płyty Recenzja

O.N.E. – Well, actually…

Obrazek tytułowy

(April Records, 2025)

Sporo wody w Wiśle upłynęło, zanim doczekaliśmy się kolejnej – trzeciej – płyty totalnie żeńskiej formacji O.N.E (cegiełkę dołożył tu STOART, współfinansując wydawnictwo). Ale Wisła jest w tym przypadku zupełnie metaforyczna, bo album Well, actually… nadciągnął z północy kontynentu, a dokładniej – z duńskiej wytwórni April Records. Tym samym panie porzuciły rodzimą Audio Cave, która wydała dwa poprzednie albumy, i postanowiły „otworzyć się na szerokie strony świata”. „Już w tym roku zwiedziłyśmy niejeden kraj europejski oraz azjatycki i jest to wspaniała sprawa opowiadać naszą muzyczną opowieść w różnych zakątkach świata i przy okazji poznawać nowe kultury, ludzi, przyrodę” – mówi saksofonistka Monia Muc.

Najnowsza część tej muzycznej opowieści składa się z dziesięciu utworów – panie podzieliły się pracą sprawiedliwie, każda dołożyła coś od siebie, w efekcie, jak same mówią, „nasze brzmienie niesie ze sobą cząstkę każdej z nas”. Album otwiera utwór Robespierre?. I być może za bardzo przesiąknąłem Konkursem Chopinowskim, ale nic nie poradzę, że w akordach wygrywanych przez Katerynę Ziabliuk słyszę wyraźne echa Chopinowskich preludiów. Pianistka jest w zespole od trzech lat (zastąpiła w 2022 roku Polę Atmańską), ale fonograficznie debiutuje właśnie teraz. Jej sposób frazowania i subtelne prowadzenie harmonii idealnie wpisują się we wspólną narrację, a jednocześnie przynoszą powiew innej wrażliwości. Ziabliuk nie próbuje zdominować zespołu – przeciwnie, doskonale wpisuje się w jego demokratyczny sposób tworzenia, w którym każdy głos ma równe znaczenie.

Jest to więc również głos saksofonowy (altowy i barytonowy) Moni Muc – raz rozedrgany, raz śpiewny, ale zawsze szczery i niosący narrację, z wyczuciem balansując między liryzmem a ekspresją, między strukturą a zerwaniem z nią. Pulsujący kontrabas Kamili Drabek z kolei z jednej strony nadaje tej muzyce flow, a z drugiej – silnie ciągnie ku eksperymentom.

Całość spina perkusyjny głos Patrycji Wybrańczyk, która nie ma problemu, by w jednej opowieści kreować przestrzeń wręcz intymną, a w innej pójść w całkiem inną stronę: mocno przyłożyć i zagęścić. „Instrumenty, muzyka, tworzenie to najpiękniejszy sposób wykrzykiwania, zadawania pytań, abstrakcyjnej otchłani, kontroli czasu, melancholii, ale i nadziei. Świat zewnętrzny towarzyszy nam zawsze, na tej płycie właśnie to zrobiłyśmy: chcemy odpowiedzi, chcemy pokoju, chcemy, aby ludzie mogli wymieniać się dobrą energią, chcemy równości” – mówi w rozmowie ze STOART-em Monia Muc. I jeśli jej słowa traktować jako manifest ideowy, to na pewno jego częścią jest także szeroko pojęta przyroda. Zresztą – tak na marginesie, słowo „organiczny” chyba najlepiej definiuje muzykę O.N.E. Nieprzypadkowo zatem album został nagrany w legendarnym studio S4. „To bardzo przytulne studio, czuć w nim rodzinny klimat, ale czuć też klimat natury, lasu, a te tematy są nam szczególnie bliskie” – dodaje Monia Muc.

Na koniec słowo o okładce. O ile dwa poprzednie albumy miały dość surrealistyczną szatę graficzną, o tyle Well, actually… zdobi zdjęcie kwartetu (dzieło fotografki Sisi Cecylii i stylistki Magdy z Mess VintageShop). Ale jakie to zdjęcie! Gdybym sugerował się tylko nim, a nie znał muzyki, obstawiałbym w ciemno, że panie są reinkarnacją któregoś z girls bandów, które rządziły na rynku muzycznym trzy dekady temu. I żeby było jasne – nie jest to zarzut, a wręcz przeciwnie – bo za każdym razem, kiedy włączam płytę, wzrok kieruję jednocześnie ku okładce.

Michał Dybaczewski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO