Płyty Recenzja

Transatlantyk

Obrazek tytułowy

Wsiadajcie, popływamy trochę między Warszawą, Budapesztem, Nowym Jorkiem i Ameryką Południową. Na taki, jedyny w swoim rodzaju, muzyczny transatlantyk zabierają nas ostatnie płyty Marcina Maseckiego, o których będzie tu mowa.

Marcin Masecki jako pianista, aranżer i kompozytor udziela się w bardzo wielu projektach – od muzyki klasycznej przez jazz po muzykę taneczną i filmową. Choć największą sławę przyniósł mu Jazz Band Młynarski-Masecki, wykonujący dawne polskie piosenki w stylistyce przedwojennego jazzu, to w ciągu ostatnich kilku lat jego działalności jazzowej i okołojazzowej sięgał on do zgoła innych rejonów muzycznej wrażliwości. I choć pianista zachowuje swój głos, to jego najnowsza działalność stanowczo ucieka od porównań z Jazz Bandem, a repertuar z obu Ameryk oraz solowe improwizacje, które wziął na warsztat, spiąć można klamrą, jaką stanową latynoskie bolera.


boleros-y-mas-b-iext139940605.jpg

Marcin Masecki – Boleros y más (Agora / Toinen Music 2023)

Wydany w roku 2023 Boleros y más jest odświeżającym projektem, nie tyle dlatego, że Masecki sięga tutaj po utwory południowoamerykańskie (sentymentalny powrót do ziemi, na której spędził kilka lat swojego dzieciństwa), ale głównie dlatego, że wystąpił on tutaj nie tylko jako instrumentalista i aranżer, ale również wokalista. Pokazać, co w duszy gra, można bardziej, gdy słowa pieśni wybrzmiewają, a te w przypadku Maseckiego płyną przecież prosto z serca. Nie ma tutaj do pomocy Jana Młynarskiego i jego bandżoli, ale przecież nie o to chodzi – repertuar stawia jego najsłynniejszy band w innej galaktyce muzycznej. Mamy tu więc do czynienia z (nomen omen) głosem doświadczonym i debiutującym jednocześnie.

Masecki w rozmowie z Polskim Radiem powiedział, że oto nagle „stał się pianistą i wokalistą”. Jaki jest więc z niego śpiewak? Posłuchajcie Aquellos Ojos Verdes, w których nazwę utworu (która po polsku oznacza, a jakże!, te zielone oczy) wyśpiewuje a cappella z przejęciem nieodbierającym tej muzyce pewnej romantycznej klasy, choć niepozbawionym nutki pastiszu. Muszę przyznać, że jest to wokal bardzo oryginalny, nie wiem, na ile stylizowany, a na ile naturalny, ale brzmiący jakby wyjęty został z innej muzycznej epoki, głos jakiego nie uświadczy się dziś w mainstreamowym radiu; a przy tym jest to śpiew bardzo czysty i intonacyjnie profesjonalny!

Natomiast pianistyka Maseckiego, quasi-romantyczna – ozdobiona to Chopinowską frazą, to przedwojennym rytmicznym stridem – nieustannie zaskakuje. W większości utworów towarzyszy liderowi sekcja kontrabas (Max Mucha) i perkusja (Jerzy Rogiewicz). Poza pomniejszymi sztuczkami (np. pseudosmyczki w Amorosa guajira) zostajemy w kameralnej konwencji tria, a charakterystyczne, inspirowane lo-fi brzmienie fortepianu Maseckiego pasuje do tej atmosfery jak ulał. Takie Brejeiro czy Kumbia / Perfidia / Kumbia w straight-aheadowej zabawie puszczają oczko do słuchacza, czasem nawet ocierając się o easy listening w stylu luźniejszych płyt Brubecka czy Ahmada Jamala. Ciekawe, że te miotełki w rękach Jerzego Rogiewicza, w tej bardziej rytmicznej formie dodają muzyce nie tyle przestrzeni, co humoru i swady. A quasi-bachowskie polifoniczne partie Maseckiego wpisują się w te utwory z niesamowitą wręcz lekkością, i to tym bardziej, że są poprzedzane honkytonkowym plumkaniem wysokich rejestrów.

Wyobraźnia Maseckiego wydaje się być nieograniczona. Tango Mi Buenos Aires querido, szlagier śpiewany przez Julio Iglesiasa, tutaj bez wokalu, wykonany został w formie słodkiej fortepianowej kołysanki. Ciepło, pięknie, a przy okazji może trochę… dziwnie. Masecki zawsze stoi w rozkroku między różnymi stylistykami, nie ma się co dziwić, że jego południowoamerykański crossover przypada do gustu zarówno miłośnikom jazzu, jak i młodzieży odwiedzającej modne popowe festiwale, na które pianista bywa ostatnio coraz częściej zapraszany.

marcin-masecki-solo-2lp-lim-ed-naklad-121-szt.jpg

Marcin Masecki – Solo

(SP Records, 2024)

Wynosimy się na razie z Ameryki Południowej (w atmosferze pogodnej, choć sentymentalnej) i lądujemy w samym centrum naszej stolicy, goszcząc w przybytku, który Masecki bardzo chętnie odwiedza – a wystarczy przeglądać regularnie social media, by się o tym przekonać. Plakaton, bo o nim mowa, to kultowy już warszawski sklep z płytami, plakatami i akcesoriami, prowadzony przez melomana Jarosława Polita. Ulokowany pośród lokali handlowych i usługowych w labiryncie śródmiejskich podziemi, w pobliżu Dworca Centralnego, gości też muzyków, w tym nader często improwizatorów, przechowując na takie okazje pianino. Jeżeli więc zgubiłby się ktoś, wychodząc z dworca lub tramwaju i trafił na sklep, w którym improwizują jazzmani, to nie jest fatamorgana! Loftowe warunki akurat dla wielbicieli jazzu nie powinny być jednak wielkim obostrzeniem – Five Spot Café czy Village Vanguard bynajmniej do wielkich sal koncertowych Nowego Jorku nie należały. Solowy recital Maseckiego, który odbył się w Plakatonie wydany został pod auspicjami wydawnictwa SJ Records, zatytułowany Solo, i stanowi materiał kolekcjonerski. Poza winylem muzyki tej nie uświadczysz, a raptem 121 kopii zdobionych fragmentami obrazu Natana Kryszka rychło osiągnęło status białego kruka.

A jak sama muzyka? Można powiedzieć, że taka jak sam autor – szalona, oryginalna i pełna humoru – jest bowiem w pewnym sensie nieograniczonym strumieniem świadomości Maseckiego prezentowanym ad hoc, a nie gotowym programem z zaplanowaną setlistą. Początkowe dwie części długo się rozkręcają, momentami brzmi to nieco tak, jakby ktoś nagrał luźne ćwiczenia Maseckiego, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego – i niestety te fragmenty szybko nużą. Na szczęście improwizowane poszukiwania pianisty na ogół doprowadzają do konkretu, którego jest on się w stanie chwycić. I tak, choć mantryczne odgrywanie na raz wysokich i niskich rejestrów z utworu pierwszego brzmi na dłuższą metę męcząco, to już jarrettowskie ostinata części trzeciej znakomicie animują muzykę.

Przez Kocham ją przemawia ekstatyczny, ale skoczny luz – rewelacyjnie w tej ciasnej przestrzeni sprawdził się kawiarniany stride. Kulminacją jest część ostatnia, w której „polski blues tańczy” – klasyczne polifonie przechodzą tam w festiwal nieustających vampów, nie dość, że prezentujących kunszt pianistyki Maseckiego, to zwyczajnie wpadających w ucho. I to wszystko – kilka metrów pod ziemią, pod szumiącymi (co notabene słychać na nagraniu) tramwajami, tłumami warszawiaków i turystów sunących ulicami stolicy, nawet niezdających sobie sprawy, że pod ich stopami odbywa się niebagatelne wydarzenie artystyczne. Pośród gamy odniesień taka pianistyka prezentowana w skromnej przestrzeni kojarzy się w zbiorowej wyobraźni głównie z Theloniousem Monkiem. To on prekursorsko łączył przejmującą skądinąd muzykę z humorem, dramatycznym wykorzystaniem pauz, „błędów”, „brudu” i ekscentryczną osobowością sceniczną.

maseckimarcin-tsalikoveldar-pienaqzekjan-monk-s-2770995-0.jpg.jpg

Marcin Masecki, Eldar Tsalikov, Jan Pieniążek – Monk

(BMC, 2025)

No i właśnie, Monk. Stać się to chyba musiało, bo wiatr historii zawiał tak, że swoje albumy z kompozycjami tej amerykańskiej legendy nagrało przynajmniej kilku polskich muzyków: od Tymona Tymańskiego po Maję Laurę Jaryczewską. Z nich wszystkich chyba jednak właśnie Masecki jest najbardziej bliski duchowi Theloniousa Monka. Już sama jego pianistyka, rozpoznawalna od razu, przynajmniej częściowo czerpie z połamanej rytmiki i dysonansu legendy bebopu, przy czym Masecki, podobnie jak Monk, jest właściwie niepodrabialnym pianistą. Są to bowiem style na tyle wyraziste, że nie generują epigonów, ale zespalają niejako granie z osobowością twórcy, co przy próbie imitacji może dać jedynie żałosne rezultaty.

Wydana przez węgierską firmę BMC płyta Maseckiego nagrana została w triu przy udziale rosyjskiego saksofonisty Eldara Tsalikova i polskiego perkusisty Jana Pieniążka. Tsalikov jest wymarzonym partnerem dla Maseckiego, a już na pewno do płyty dedykowanej muzyce Monka. Jest to bowiem muzyk nie mniej zwariowany stylistycznie niż Masecki, a łączy ich zamiłowanie do odkurzania przedwojennego brzmienia i aranżowania rozmaitych gatunków współczesnej muzyki improwizowanej w nieoczywistych konfiguracjach. Rzuca się oczywiście na pierwszy rzut oka brak basisty, a gdy odpalimy płytę, usłyszymy, że rytmicznie całość jest naprawdę blisko od rozjechania się.

Pijany groove Ugly Beauty wydaje się trzymać na włosku – a tak będzie już właściwie do końca. Nie wiem, jakim cudem udało się triu utrzymać ten swing, ale jestem pod wrażeniem, bo brzmi to trochę tak, jakby Monk chciał nagrać płytę z samym sobą. Artyści utrzymali muzykę w ryzach wyłącznie dzięki własnej spontanicznej muzykalności – bez kalkulowania. Akompaniament perkusji, bo tego słowa właściwie trzeba użyć, jest tutaj raczej rodzajem przeszkadzajek i rytmicznego akcentowania niż utrzymaniem rytmu per se. Rzekłbym nawet, że gra Pieniążka jest w swej istocie freejazzowa: tworzy jakby dźwiękową zasłonę lub komentarz do fraz saksofonu i fortepianu. Tsalikov natomiast bynajmniej nie dba o precyzję frazy z taką pieczołowitością, jaką oddaje on emocjonalnemu brzmieniu swojego altu (oraz okazjonalnie klarnetu), raz po raz zaśpiewując swoją rurą w stylu dawnych mistrzów swingu, a przy okazji punkrockowo niemal dekonstruując oryginalne tematy.

Monk w tym przedwojennym wydaniu, ze szlochającym vibrato i charakterystycznym zadęciem to szalone połączenie modern jazzu z jego prehistorią. Jest to tak wysmakowana mieszanka, że przekraczając pastisz i humor (bliskie samemu Monkowi) emanuje niezwykłą radością grania, która wynika z samej muzykalności. Thelonious (tutaj pod myląca nazwą innej kompozycji Monka Friday 13th) rozbraja narastającą kakofonią; porąbane rytmicznie Brilliant Corners nieustannie czyha, by zaskoczyć; hipnotyczne Misterioso (które delikatnie zbyt długo meandruje) uwolnione zostaje z chaosu finałowymi partiami i uroczą codą fortepianową.

Wspominałem o tej pastiszowej naturze muzyki, jednak w melodiach Monka jest tyle samo melancholii co radości – dlatego też w tej „słodko-gorzkiej symfonii” dwóch wersji Ruby, My Dear łatwo się zatracić. Ale mój faworyt to standard I’m Confessin’ (That I Love You), który Monk nagrał solo w roku 1965 – ma w sobie tę magię, która posiadał kwartet legendarnego bebopera. Trzy numery z płyty Masecki wykonuje solo i trzyma się tam swojej stylistyki. dekonstrukcyjno-wirtuozerskiej. Delikatnie rozczarował mnie jednak wykon mojej ulubionej kompozycji Monka, czyli Bemsha Swing. Nie jestem pewien, czy motoryczne staccato robi dobrze tej skocznej skądinąd melodii. Ostatecznie jednak jest to bardzo mocny, skoncentrowany materiał, w przeciwieństwie do nieco chaotycznego programu z Plakatonu.

COVER_MASECKI_wersja_FINAL_1500x1500.png

Marcin Masecki – Boleros y Masecki

(Toinen Music, 2025)

Dwa lata minęły od poprzedniej śpiewanej płyty. Trio z Muchą i Rogiewiczem rozszerzone do oktetu przypomniało o sobie albumem Boleros y Masecki, nadając muzyce rozmach niemal wielkoorkiestrowy. Artyści zaprzęgnięci do tego projektu to według deklaracji lidera „najlepsi muzycy, jakich zna”. Powraca Eldar Tsalikov na dęciakach, na alcie występuje Kuba Więcek – obaj już w otwierającym Recuerdos de Ypacaraí dostają miejsce na solówki. Utwór ten, prosto z songbooka Julio Iglesiasa, z hollywoodzkim niemal otwarciem, jest jak rozsuwająca się kurtyna, która symbolizuje początek wielkiej przygody. Masecki kameralnie prowadzi pieśń w triu, a gdy nowoorleański klarnet Tsalikova wybrzmiewa na bazie delikatnej aranżacji oktetu, możemy poczuć się jak w dawnej epoce muzycznej; a następujące potem cooljazzowe solo Więcka to kolejny wielki głos na tej płycie. Echo Stana Getza i jego współpracy z João Gilberto umocnione zostaje w dialogu koktajlowego fortepianu Maseckiego z dęciakami, który wieńczy utwór.

Równie dobrze wypada singlowe Cachito – skoczny utwór z musicalową częścią piosenkową otuloną dramatycznymi zmianami tempa, chórkami i humorystycznymi wstawkami staccato. Szczyty liryzmu to Noche de ronda, najbardziej przejmująca pieśń na albumie i prawdziwy wyciskacz łez, niepozbawiony jednak lżejszej atmosfery reszty utworów. Atmosfery, która miejscami, jak w utworze Miranda, ociera się wprost o latynoską potańcówkę. A zatem Boleros y Masecki w momentach lirycznych dorównuje poprzedniczce, natomiast w gorących pląsach południowoamerykańskiego temperamentu Maseckiego i spółki zdecydowanie ją przerasta. Duża tutaj rola fantastycznych aranżacji i młodych muzyków, którzy zagrali na dęciakach – oprócz wcześniej wspomnianych Więcka i Tsalikova: Jan Harasimowicz (trąbka), Brunon Wojnarski (trąbka) oraz Filip Zgorzelski (puzon). Pomysłowe wymieszanie klasyki, powrót do przeszłości wyrasta tutaj na coś paradoksalnie świeżego. Współczesnej muzyce rozrywkowej brakuje tego rodzaju autentycznej radości z grania. Album ma dużą szansę sięgnąć mainstreamu i wyjść poza jazzową bańkę, czego autorowi serdecznie życzę.

Posłuchajmy na koniec Bésame Mucho, które z dramatyczną codą wybrzmiewa niczym kompozycja Johna Barry’ego do jednego z bardziej poruszających Bondów. Marcin Masecki spogląda na nas z okładki Boleros y Masecki ubrany w elegancki smoking niczym James Bond, jednak jego twarz rozkrojona w pół jak awangardowa rzeźba zamienia się w płatki kwiatów. Ten stylistyczny amalgamat bardzo dobrze oddaje charakter transatlantyckiej podróży, w jaką zabrał nas Masecki. Wsiadajcie i słuchajcie.

Piotr Zdunek

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO