! Wywiad

Bernard Maseli: Rycerz po dobrej stronie mocy

Obrazek tytułowy

fot. Sławek Przerwa

Dla Bernarda Maselego rok 2025 jest wybitnie jubileuszowy. 40 lat pracy artystycznej, 35 lat prowadzenia klasy wibrafonu na Akademii Muzycznej w Katowicach oraz wreszcie 60. urodziny powodują, że rozmowa z nim dotyczy przynajmniej kilku obszarów jego działalności. Nie jest to historia Walk Away, The Globetrotters, MaBaSo czy innych rozlicznych projektów, które Maseli napędził i wzbogacił swoimi partiami zagranymi na tak wyjątkowych instrumentach, jak m.in. wibrafon, KAT, ksylofon, balafon, marimba czy kalimba. To opowieść o artyście, który „gra na najmniej potrzebnym instrumencie na świecie”, ale czuje się wyróżniony przez życie, bo jego dotychczasowe muzyczne przygody wykroczyły poza najśmielsze marzenia i który wciąż traktuje każdy swój koncert jak szczęśliwy podarunek od losu.


Rafał Marczak: Czy z perspektywy 40 lat działalności artystycznej możesz powiedzieć, że Jazz nad Odrą ‘85 i wyróżnienia zespołowe z Walk Away oraz indywidualne były przełomowe dla twojej dalszej drogi?

Bernard Maseli: Jazz nad Odrą otwierał drogę do scen profesjonalnych i tak się stało w naszym przypadku. Pracowaliśmy wtedy jak woły i bardzo w siebie wierzyliśmy. W Walk Away grali Krzysiu Zawadzki, Jacek Niedziela, Zbyszek Jakubek, Adaś Wendt i ja. O ile ta pierwsza trójka miała dawno za sobą debiut na scenie zawodowej i grała naprawdę świetnie, to my z Adasiem byliśmy świeżynkami i nasze umiejętności improwizacyjne były takie sobie, stąd nasze utwory były początkowo mocno zaaranżowane, mniej improwizowane. To był 1985 rok, czyli złote lata fusion, a dzieciaki zawsze chcą grać to, co jest modne. W naszym przypadku było to Weather Report, Yellowjackets czy wreszcie Steps Ahead. Pierwsze płyty Walk Away to jest prawie sto procent Steps Ahead – byliśmy zafascynowani tym zespołem.

Ciężko mi o tym mówić bez emocji, bo w życiu dorosłym trochę mi tego brakuje – tej gęsiej skórki, którą pamiętam, kiedy wychodziła nowa płyta Stepsów. Może to brzmi strasznie naiwnie, ale jestem „oldschoolem” i należę do tych ludzi, u których muzyka wywoływała emocje. I tak jest do dzisiaj, tylko że dziś już wiem, jak to się robi, więc trudniej mnie zaskoczyć.

Dość szybko zaznałeś sukcesów, by wspomnieć choćby trasę z Walk Away w roli supportu Milesa Davisa podczas niemieckich koncertów w 1990 roku. Niedługo po tym nagraliście płytę F/X ze Sternem, Cinelu i Marienthalem...

To był dla mnie fascynujący i zarazem dziwny czas, bo ewidentnie było wiadomo w zespole, że wibrafon w wersji akustycznej się nie wyrabia. Graliśmy coraz ciężej, więc najzwyczajniej nie było mnie słychać na scenie. Z drugiej zaś strony razem z Adasiem Wendtem pisałem wtedy 60 procent materiału dla zespołu, więc wyrzucenie mnie nie wchodziło w grę. Musiałem coś wymyślić. Właśnie na trasie z Milesem jego przeszkadzajarz podrzucił mi pomysł, żeby kupić wibrafon elektroniczny, który jest teraz moim znakiem rozpoznawczym. Za tę decyzję początkowo zbierałem jednak baty od krytyków i muzyków, bo „jak mogłem zamienić akustyczny instrument na to badziewie plastikowe”, a ja zwyczajnie potrzebowałem czasu, żeby się z nim zapoznać.

Po latach okazało się, że była to celna decyzja, bo dzięki temu instrumentowi zaistniałem w obszarach wcześniej dla mnie niedostępnych i zyskałem swój język muzyczny, grając kompletnie inaczej niż wibrafoniści akustyczni. Dean Brown wprost mi powiedział, że gdybym grał wyłącznie na instrumencie akustycznym, to nie mógłby zaprosić mnie do współpracy.

Nagle znalazłem się u boku Ścierańskiego i Torresa w Music Painters, co było dla mnie szalenie ważne, ponieważ to była pierwsza formacja, w której wystąpiłem pod własnym nazwiskiem. Wcześniej o to nie dbałem, nie myślałem o marketingu – oczywiście chciałem mieć karierę, ale moim marzeniem, przede wszystkim, było to, żeby zostać zaakceptowanym przez naszych mistrzów – Wojtka Karolaka, Tomka Stańkę czy Zbyszka Namysłowskiego. Nie uwierzysz, z jakim przejęciem ich traktowaliśmy. Pamiętam, że jeszcze jako dzieciak byłem w Akwarium. Stałem wśród publiczności, a Zbyszek Namysłowski po skończonym secie schodził ze sceny. Przechodząc obok mnie, trącił mnie łokciem. Teraz to brzmi prześmiesznie, ale przez pół nocy nie mogłem spać, bo zastanawiałem się, czy jemu się nic nie stało lub czy się na mnie nie obrazi.

Obecnie świat się bardzo zmienił – większość moich studentów gra lepiej ode mnie i jak to mówię publicznie, to widzę, że moi starsi koledzy dziwnie reagują. „Panowie, tak powinno być! Jeśli muzyka ma się rozwijać, to oni muszą być lepsi od nas!”. Przecież jak gram z Barańskim, Soltisem i Badachem w projekcie Back to School, to oni są nie do dogonienia! To wariaci – mają taką wiedzę, tak kolosalne umiejętności, a przy tym pasję i miłość do muzyki, że to jest fenomenalne. Jestem naprawdę zauroczony, obserwując, jak oni poruszają się w tych wszystkich obszarach muzycznych, do których nigdy nie będę miał dostępu, bo jestem zwyczajnie za stary.

Szkoliłem się, żeby przekazywać swoje emocje najlepiej jak potrafię i teraz czuję się kompletny. Jestem szczery i od kilku lat czuję się nieprawdopodobnie wolny, stąd decyzja o Drifterze, chociaż miałem świadomość, jak bardzo się wystawiam na opinię publiczną i krytykę jazzową, nagrywając tak eklektyczną płytę.

Przed solowym albumem spotkało cię jeszcze coś wyjątkowego – do współpracy zaprosił cię wspomniany już Dean Brown – mający za sobą grę z takimi tuzami jak Marcus Miller, Billy Cobham czy Joe Zawinul. Na tym etapie kariery chyba się już tego nie spodziewałeś...

Nie pamiętam dokładnie, ale chyba miałem 48 lat, gdy mnie to spotkało. Przedziwna sytuacja, bo to już taki moment, kiedy myślisz, że wszystko, co najlepsze, masz za sobą, a tu okazało się, że dopiero się otwiera. Graliśmy wspólnie bardzo długo i kontynuowalibyśmy tę współpracę, gdyby nie śmierć Deana. Straszny cios – choroba tak szybko go zabrała. Nie chcę o tym rozmawiać, bo wciąż mam z tym duży problem.

Pierwszego kontaktu z jego zespołem nie zapomnę. Byłem tak spięty, że nie mogłem spać, mając świadomość, co, z kim i w jakich klubach zagram. Dzięki Deanowi poznałem przecież wszystkie najlepsze kluby jazzowe w Europie i Japonii! Wyobraź sobie, że obaj urodziliśmy się tego samego dnia, tyle że on przyszedł na świat 19 sierpnia 10 lat przede mną, co wiele wyjaśnia, bo mieliśmy niezwykle spójne spojrzenia na materię muzyczną. Dzięki Deanowi znalazłem się też na liście muzyków potencjalnie szykowanych na trasę z Herbiem Hancockiem i Lang Langiem w ramach projektu z opracowanymi na nowo hitami ze słynnych musicali Broadwayu. Z różnych względów nie doszło to do skutku, ale byłem zaakceptowany do składu przez Herbiego Hancocka. Masakra, co?!

Najwidoczniej roztaczasz wokół siebie aurę, która przyciąga do ciebie tak wyjątkowe sytuacje.

Wiesz, ja ciągle wierzę, że muzyka ma niesamowitą siłę. Jestem dzieckiem Gwiezdnych wojen. Zobaczyłem ten film w Strzelcach Opolskich w 1977 roku i nie mogłem trafić do domu, tak mi to zawróciło w głowie. Zamarzyło mi się wówczas, że będę rycerzem po dobrej stronie mocy [Bernard ścisza głos]. Żona zawsze się ze mnie śmieje, że wierzę w różne przygody. Ciągle mam nadzieję, że za mojego życia dowiem się, że istnieje cywilizacja na innej planecie. Jestem starym dzieciakiem [śmiech]!

Wychodząc poza kręgi jazzowe, trafiłeś też m.in. do składu koncertowego Lady Pank, które w Polsce ma status więcej niż kultowej grupy – wszyscy znają ich teksty, melodie… Jak odnalazłeś się w mainstreamowym światku muzycznym?

Jak mówię, że jestem dumny, że zostałem zaakceptowany przez środowisko jazzowe, to dokładnie tak myślę. Stąd wyrosłem – uczyłem się Autumn Leaves czy My Funny Valentine, do dzisiaj znam półtorej setki standardów jazzowych – czuję się częścią tej rodziny. Ale też z wiekiem zupełnie naturalne jest to, że obszary stylistycznych zainteresowań bardzo się poszerzają. Do dziś nikt z Lady Pank nie jest w stanie powiedzieć mi, kto wpadł na ten pomysł. Przypuszczam, że w związku z zaproszeniem LP do nagrania cyklu MTV Unplugged były poszukiwania czegoś oryginalnego i przyznasz, że wibrafonista akustyczny w zespole rockowym to strzał w dziesiątkę!

Pierwsze nagranie odbyło się jeszcze w biegu, wyszedłem tam na solo w jednym utworze, ale gdy pojechaliśmy w trasę, Janek Borysewicz znalazł dla mnie więcej miejsca i pojawiła się szansa, żeby budować te utwory od nowa i odnaleźć się w ich koncepcji dźwiękowej, co dla wibrafonisty nie było proste. W końcu znalazłem taki sposób prowadzenia narracji, który splata się z zespołem. Mało tego! Teraz jest kilka takich fragmentów, w których zespół mnie zostawia i zanim zacznę grać, widzę kątem oka, że publiczność już czeka z telefonami, żeby to nagrać, co jest strasznie fajne.

Jestem przekonany, że wielu widzów po raz pierwszy ma wówczas styczność z wibrafonem na żywo. Gdy zaczynałeś swoją przygodę w wieku 19 lat, w Polsce kojarzono chyba jedynie Jerzego Miliana. Przez te cztery dekady stałeś się synonimem tego instrumentu w naszym kraju, także za sprawą wykładania na Akademii Muzycznej w Katowicach.

Gdy zaczynałem, Jerzy był znany, ale akurat miał okres, kiedy nie był aktywny koncertowo. Dwa lata przede mną był jeszcze Karol Szymanowski, który zaistniał w tej przerwie postmilianowskiej, a dopiero później pojawiłem się ja. Jestem sakramencko – chyba najbardziej ze wszystkiego – dumny z tego, że oprócz Karola wszyscy obecni na rynku wibrafoniści są studentami mojej klasy. Z tych najbardziej znanych: Irek Głyk, Dominik Bukowski, Bartek Pieszka, Marcin Pater, Kuba Kotowicz, Kajetan Skoneczny, Tymon Kosma, a rosną następni fenomenalni Janek Łukasik i Michał Bobak. Każdy z nich jest inny i gra zupełnie inną muzykę, niosąc dalej wibrafon i propagując ten instrument, który robi się coraz powszechniejszy. To jest niebywałe! Może działalność moja i Karola w końcu przynosi efekt. Widać Kubę Kotowicza podczas gigantycznych koncertów z Beksińskim, Tymek Kosma jest wszechobecny, podobnie Kajetan Skoneczny. Jestem ogromnie z tego zadowolony, że wibrafon zaczyna pojawiać się jako pełnoprawny instrument, bo jest genialny. Jestem więc spokojny o wibrafon polski – mało tego – wiem, że jesteśmy potęgą. Nie jest nas wielu na świecie, więc my wibrafoniści znamy się bardzo dobrze. Polacy na tle Europy są absolutnym topem i mówię to z pełną odpowiedzialnością.

Właśnie przedwczoraj minęło 35 lat, odkąd prowadzę klasę wibrafonu. Kiedy nieżyjący już prof. Stanisław Proksa zaproponował mi otwarcie tej klasy, to byłem prze-ko-na-ny, że to będzie krótka historia. „Przecież to najbardziej niepotrzebny instrument”– myślałem, po czym 35 lat później mam pełną obsadę i ciągle znajdują się młodzi ludzie, którzy chcą to robić.

Potrafisz przywołać pamięcią przełomowe chwile, które zadecydowały o tym, że zawodowo zająłeś się muzyką?

Nikt mi nie zadał tego pytania, a są cztery takie momenty, które totalnie namieszały mi w życiu. Pierwszy – byłem na solowym koncercie pianisty Wojtka Gogolewskiego w Opolu. Wracałem z tego koncertu do domu i nie wiedziałem, gdzie jestem. W ogóle niczego nie wiedziałem, oprócz tego, że chcę robić to, co on zrobił przed chwilą. Potem zacząłem „to” robić i pojechaliśmy z kolegami na pierwszy konkurs do Kędzierzyna Koźla, gdzie znalazłem się na próbie składu, w którym grał Mirek Sitkowski na bębnach, Krzysztof Puma Piasecki na gitarze i… nie pamiętam, kto był basistą. Nie grali nawet żadnego utworu, tylko zaczęli jamować na jednej funkcji. Robili to z taką łatwością, że byłem już totalnie przekonany, że też tak chcę.

Lata później byłem już z Walk Away. Tak jak ci wspominałem, grałem słabo solówki, zwłaszcza po Zbyszku Jakubku, który miał słuch absolutny i grał świetnie, a ja na tym wibrafoniku takie „pitu-pitu”. Nie poddawałem się jednak i ćwiczyłem. Na koncercie w legendarnym Akwarium w Warszawie wykonywaliśmy utwór jakiegoś fińskiego kompozytora i pierwszy raz w życiu odpaliło mi solo! Miałem kontrolę nad formą, dynamiką... Myślę sobie: „Ja cię kręcę, co tu się stało!”.W czasie przerwy podszedł do mnie skrzypek Heniu Gembalski i mówi: „No młody, dobrze tam zagrałeś w tym numerze”. Dostałem od niego potwierdzenie, że to co robię, ma sens.

Ostatnia sytuacja, która mnie tak totalnie poruszyła, to był koncert Milesa Davisa w Niemczech. Nie uwierzyłbyś, ale Milesa wtedy bolało całe ciało. Włóczył po tej scenie, widać było, że ledwo daje radę. Grał tak źle, dźwięki mu kiksowały… A my staliśmy z Adasiem Wendtem i ryczeliśmy. Piękno tego momentu było tak porażające, że miałem takie idiotyczne odczucie, że nie mamy prawa jako publiczność w ogóle w tym uczestniczyć. To było tak intymne i nieprawdopodobnie mocne, że nawet teraz mam gęsią skórkę, jak o tym opowiadam. Do końca życia będę to pamiętał. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jaką siłę może mieć muzyka. Miles postawił nas na baczność, a ja wiedziałem, że nie ma takiej siły, żebym odpuścił tę ścieżkę.

Twoim znakiem rozpoznawczym na przestrzeni lat stał się także noszony przez ciebie cylinder. Opowiesz mi na koniec jego historię?

Mam ci powiedzieć prawdę? Rafał, ja dokonałem złego wyboru! Ja powinienem być gitarzystą, a nie wibrafonistą [śmiech]! Mam taką słabość do gitary, że widzę ją i wiem, że to jest mój instrument! Ta forma energii, emocja, która z gitary płynie, przemawia do mnie całkowicie. Przyznam ci się, że najbardziej na świecie nie znoszę smutno „pitolących” gitarzystów, a wiem, jakie tam są możliwości wyrazowe. Wiesz, zawsze brakuje mi tego, żeby te emocje ze mnie wyszły. Mówiąc tak bardzo szczerze, ja mam tylko trzy oktawy, dynamika na tym Kacie jest tak mała… Owszem, mam różne brzmienia, ale ten instrument ma swoje poważne ograniczenia. Więc jak widzę, że obok z gitarą stoi Marek Raduli, Janek Borysewicz czy Grzesiu Skawiński, to myślę, że powinienem być na ich miejscu [śmiech]. Zresztą, ten ostatni zaprosił mnie do współpracy nad swoją płytą instrumentalną, która wyjdzie w przyszłym roku i to jest kolejna niesamowita przygoda w moim życiu, a ja jestem przeszczęśliwy, pracując z tak wybitnym gitarzystą.

Wracając do mojego szapoklaka, w Walk Away od zawsze byliśmy łobuzami. Uświadom sobie – dostajesz zaproszenie na spotkanie od Milesa Davisa, a ty się upijasz i nie idziesz. No, proszę cię! Byliśmy inni. Szczególnie pamiętam, kiedy członkiem zespołu był Paweł Mąciwoda-Jastrzębski (obecnie basista Scorpions – przyp.red.), to wyglądaliśmy jak zespół rockowy – nosiliśmy z Pawłem skóry, łańcuchy, kowbojki, a ja dodatkowo szapoklak, który bardzo naturalnie do mnie przylgnął i dobrze się w nim czuję.

Strój jest ważny. Każdy koncert ma być miejscem, które jest w jakiś sposób magiczne. Dean też zawsze opowiadał, że założenie innego stroju spowoduje, że łatwiej będzie ci wejść w ten stan koncertowy. Każdy szuka swoich środków, ze mną do dzisiaj został szapoklak i sympatie do tego rock’n’rollowego świata – może właśnie dlatego, że jestem delikatnie wkurzony, że gram na tych cymbałkach. Wiem, że gram na nich dobrze, ale – psia krew – powinienem grać na gitarze!

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO