(Impulse! Records, 2026)
O ile pierwsze spotkanie saksofonisty tenorowego Jamesa Brandona Lewisa z noiserockowcami z The Messthetics było spontaniczne, to teraz panowie, zjadłszy razem beczkę soli podczas wspólnych tras koncertowych (a liczba występów była imponująca – 150 w niecałe dwa lata od wydania płyty), przygotowali swój drugi album studyjny już jako regularny kwartet. Siedem kawałków, które znajdziemy na Deface the Currency, drzwi nie wyważa – to bezpośrednia kontynuacja, nagrana w tym samym stylu co poprzedniczka.
Choć ponownie za wydawnictwem stoi kultowy Impulse!, to jazzu jako takiego tutaj nie uświadczymy. Lewis to muzyk bardzo wszechstronny, dokooptowaniego do tria ex-Fugazi (Joe Lally i Brendan Canty) + Anthony Pirog nie skierowało nachalnie muzyki amerykańskiej grupy w rejony jazz-rocka. Ta muza to punkowa furia, w której element improwizacji jest przesiąknięty rockowym idiomem. Zresztą swing wcale nie jest potrzebny, gdy groove rozwala głośniki.
Siedem chwytliwych temacików, wypracowanych kolektywnie podczas wspólnych międzykoncertowych jamów, wskazuje z jednej strony na muzyczne dotarcie się, z drugiej jednak na pewne ograniczenia konwencjonalne – udział saksofonisty w procesie twórczym nie wpłynął właściwie wcale na ich oryginalność: materiał jest bardzo zbliżony do poprzednich utworów tak wykonawczo, jak i kompozycyjnie. Nie idzie jednak o odkrywanie Ameryki, a o ekspresyjne granie. Nie mamy tutaj łamańców harmonicznych ani polirytmicznych popisów rodem z math-rocka – dominuje rock’n’roll.
Muzyka kwartetujawi się więc jako prosta harmonicznie, za to fakturalnieusłyszymy tu echa Roberta Frippa i Sonny’ego Sharrocka, a także Pharoah Sandersa i Alberta Aylera. Podoba mi się dystans w stosunku do klasyki i pewien wykonawczy luz, który łatwo zatracić przy tworzeniu muzyki instrumentalnej, zwłaszcza improwizowanej. Solówki Piroga, np. w utworze Rules of the Game, brzmią jak noise’owy pastisz pompatycznych wyjadaczy gitary elektrycznej w rodzaju Steve’a Vaia. Świetne jest to, że ten shredding brzmi tu niemal fizycznie – jakby dosłownie był wynikiem furiackiego nawalania w gitarę, a nie bezdusznej, technicznej finezji.
Przesterowane riffy, nieraz wygrywane unisono z saksofonem, uderzają z podwójną mocą, jakby podpięty do dwa razy większych wzmacniaczy 21st Century Schizoid Man Crimsonów – melodia finałowego Serpent Tongue (Slight Return) miesza połamany bebop z punkowymi power chordami, a znajduje też w swym brudzie miejsce, by puścić oczko fanom Hendrixa, i to nie tylko tytułem kompozycji. Podobnie miesza się to wszystko w Universal Security, który paradoksalnie rozpoczyna się niczym wybuch granatu, z którego wykluwa się jazgoczące vibrato Lewisa.
Właściwie żaden utwór nie daje słuchaczowi wytchnienia na dłużej – raptem 36 minut ostrego grania kondensuje energię i pomysły: kompaktowo, ale bez niedomówień. Nawet w nieco lżejszych momentach, jak druga połowa Serpent Tongue, zespół nie odchodzi od groove’u w kierunku kojącej progresji akordów, lecz przeciwnie – idzie w stronę chaotycznej kakofonii.
Proponuję rozglądać się za nową płytą i występami The Messthetics z Jamesem Brandonem Lewisem. Naprawdę udana instrumentalna rockowa jazda jest rzadko spotykana.
Piotr Zdunek