Akurat przed napisaniem tego artykułu natknęłam się na brytyjski serial, który świetnie wpisuje się w ostatnie rozważania na temat jamajskiej muzyki z tej rubryki. Serial nazywa się Small Axe (nawiązanie do utworu Boba Marleya o tym samym tytule, w którym „mała siekiera” oznacza zwykłych ludzi, którzy wydają się słabi i nieliczni, ale ostatecznie są w stanie ściąć „wielkie drzewo”– symbolpotężnego systemu). Każdy odcinek traktuje o innym problemie Londynu lat 70., ale wspólnym mianownikiem są zawsze mniejszości karaibskie.
Drugi odcinek zatytułowany Lovers Rock to zapis jamajskiej imprezy w Londynie. Nie opowiada w zasadzie żadnej konkretnej historii, nie trzyma w napięciu, a większość widzów powiedziałaby, że jest po prostu o niczym. Natomiast dla fanów reggae w odmianie lovers rock może stanowić nie lada doznanie. Film zaczyna się od przygotowań do imprezy. Kobiety przygotowują typowe jamajskie jedzenie i oprócz tego, że świetnie gotują, to też świetnie się przy tym bawią, śpiewając ówczesny szlagier Silly Games. W międzyczasie chłopaki rozkładają kolumny, montują soundsystem i wypróbowują mikrofony. Nie musimy nawet czekać na obraz imprezy, bo to, co składa się na jej przygotowania, jest interesujące samo w sobie. Następnie pojawiają się goście i klasyka rock reggae. Ludzie wiją się w tańcach – czy to indywidualnych, ekstatycznych, czy to w parach – namiętnych i pełnych seksualnego napięcia. Ubiory, makijaże, fryzury i cały ten retro glam lat 70. jest taką samą ucztą dla oczu jak muzyka dla uszu.
Ale czym właściwie jest lovers rock? Jest to odmiana reggae stworzona w Anglii przez drugie pokolenie jamajskich emigrantów. To ścieżka dźwiękowa czarnych Brytyjczyków dorastających na przełomie lat 70. i 80. Jak sama nazwa wskazuje, jest to kołysząca (ang. „to rock” znaczy m.in. „kołysać”) muzyka o miłości. Zbliżona stylistycznie do rocksteady, ze słodkimi wokalami w stylu Motown, jest łagodniejsza od roots reggae i mniej zaangażowana politycznie i ideologicznie. Stała się nie tylko popularnym gatunkiem muzycznym, ale też wytwórnią płytową (o tej samej nazwie, założoną przez Dennisa Harrisa), stylem tanecznym i modą.
Lovers rock zachował rytmy reggae, synkopowaną gitarę, równomierne linie basowe i echa dubu, ale treścią odszedł od rastafarianizmu, a powrócił do tematyki złamanych serc i romansu obecnej w rocksteady. Niektórzy sugerują, że lovers rock nie było przedłużeniem odchodzącego rocksteady o korzeniach jamajskich, ale wywodziło się z londyńskiej kultury soundsystemowej, która poszła za potrzebą stworzenia wolniejszych, soulowych kawałków do przytulania na potańcówkach. Lovers rock był często krytykowany za swój lekki i apolityczny charakter, ale kultura i muzyka przecież nie powstają w próżni, a jeśli prześledzimy korzenie najważniejszych gatunków muzyki powstałych w XX wieku, to zaobserwujemy ścisłą korelację między polityką a kulturą, bo był to czas wielkich politycznych zmian i turbulencji, dlatego, chcą nie chcąc, nawet pozornie apolityczny gatunek jak lovers rock miał jednak coś wspólnego z polityką.
W latach 70. XX wieku Wielka Brytania zmagała się z trudnościami ekonomicznymi i chociaż rządy Margaret Thatcher rozpoczęły się w ostatnim roku dekady, to taczeryzm już się zaczynał, wyznaczając granice między tym, co prawdziwie angielskie, a co nie. Granice zazwyczaj przebiegały na styku klas społecznych i ras. Dla dzieci karaibskich imigrantów – często uwięzionych między jamajskimi tradycjami w domu a brytyjskim społeczeństwem poza nim – muzyka stała się bezpiecznym schronieniem. Roots reggae było dla tych, którzy lubili kontemplować sprawy duchowe czy ideologiczne. Roots było dla tych, którzy czuli się bardziej Jamajczykami niż Brytyjczykami. Ska i nowo rodzący się punk był dla tych, którzy chcieli wyskakać i wytrząchać swoją frustrację i agresję. Punk, chociaż był muzyką grup marginalizowanych, nie podbił serc szerokiej rzeszy czarnoskórych Brytyjczyków. Z kolei lovers rock był dla tych, którzy nie czuli się ani w pełni Jamajczykami, ani w pełni Brytyjczykami.
Lovers rock bylo społecznym rytuałem, podczas którego można było spokojnie kołysać się w rytm delikatnie pulsującego basu i bezpiecznie zademonstrować intymność, schować przed wrogością ulicy i surowym okiem rodziców. Ta miękka muzyka była jak antidotum na twardość realiów ówczesnego życia. Dla młodych czarnoskórych Brytyjczyków, dorastających w otoczeniu rasizmu, nękania przez policję i dyskryminacji w pracy, prywatki z lovers rock, gdzie otwarcie wyrażano miłość i radość były sposobem na przetrwanie. Doskonale to widać we wspomnianym serialu. Wszystkie odcinki opowiadają smutne historie. Widz czuje się przytłoczony agresją i rasizmem wyzierającymi z filmu. Na szczęście po dawce okrutnego realizmu nadchodzi odcinek, w którym nie mówi się o cierpieniu, ale celebruje muzykę i jasną stronę życia. Miałam ochotę wracać do tego odcinka po każdym innym, który opowiadał o przygnębiającym życiu karaibskich imigrantów.
Można spotkać się z krytyką, że lovers rock nie zawsze podważa stereotypy płciowe, a nawet je umacnia. Wiele tekstów piosenek ukazywało kobiety jako osoby zależne od miłości mężczyzn lub złamane jej brakiem (Carroll Thompson Hopelessly in Love). Jednocześnie wokalistki zyskały w tym gatunku bezprecedensową przestrzeń. To głównie artystki z Hackney były prekursorkami lovers rock. Pierwszym komercyjnym sukcesem był album Janet Kay Silly Games z 1979 roku, który ostatecznie osiągnął drugie miejsce na brytyjskich listach przebojów. Piosenka Silly Games jest motywem przewodnim serialu i słyszymy ją w różnych wersjach – śpiewaną a capella w kuchni, następnie w wersji oryginalnej podczas imprezy i na koniec śpiewaną przez uczestników zabawy.
Wysokie miejsce utworów lovers rock na liście przebojów przyciągnęło szybko uwagę popularnych artystów roots tamtych czasów. Dennis Brown, który nie był artystą lovers rock per se, miał ogromny wpływ na popularyzację tego gatunku. Loversrockowe soundsystemy nie mogły się obyć bez jego Money in My Pocket czy Love Has Found Its Way. Podobnie Gregory Isaacs, który był swego rodzaju pomostem między roots a lovers rock (Night Nurse).
Niestety w latach 80. lovers rock szybko ewoluował w kierunku mainstreamu, cukierkowego R&B i popu. Bardziej współczesnym, nieco mniej komercyjnym, pięknym hołdem dla tej muzyki był album Sade Lovers Rock. Płyta nie zalicza się do tego gatunku, ale jest jego reinterpretacją. Sade potwierdziła, że to nie jest przypadkowa zbieżność nazw i chociaż płyta odbiega stylistycznie od oryginalnego lovers rock, to jednak jest nawiązaniem do muzyki, która kształtowała jej młodość w Londynie lat 80. Bogata emocjonalnie, łagodna i nastrojowa muzyka jest tu czymś więcej niż wyrafinowanym popem czy smooth jazzem. Jest kołyszącym, kojącym przypomnieniem, że kiedy ciężar życia staje się zbyt trudny do udźwignięcia, zawsze możemy zwrócić się ku pozytywnym aspektom naszego życia.
Menelik Shabazz, twórca dokumentu The Story of Lovers Rock, w wywiadzie dla Guardiana[1] powiedział: „Lovers rock to gatunek, który czarnoskórzy Brytyjczycy mogą uznać za swój własny. To muzyka, która osiągnęła globalne rozmiary, a w Wielkiej Brytanii była praktycznie nierozpoznana. Była również nośnikiem szczególnego rodzaju intymności. Otworzyła nasze czakry, choć wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy – ta muzyka opowiada o młodych mężczyznach i kobietach radzących sobie z emocjami. Była mechanizmem radzenia sobie z tym, co działo się na ulicach”. Od tego przecież jest muzyka – nie tylko lovers rock. Chwilami przyjemności i ukojenia, nawet (zwłaszcza?) wtedy, kiedy świat obchodzi się z nami surowo.
Linda Jakubowska
[1] https://www.theguardian.com/music/2011/sep/22/lovers-rock-story-reggae