Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Matt Dusk: Chciałem połączyć moje dwie ulubione rzeczy, jakimi są muzyka i podróżowanie

Obrazek tytułowy

fot. Piotr Gruchała

Matt Dusk — wokalista, kompozytor pochodzący z Kanady. Absolwent St. Michaels Choir School, York University, gdzie uczył się m.in. u Oscara Petersona. Od wielu lat silnie związany z Polską. Ma na koncie wspólny album z Margaret oraz duet z Edytą Górniak czy Rafałem Brzozowskim. Powodem jego listopadowej wizyty w Warszawie był gościnny występ w programie The Voice of Poland, a przede wszystkim promocja nowego albumu JetSetJazz. Rozmowa odbyła się dzień po występie w popularnym talent show.

Adam Kiepuszewski: Dobrze się wczoraj bawiłeś?

Matt Dusk: Tak, może nawet trochę za bardzo. Nie widuję moich przyjaciół z Polski za często, więc kiedy już w końcu przyjeżdżam, to zdecydowanie za mało mamy dla siebie czasu (śmiech). Sam występ za to strasznie szybko minął. To całkiem interesujące, kiedy jako wykonawcy przyzwyczajeni jesteśmy do stania na scenie przez dwie godziny, a tutaj wchodzimy na scenę, bum! Koniec. Występujesz może czasem na scenie?

Chodzę do szkoły muzycznej i czasem zdarza mi się dawać koncerty.

Wiesz więc, że jak grasz recital, to wszystko pojawia się i znika w mgnieniu oka. Stres przed kamerą jest jednak trochę inny. Rzadko kiedy występuję przed kamerą, więc za każdym razem jest to jakieś wyzwanie. Cieszę się jednak, że miałem okazję tam wystąpić.

Oprócz Ciebie występował też zespół Tulia. Czy miałeś wcześniej styczność z ich muzyką?

Stroje Tulii są bardzo charakterystyczne (śmiech) a sam pomysł ich wykonu i muzyki bardzo interesujący. Wcześniej nie miałem przyjemności tego słyszeć. Jestem pod wrażeniem.

Przyjechałeś też do Warszawy, żeby promować swój nowy album JetSetJazz. Czy pamiętasz swój pierwszy lot?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Urodziłem się w Toronto, gdzie latanie było raczej niedrogie, a już na pewno nie aż tak, jak pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat temu. Zima w Toronto potrafi nieźle docisnąć, więc wylatywaliśmy z rodziną na Karaiby. Wspominam te loty jako rodzaj magicznego transportu w czasie i przestrzeni, gdzie w przeciągu zaledwie paru godzin człowiek znajdywał się w kompletnie innym miejscu.

Jak bardzo latanie zmieniło się dla ciebie przez te wszystkie lata?

Trzydzieści lat temu, kiedy jeździłem w trasę z chórem, do którego należałem, w samolotach były tylko filmy na malutkich ekranikach z dołączanymi słuchawkami. Teraz jest praktycznie wszystko, tablety, dostęp do internetu. Wszystko tylko po to, aby ciągle nas zabawiać. Piętnastogodzinne podróże do Azji czy Afryki dla większości byłyby nie do wytrzymania. Mnie akurat nie przeszkadza brak rozrywek. Jak pojawiają się samoloty bez internetu, jest się odłączonym od rzeczywistości. Bardzo to cenię.

Czy nazwanie w taki sposób albumu wiąże się z nostalgią?

Oczywiście. Był czas, w latach sześćdziesiątych, kiedy podróże samolotem stały się w końcu opłacalne dla mas. Pracownicy zawsze robili wszystko z uśmiechem, podawali ulubiony drink, wszystko wydawało się świeże i nowe. Frank Sinatra był wtedy u szczytu swojej kariery. Chciałem więc połączyć moje dwie ulubione rzeczy, jakimi są muzyka i podróżowanie, i przenieść słuchacza w tamte czasy.

Na albumie pojawia się tylko jeden gość: niejaka Sanah w utworze Rich In Love.

Chciałem te utwory zrobić nieco w formie standardów, z zapamiętywanymi melodiami, tak, aby każdy mógł je sobie zaśpiewać. Kiedy już nagraliśmy całość, uznałem, że potrzebuję kogoś oprócz mnie. Uwielbiam dzielić scenę z innymi wokalistami. Rat Pack zawsze mieli trzy osoby na scenie. To jest to, co naprawdę kocham w muzyce. Nie powinna być ograniczona do jednej osoby. Sanah przesłała mi próbkę głosu, spodobała mi się i uznałem, że wchodzę w to. Daję jej zaśpiewać, a samemu mogę odpocząć (śmiech).

_DSC8011.jpg fot. Piotr Gruchała

Czy sam skomponowałeś wszystkie utwory?

Na albumie jest dziesięć utworów plus trzy bonusowe standardy. W tej podstawowej wersji są to piosenki moje i dwóch innych kompozytorów. Wzięliśmy nasze cygara i napoje do studia, udawaliśmy, że jesteśmy w latach sześćdziesiątych. O to też chodzi w muzyce, żeby robić tylko to, na co masz ochotę. Ja chciałem stworzyć nowe kompozycje, w stylu tych sprzed lat, które będę mógł zaśpiewać na żywo przed publicznością. Chcę, aby ludzie pomyśleli sobie: hmm co to był za numer, jak on się nazywał?; żeby te utwory brzmiały znajomo. Oczywiście nie każdemu to przypadnie do gustu, ale to taki mój znak rozpoznawczy. Bardzo mi to odpowiada i czuję się z tym dobrze.

Jak wyglądał proces nagrywania albumu?

Znasz to uczucie, kiedy myślisz sobie, że masz jakiś niezły pomysł, wchodzisz do studia i potem nic nie brzmi tak jak w twojej głowie? Praktycznie mam tak cały czas. Jest to jednak bardzo rozwojowy proces. Dowiaduję się za każdym razem więcej od strony producenckiej. Oczywiście czasem jest również miejsce na spontaniczność. Cykl: promocja, singiel, teledysk, może to rutyna, ale za to niezwykle przyjemna.

W teledysku występuje również polska modelka, Marta Gajewska.

Wypadła znakomicie. Tak szczerze, to nie ma większego znaczenia, która kobieta wystąpi, bo przecież wszystkie są niesamowite. Tak się składa, że Marta, która występuje w teledysku, była zastępstwem za inną dziewczynę, która się rozchorowała. Bardzo dobrze się z nią pracowało. Jest osobą o pięknej osobowości, a nie jest to wcale takie oczywiste.

Mówiłeś, że jesteś zainspirowany głównie latami sześćdziesiątymi. Czy szukasz też inspiracji u współczesnych artystów?

Słucham trochę nowszej muzyki, w Toronto chodzę czasem na koncerty młodych. Ciężko obecnie znaleźć naprawdę wybitnych artystów. Wcześniej dostawało się pięć albumów od wytwórni, aby rozwinąć skrzydła, nabrać doświadczenia. Teraz ludzie zbyt szybko tracą zainteresowanie. Jeden nieudany strzał i od razu pada słowo: następny!. Głównie jednak słucham starszej muzyki. Lubię też brzmienia instrumentalne. Brak wokalu pozwala mi się odprężyć i wyłączyć. Obecnie popularne są bity samplujące jazz, utrzymane w stylistyce lo-fi. Jako że jestem wokalistą, i praktycznie cały czas muszę się skupiać na słowach i tekście, dobrze jest się czasem odprężyć i zostawić przestrzeń instrumentom.

autor: Adam Kiepuszewski

Tagi w artykule:

polecane

13 grudnia

godz: 19:00

Mistrzowie Polskiego Jazzu: Andrzej Kurylewicz

PROM Kultury Saska Kępa

Warszawa

13 grudnia

godz: 19:00

Jazz Bez Festiwal

Galeria Biała

Lublin

13 grudnia

godz: 20:00

Niechęć

NRD

Toruń

13 grudnia

godz: 20:00

SuperSam +1: Rashad Becker & Joanna Duda

DZiK

Warszawa

14 grudnia

godz: 19:00

Rafał Sarnecki Sextet

12on14 Jazz Club

Warszawa

14 grudnia

godz: 20:00

Zakrocki / Osborne / Gadt

SPATiF

Warszawa

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO