Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Aga Derlak: o bardzo życiowych sprawach

Obrazek tytułowy

fot. Katarzyna Stańczyk

Aga Derlak - pianistka, kompozytorka, liderka autorskiego tria. Od początku konsekwentnie podążająca własną ścieżką. Granie jazzu traktuje jako spełnienie marzeń, swoją wielką szansę i okazję do przekazywania ważnego życiowego przesłania. Z powodzeniem radzi sobie w męskim, niełatwym i mocno konkurencyjnym światku polskich instrumentalistów jazzowych.

Piotr Wickowski: Wolałbym nie poruszać tego tematu, ale takie są fakty, wobec których nie można przejść obojętnie. Dlaczego jest was, kobiet-instrumentalistek, nadal tak mało w polskim jazzie?

Aga Derlak: Dlaczego mam odpowiadać na takie pytanie?

Jestem ciekaw, jaki jest twój punkt widzenia na tę sprawę. Jesteś jedną z nielicznych kobiet grających u nas jazz. Nawet w tak licznej kategorii jak pianistyka jazzowa jest was ciągle zaledwie kilka. Właściwie podobnie jak w innych. Nadal tylko w wokalistyce jazzowej dominują kobiety.

Dopatrywałabym się różnicy w naturach kobiety i mężczyzny, aczkolwiek nie chcę generalizować, każdy człowiek jest inny. Mogę też powiedzieć o własnych doświadczeniach, o tym, jak wyglądał przebieg mojej drogi muzycznej i co zaobserwowałam u siebie. A było bardzo dużo zmagania się z oceną. Nie jest łatwo istnieć w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Czułam, że jako kobieta muszę coś udowodnić i skupia się na mnie szczególnie wiele uwagi. Myślę, że taka presja jest czymś trudnym do przetrwania.

Z psychicznego punktu widzenia?

Tak. Myślę, że to może być jeden z powodów tego, że liczba grających kobiet nie jest duża. Natomiast opowiadam o tym tylko ze swojego punktu widzenia.

Ile było dziewczyn na Bednarskiej (działający na poziomie średniej szkoły muzycznej Wydział Jazzu w Zespole Państwowych Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina w Warszawie, mieszący się przy ulicy Bednarskiej – przyp. red.), kiedy rozpoczynałaś tam naukę?

Wśród instrumentalistów była poza mną jedna pianistka, rok po mnie przyjęto kolejną. Teraz uczą się tam trzy pianistki. Coraz więcej pojawia się w szkołach kobiet-instrumentalistek, natomiast rzeczywiście ciągle są w mniejszości.

Czyli problemem jest konieczność udowadniania swojej wartości? To, że jest się odbieranym jako ciekawostka? Ale czy też, w związku z tym, jest się mniej poważnie traktowanym?

Najpierw odpowiem na pierwszą część pytania. Właśnie chodzi o to, że tak naprawdę niczego nie musimy udowadniać, to przekonanie tylko siedzi w naszej głowie, a konkretnie – tkwiło w mojej, bo nie wiem, jak jest w przypadku innych kobiet. Ja odczuwałam nawet nie gorsze traktowanie czy lekceważenie, ale presję wynikającą z tego, że jestem w mniejszości. Podejrzewam, że mogłam być trochę traktowana jako osobliwe zjawisko. I sam ten fakt powodował we mnie potrzebę udowadniania swojej wartości. Co z jednej strony jest czynnikiem napędzającym do rozwoju, ale z drugiej może powodować pewne zahamowanie. Trudno zachować równowagę pomiędzy motywacją i radzeniem sobie z tą presją a ostatecznym uświadomieniem sobie, że nic nie musimy udowadniać.

Jak myślisz, byłoby ci łatwiej, gdybyś zdecydowała się na muzykę klasyczną? Tam proporcje między kobietami i mężczyznami są inne.

Tak, tam proporcje są bardziej wyrównane, ale nie wiem, czy czułabym się lepiej, ponieważ stres towarzyszący mi podczas wykonywania utworów klasycznych był dla mnie paraliżujący. Czyli, jeśli o mnie chodzi, to chyba by się nie sprawdziło.

Odpowiedziałaś w ten sposób na pytanie, które chciałem ci zadać – o powód wyboru muzyki jazzowej. To wróćmy do początku - jak to się stało, że zdecydowałaś się na jazz?

Bardzo lubię odpowiadać na to pytanie, ponieważ towarzyszy temu bardzo piękna i poruszająca mnie historia. A mianowicie, kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej, przyjechał kiedyś do Chełma (bo jestem z tego małego miasta) Paweł Perliński, na koncert, prawdopodobnie podczas zaduszek jazzowych. Grałam już wtedy na fortepianie...

Ile miałaś lat?

Myślę, że dziewięć, może dziesięć. Usłyszałam go i stwierdziłam, że bardzo pragnę być pianistką jazzową. Jednak szybko zorientowałam się, że kobiety chyba nie grają jazzu i zrezygnowałam z tego marzenia.

Słuchałaś wcześniej jazzu? Czy w ten koncert był twoim pierwszym kontaktem z taką muzyką?

Trochę słuchałam, ponieważ mój tata jest fanem jazzu. Można powiedzieć, że jazz towarzyszył mi od dziecka.

Co wtedy, podczas tego koncertu, zrobiło na tobie tak duże wrażenie, że zapragnęłaś grać tę muzykę?

Teraz trudno mi już wracać wspomnieniami do tej dziesięcioletniej wersji mnie, nie pamiętam, co miałam w głowie. Natomiast na pewno ujęło mnie piękno tej muzyki, być może sama idea improwizacji, harmonie, które były zupełnie inne niż te w repertuarze klasycznym. Myślę, że owa inność była czymś, co tak bardzo pociągnęło mnie w kierunku muzyki jazzowej. Nie poszłam jednak za tym marzeniem, zdałam na flet poprzeczny do szkoły muzycznej drugiego stopnia.

Dlaczego nie fortepian?

Muszę się przyznać, że zarzuciłam fortepian, ponieważ nie dostałam się na drugi stopień klasycznego fortepianu, dostałam się za to na flet. Gdzieś z tyłu głowy zawsze jednak jazz był mi bliski, dlatego stwierdziłam, że spróbuję dostać się na Bednarską. Dostałam się tam na flet, ale miałam też obowiązkowy fortepian jazzowy. Mój nauczyciel tego instrumentu, Marcin Lutrosiński, zorientował się, jak bardzo mnie fascynuje fortepian, i zachęcił, żebym zdawała na fortepian jako główny instrument. Miałam wątpliwości, obawiałam się, że może się nie udać, ale się udało.

Kiedy dostałaś się na flet, a kiedy na fortepian?

W 2010 roku na flet, a w następnym na fortepian.

Rezygnując z fletu?

Jeszcze kontynuowałam, ale jednak coraz więcej czasu poświęcałam na granie na fortepianie, ponieważ – po pierwsze – to było moim marzeniem, a po drugie - musiałam wiele nadrabiać po sześciu latach przerwy w graniu na tym instrumencie. Miałam masę pracy, bo nigdy wcześniej nie grałam jazzu. To był bardzo trudny dla mnie czas: miałam 20 lat, moi rówieśnicy albo pracowali, albo mieli już ukształtowaną ścieżkę kariery, dokładnie wiedzieli, co chcą robić w życiu, byli w czymś dobrzy. Mimowolnie się do nich porównywałam, podczas gdy byłam w momencie zaczynania od zera. I to było bardzo trudne. Czasu miałam mało, natomiast byłam naprawdę zdeterminowana, że chcę to robić. Powiem wprost: dla mnie było cudem, że tak się stało - że marzenie z dzieciństwa odezwało się po latach. Dlatego jestem szczęśliwa, bo mimo niełatwych przeżyć wiele pięknych rzeczy wydarzyło się jako efekt podjęcia tej trudnej decyzji o zmianie instrumentu na fortepian.

2.jpg fot. Katarzyna Stańczyk

Powiedziałaś, że do grania jazzu popchnął cię również stres, z którym, w twoim przypadku, związane było wykonywanie klasyki. Jak myślisz – dlaczego tak się działo? Czułaś się przytłoczona koniecznością dokładnego odtwarzania partytur? Czułaś się uwięziona w takiej konwencji?

Nie, nie myślę o tym w ten sposób.

Ale to jazz, w odróżnieniu od klasyki, oferuje wolność improwizowania, grania wszystkiego na swój sposób.

Mam przyjemność z grania klasyki, ale jeżeli nie jestem w sytuacji scenicznej. Gdy gram klasyczny repertuar w zaciszu domowym nie czuję jakiegoś zniewolenia. Oczywiście, powiem teraz bardzo sztampowo: w muzyce klasycznej jest też wolność i wiele możliwości interpretacji. Dla mnie jest to jednak zupełnie inna dziedzina muzyki. Ciężko byłoby mi wystąpić z takim repertuarem, ponieważ zawsze miałam skłonność do dodawania czegoś od siebie i - szczerze mówiąc - mylenia się. Po prostu, to chyba nie była moja droga.

Do jakich kompozytorów wracasz, jeśli grasz klasykę tylko dla siebie?

Do prostych rzeczy, bardziej pod kątem ćwiczeniowym. Wracam do inwencji Bacha, prostych nokturnów Chopina i czasem do preludiów Debussy’ego. Lubię do tych utworów powracać, ponieważ one sprawiają, że mam kondycję, a też bardzo przyjemnie mi się gra ten repertuar.

Edukacja w dziedzinie fletu i okres kształcenia się w tym kierunku przydaje się jakoś do gry na fortepianie? Granie jazzu zaczynałam na flecie, więc na nim przyswajałam sobie repertuar i takie podstawowe zagadnienia, jak na przykład skale. Więc flet na pewno miał jakiś wpływ na fortepian, pod takim elementarnym kątem.

Na Bednarskiej rozpoczęłaś też grać w pierwszych zespołach. Jaki był pierwszy?

Mój własny.

Trio, które powstało w 2012 roku?

Tak.

Jesteście bardzo młodzi, ale już możecie się pochwalić pięcioletnią działalnością w stałym składzie i dwoma albumami wydanymi w renomowanej wytwórni. Dlaczego zdecydowałaś się właśnie na trio: fortepian + kontrabas + perkusja, jeden z najpopularniejszych obecnie formatów małych grup jazzowych, format, w którym jest gigantyczna konkurencja?

Chyba nigdy nie zadałam sobie tego pytania – dlaczego. Chyba nawet nigdy nie przyszła mi do głowy żadna wątpliwość czy zawahanie. Byłam bardzo zdeterminowana, żeby to zrobić, i może właśnie dlatego nie rozmyślałam o konkurencji, nie oglądałam się na różne okoliczności.

Dlaczego jednak od początku chciałaś grać w grupie tego typu, a nie solo lub, na przykład, w kwartecie czy kwintecie z instrumentami dętymi?

Pamiętam, że byłam wtedy pod silnym wpływem tria Esbjörna Svenssona i nawet moje pierwsze kompozycje, choć może „kompozycje” to za dużo powiedziane, były bardzo inspirowane e.s.t.

Trio Esbjörna Svenssona stworzyło właściwie nowy nurt we współczesnym jazzie. Wzoruje się na nim wiele zespołów na całym świecie. Wam jednak, mimo że przyznajesz się do tej fascynacji, trudno zarzucić takie ewidentne naśladownictwo. Co słychać na pierwszej, a jeszcze bardziej na drugiej waszej płycie. Czy zanim zaczęliście grać własne utwory, wykonywaliście coś Esbjörna Svenssona? Wzorowałaś się na nim, podejmując pierwsze próby kompozytorskie?

Tak, pamiętam, że graliśmy ćwiczebnie kilka utworów e.s.t. A czy te moje pierwsze utwory były podobne? Pewnie tak. Nie wiem, czy chciałam go naśladować, ale myślę, że miał na mnie wpływ, był ważną inspiracją.

Były jakieś inne inspiracje, zwłaszcza działające w podobnym instrumentarium?

Wtedy też zaczęła się moja fascynacja Bradem Mehldauem.

Jako oryginalnym pianistą?

Tak. Ale teraz myślę o jego działalności w trio. Zawsze też ważną inspiracją był dla mnie mój nauczyciel – Michał Tokaj. Płyta jego tria Bird Alone wciąż pozostaje dla mnie wzorem brzmienia.

Kiedy podjęłaś pierwsze próby komponowania?

Myślę, że to się zbiegło z powstaniem tria.

Kiedy zagraliście pierwszy koncert?

Latem 2013 roku, w Warszawie, w Cudzie nad Wisłą.

Graliście już wtedy własne utwory?

Tak, częściowo własne, częściowo były to standardy. Pamiętam, że zagraliśmy Svantetic Komedy, chyba też coś e.s.t. Reszta była własna, nie pamiętam już dokładnie.

Tamte pierwsze utwory przetrwały próbę czasu?

Tak, część przetrwała, są na pierwszej płycie. Natomiast czy przetrwały w repertuarze koncertowym? Rzadko do nich wracamy, może do niektórych. Zdarza się, że po roku niegrania wracamy do jakiejś kompozycji, nawet sprzed paru lat. Czasem dobrze jest zrobić taki eksperyment i odświeżyć podejście do utworu, zagrać go w zupełnie inny sposób. Nie chodzi o to, żeby na siłę grać coś całkiem inaczej, ale sam upływ czasu jest czynnikiem, który sprawia...

W naturalny sposób ten utwór staje się zupełnie inny?

Tak, zaczyna to być inny utwór. Tak więc chyba dwa utwory z pierwszej płyty pojawiały się na naszych zeszłorocznych koncertach, w nowych, świeżych wersjach. To bardzo ciekawe zjawisko, po takich zmianach te utwory dużo przyjemniej nam się gra, ponieważ odzwierciedlają też nasze obecne inspiracje, czy prezentują nasz obecny kierunek rozwoju.

Wasz pierwszy album - First Thought - był bardzo dynamiczny i prezentował duże możliwości zespołu. Takie były założenia – chodziło o to, żeby pokazać co się potrafi?

Raczej nie... Zupełnie nie! Ja wtedy, i teraz tym bardziej, jestem świadoma moich umiejętności odpowiadających stażowi grania. Nagrałam tamtą płytę po dwóch i pół roku grania jazzu na fortepianie, więc jestem w pełni świadoma, że to były moje początki. Oczywiście mam sentyment do tamtej płyty i bardzo się z niej cieszę, bo była dla mnie niezwykle ważnym krokiem i dużo pięknych rzeczy się potoczyło w związku z jej wydaniem. Raczej z dużą dozą skromności i pokory podeszłam do tego przedsięwzięcia, bardzo mnie onieśmielał fakt, że mam wydać płytę. To było pokłosie konkursu Jazz Juniors 2013. Dostaliśmy po nim propozycję od Jána Sudziny, który był wtedy jurorem, aby wydać płytę w jego wytwórni Hevhetia. Szczęśliwie się złożyło, że pół roku wcześniej, na Ogólnopolskim Przeglądzie Młodych Zespołów Jazzowych i Bluesowych w Gdyni dostaliśmy nagrodę w postaci sesji nagraniowej w Radiu Gdańsk. Połączyliśmy te dwie rzeczy i dzięki temu powstała płyta.

Jednak to chyba nie był tylko zbieg okoliczności. Musieliście być na wszystko gotowi – mieć repertuar, grać na stabilnym poziomie nadającym się do nagrywania i występów przed publicznością. Nie każdy zespół, który nawet wygrywa dwa konkursy, regularnie koncertuje i wydaje płyty. Nie wspominając o własnym brzmieniu i konsekwentnym rozwoju.

Na pewno bardzo dużo ćwiczyliśmy. Mieliśmy deadline nagrania w studiu Radia Gdańsk w maju 2014 roku, starałam się jednak opóźniać wejście do studia do ostatniej chwili, ponieważ właśnie ta gotowość była wyzwaniem. Możemy sobie wciąż mówić, że nie jesteśmy gotowi, mając świadomość, że za rok będziemy grać lepiej, grać inaczej albo że może pójdziemy w zupełnie innym kierunku. Zawsze można sobie powiedzieć: „Nie jestem gotowy, zrobię to za rok”, czego konsekwencją może być „niezrobienie w ogóle”, przegapienie szansy. I nie tylko w muzyce, ale też w wielu życiowych sytuacjach. Ale gdybym nie nagrała tamtej płyty, wiele ważnych rzeczy by się nie wydarzyło, więc jestem pewna, że tak miało być, a płyta jest zapisem tamtego czasu i ówczesnych naszych muzycznych możliwości i inspiracji.

9.jpg fot. Katarzyna Stańczyk

Czy chcesz przez to powiedzieć, że ta płyta nagrana rok później byłaby zupełnie inna?

Na pewno byłaby inna. Myślę, że kiedy jest się na takim etapie, jak ja wówczas – kiedy jest się jeszcze studentką, rok czy nawet pół roku jest czasem, w którym, przy regularnym ćwiczeniu, dokonuje się bardzo duży progres. Czyli, oczywiście, miałam swoje wątpliwości, ale cieszę się, że miałam możliwość nagrania i wydania płyty. Jestem wdzięczna, że miałam taką szansę.

Słuchając tamtych nagrań, nie masz czasem wrażenia, że powinno to być zagrane inaczej, że teraz trudno ci się z tym zgodzić, że czegoś się wstydzisz?

Nie. Ja tak trochę z uśmiechem do nich podchodzę i jednocześnie z sentymentem. Mam do tego dystans, mając świadomość tego, jak teraz gramy i jak teraz piszę utwory. Ale nie, nie mam poczucia wstydu. Oczywiście mam odczucie, że tamten album jest młodzieńczy w swym wyrazie, że teraz na pewno bym zagrała ten materiał inaczej. Natomiast uważam, że tamta płyta brzmi tak, jak miała brzmieć.

Utwory z First Thought będą się jeszcze pojawiać na waszych koncertach?

W związku z tym, że na najbliższych będziemy promować drugą płytę, zagramy głównie nowe utwory.

Mówiłaś o dużych zmianach, które zachodzą, kiedy jest się w takim wieku, jak ty. Jakie były, w takim razie, te zmiany, które spowodowały powstanie tak innej płyty, jak następna - Healing?

Przede wszystkim zmieniły się moje inspiracje muzyczne, co przyczyniło się do zmiany myślenia czy podejścia do kompozycji, do grania. A po drugie – zmieniła mi się zupełnie koncepcja komponowania.

Jakie inspiracje masz na myśli?

Zafascynowało mnie brzmienie charakterystyczne dla wytwórni ECM. Zakochałam się w płycie Johna Taylora - Rosslyn i słucham jej non stop. Bardzo mnie ona wzrusza. Zachwyciłam się też płytą Craiga Taborna – Chants. Te płyty odegrały bardzo dużą rolę w powstaniu Healing. Oczywiście nie chodzi mi o to samo brzmienie...

Nie chodzi o proste naśladownictwo?

Tak. Ostatnio czytałam wypowiedź Brada Mehldaua, który opowiadał, jaka jest różnica między wpływem a inspiracją. Według niego wpływ to jest coś, co ma realnie przełożenie na brzmienie zespołu, a inspiracja jest czymś, co nas pcha w jakimś kierunku. Dlatego uważam, że płyty, które wymieniłam, były bardziej inspiracją, niż miały realny wpływ. Bardzo porusza mnie kierunek muzyczny, który reprezentują. On dotyka jakichś niezwykle emocjonalnych rzeczy u mnie, w mojej głowie. I myślę, że ich brzmienie przyczyniło się do tego, że ta płyta jest rzeczywiście o innym charakterze. Natomiast realny wpływ miał na mnie Gerald Clayton i jego trio. To zdecydowanie była prawdziwa fascynacja jego muzyką, jego kompozycjami, które rzeczywiście najpierw próbowałam naśladować. Spisywałam kompozycje i wnikliwie je studiowałam: formę, części składowe, zastosowane środki. Było z mojej strony dużo pracy u podstaw, interpretacyjnej, można powiedzieć – szkolnej. Chciałam nauczyć się od niego kompozycji. Nie wiem, czy to jest słyszalne, ale mogę śmiało powiedzieć, że Gerald Clayton i jego muzyka ma realny wpływ na kształt Healing.

Druga płyta jest refleksyjna, muzyka na niej nie pędzi tak jak na pierwszej, inaczej rozłożone są akcenty...

Trochę ryzykownie, moim zdaniem, ale rzeczywiście akcenty są nietypowo rozłożone. Inaczej niż na pierwszej, ale myślę, że są bardzo spójne.

Nie obawiałaś się reakcji publiczności? Ktoś, kto zna was tylko z pierwszej płyty lub obejrzał fragmenty waszych występów w internecie, może być zaskoczony, trafiając na koncert promujący Healing.

Powiem ci też, że jeszcze zupełnie inaczej niż w studiu brzmi ten materiał na koncertach, gdy czuję publiczność, jej energię. Myślę, że wykonania koncertowe utworów z Healing są zbliżone do energii z pierwszej płyty. Bo tak samo jak pierwsza, ta płyta też jest spójna z moją osobowością, z moim temperamentem. Absolutnie nie wyrzekam się muzyki z pierwszego albumu, natomiast rzeczywiście druga ma inny charakter, wolniejszy, pełen zamyślenia. Co wynika ze zmiany koncepcji komponowania.

Na czym polega różnica?

Kiedyś najważniejszym czynnikiem formotwórczym była dla mnie fraza albo groove, jakiś motyw rytmiczny, który studiowałam.

Napędzający wszystko?

Tak.

Obok niego był zbudowany cały utwór.

Dokładnie tak. Druga płyta zawiera wiele moich przemyśleń, które są przekazane w sposób muzyczny.

Ale zanim przejdziesz do tematyki płyty, powiedz jeszcze o tej różnicy w sposobie komponowania.

Właśnie zaczęłam o tym mówić, bo z tym związany jest wątek pozamuzyczny. Do kompozycji z drugiej płyty przyczyniły się przede wszystkim różne przemyślenia. Tak jak powiedziałam, pierwsze kompozycje powstawały na bazie konkretnych muzycznych elementów, które przychodziły mi do głowy. Natomiast z drugą płytą było zupełnie inaczej. Przychodziły mi do głowy różne myśli, doszłam do różnych wniosków, nie tylko na temat muzyki, ale na temat życia, na temat samej siebie i swojej drogi. Te myśli pchały mnie do tego, aby przelewać je w dźwięki, żeby na tej bazie, czyli na bazie emocjonalnej czy duchowej, budować kompozycje. Myślę, że dlatego druga płyta jest tak różna, ponieważ geneza tych utworów jest zupełnie inna.

Jakie konkretne twoje przemyślenia czy duchowe przeżycia spowodowały powstanie tej muzyki?

Jestem chrześcijanką, więc bardzo mocnym elementem były dla mnie moje przeżycia duchowe związane z moją religią i przemyślenia dotyczące tej filozofii. I tak, na przykład, Waiting jest oczywiście utworem o oczekiwaniu na zmiany w życiu, o oczekiwaniu w momencie, kiedy przeżywamy jakiś zastój – czy w relacji, czy w rozwoju. Oczekujemy zmiany, staramy się, ale nasze starania nie przynoszą efektów i musimy kształcić się w naszym zaufaniu, w naszej cierpliwości, ale też w wierze, że wszystko ma swój czas.

Po Oczekiwaniu następuje Słowo, czyli The Word. Miałaś też na myśli oczekiwanie na jakieś słowo, które może być olśnieniem?

Dokładnie tak, właśnie Słowo jest czymś, co może przynieść zmiany w życiu.

Również nie tylko w religijnym wymiarze, ale też w czysto egzystencjalnym?

Tak, oczywiście, to może być również słowo od drugiej osoby czy myśl, która motywuje nas do podjęcia decyzji przyczyniających się do zmian w życiu.

Utwory na tej płycie zostały właśnie tak ułożone, aby kolejny kontynuował myśl poprzedniego, czy można je też odczytywać w innym porządku?

Zdecydowanie pod kątem muzycznym są ułożone w takiej kolejności, aby odpowiadać konkretnym emocjom oraz aby tworzyć pewną narrację. Dlatego też pierwszych pięć utworów połączonych jest ze sobą interludiami. Są one rzeczywiście opowieścią o dochodzeniu do uzdrowienia – Healing - które może oznaczać po prostu właśnie ową zmianę w życiu; uzdrowienie ze złych myśli, z przestoju, z kłamstw, którymi się karmimy, z żalu i lęku; z poczucia, że nasza wartość jest tym, co osiągamy, a nie tym, kim jesteśmy. Album kończy się utworem One Step Back To Move Forward. Zależało mi, żeby skończyć właśnie tym utworem, ponieważ zawiera ważną myśl - że czasem trzeba wykonać krok wstecz, aby ruszyć naprzód. Czasem, aby dokonały się zmiany, musimy cofnąć się i wsłuchać, popatrzeć na swoją przeszłość, na swoje doświadczenia, wyciągnąć wnioski, pogodzić się z pewnymi rzeczami i dopiero wtedy ruszyć do przodu.

Jakieś konkretne wydarzenia skłoniły cię do takich właśnie refleksji, które wyraziłaś za pomocą muzyki?

Myślę, że po prostu życie i moje doświadczenia, różne przemyślenia.

Niewesołe doświadczenia?

Nie, nie powiem, że niewesołe. Normalne życiowe sprawy. Każdy z nas czeka na zmianę w życiu, każdy czasem przeżywa przestój, każdy czasem przeżywa zwątpienie, każdy się czasem boi, czasem ma nadzieję. To są utwory o takich bardzo życiowych sprawach, które nie są obce nikomu.

autor: Piotr Wickowski

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 05/2017

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO