Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Cały ten jazz! MEET: Mariusz Bogdanowicz

Obrazek tytułowy

fot. Piotr Gruchała

Mariusz Bogdanowicz jest wirtuozem kontrabasu, liderem, a także wydawcą fonograficznym, producentem oraz pedagogiem. Prowadzi audycję Jazz Dla Ludzi w RadioJAZZ.FM, a niedawno został wybrany na stanowisko prezesa Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Poza graniem we własnym zespole od ponad trzydziestu lat niezmiennie współtworzy trio, które jest filarem sekstetu Włodzimierza Nahornego. Pomimo wielkiej pasji do grania na kontrabasie również komponuje, bo – jak sam mówi – podobnie jak większość kontrabasistów tęskni za melodią. W swojej muzyce stara się unikać niepotrzebnych dźwięków. Swoją twórczością chce ofiarować słuchaczom odrobinę spokoju, którego każdy potrzebuje.

Jerzy Szczerbakow: Mówi się, że dobry basista może zrobić w zespole wiele, a wybitny jeszcze więcej. W zespole bas z jednej strony, jako instrument rytmiczny, klei sekcję rytmiczną, a z drugiej – scala harmonię, bo podpiera to, co się dzieje w jej dolnych rejestrach. Basiści potrafią zmieniać harmonię dźwiękami, które wybierają. Jak postrzegasz rolę basu w zespole?

Mariusz Bogdanowicz: Odniosę się do roli basisty jako człowieka, ponieważ uważam, że musi się on charakteryzować pewnymi ściśle określonymi cechami. Ten nisko brzmiący instrument przede wszystkim akompaniuje. Grając bas, służymy kolegom w zespole, stabilizując strukturę muzyczną. Tworzymy fundament, na którym wznosi się budynek. Dokładnie tak, jak w architekturze. Fundament musi być stabilny, żeby budynek stał pewnie. W muzyce jest podobnie. Basiści muszą być bardzo stabilni i cechować się chęcią niesienia pomocy innym. Ktoś, kto nie ma w sobie tych cech, nie może być basistą.

DSC_6778.jpg fot. Piotr Gruchała

W dzisiejszych czasach można zauważyć tendencję do grania wirtuozerskiego, popisywania się umiejętnościami. Czy nie jest to czasem antyteza dobrego grania na basie?

Zawsze fascynowało mnie brzmienie tego najpiękniejszego i najważniejszego instrumentu świata, jakim jest bas. Oczywiście jest on słyszalny w zespole, ale niestety nie w całym swoim spektrum dźwięków. Często jest tak, że instrumenty, które są wyżej, zabierają mu trochę brzmienia. Mało kto potrafi grać w kilkuosobowym zespole w ten sposób, żeby nasycenie, nie tylko brzmieniem, ale również emocjami, było czytelne i słyszalne. To dotyczy wszystkich instrumentów. Interesuje mnie takie granie w zespole, w którym nie używa się zbyt wielu dźwięków, bo sądzę, że dzisiaj wszystkiego jest za dużo. Artyści zazwyczaj reagują na otaczający ich świat i czasy, w jakich żyją. Obecnie wszystko na nas krzyczy, uważam więc, że chyba potrzeba nam trochę spokoju. Sztuka, muzyka nie jest po to, żeby się popisywać, tylko, w pewnym sensie, by jej służyć. Jeżeli artysta, muzyk grający na czymkolwiek w trakcie występu macha do publiczności, sugerując, jak świetnie gra, to wtedy kończy się sztuka. Konieczna jest koncentracja na muzyce. Jeżeli zaczniemy się zastanawiać, jak ktoś na nas patrzy i czy podoba mu się, jak akurat coś zagraliśmy, to jest koniec sztuki. Przynajmniej ja tak to rozumiem.

Podczas studiowania na Akademii Muzycznej w Katowicach zacząłeś grać z różnymi zespołami, co przełożyło się na twoją dalszą karierę.

W zespołach zacząłem grać już troszeczkę wcześniej, ale w czasie studiów miało miejsce jedno spektakularne wydarzenie. Będąc na pierwszym roku, wraz z kolegami założyliśmy zespół Heavy Metal Sextet i wystartowaliśmy w konkursie Jazz Juniors w Krakowie. Przyznam się, że pojechaliśmy na ten konkurs, bo były bardzo atrakcyjne nagrody i dosyć dużo pieniędzy do zdobycia. To był marzec 1982 roku, panowała wtedy bieda, stan wojenny i obowiązywała godzina milicyjna. W tamtych czasach muzyka rockowa święciła triumfy. Śmialiśmy się, że trzy instrumenty dęte brzmią dość mocarnie, dlatego też trochę dla żartu nazwaliśmy zespół Heavy Metal Sextet. Byłem pomysłodawcą tej nazwy. Nie mieliśmy świadomości, jak później się wszystko potoczy. Nasz skład wywołał niemałe poruszenie w akademiku wydziału jazzowego. Na konkurs do Krakowa pojechaliśmy należącą do Akademii nysą. Zdobyliśmy wszystkie nagrody, a później posypały się różne propozycje współpracy. Udało się również nagrać dwie płyty. Wtedy nasz zespół zaczął istnieć, ale przyznam się, że pierwotnie nie było takiego zamierzenia.

Prawie trzydzieści lat temu założyłeś Mariusz Bogdanowicz Quartet, z którym wydałeś pierwszą autorską płytę.

Tak, mój pierwszy album nosi tytuł Back To The Bass. Tytuł ten stanowi pewną grę słów. Odnosi się w pewien sposób do sytuacji, kiedy ludzie podczas kłótni, która trwa za długo i staje się coraz bardziej zawiła, nie wiedząc już, o co się kłócą, w języku angielskim mówią: „back to the base”, co oznacza wróćmy do początku. W tym przypadku słowo „base” może oznaczać też bazę. Bas i baza są słowami, które po angielsku brzmią identycznie, jednak różni je pisownia. Wówczas jedynie z kontekstu można wywnioskować, które słowo rozmówca ma na myśli. Tytuł mojej płyty oczywiście oznacza bas, jednak w nagraniach nawiązywałem również trochę do „początku”.

Na płycie razem ze mną zagrał Mariusz Mielczarek na saksofonie, Piotr Biskupski na perkusji oraz fenomenalny amerykański gitarzysta Brandon Furman. Brandon przez kilka lat mieszkał w Polsce. Fantastycznie się z nim grało, w lot łapał wszystkie moje pomysły, jest genialnym muzykiem. Graliśmy wspólnie na wielu koncertach, jednak później wrócił do Stanów. Zacząłem wtedy kombinować ze składem zespołu. Dołączył do nas grający na fortepianie Krzysiek Herdzin, który grał z nami przez kilka lat.

Pamiętam, jak kiedyś mieliśmy zaplanowany koncert w klubie Rura we Wrocławiu. Akurat wtedy zadzwonił do mnie Brandon, mówiąc, że jest w Polsce. Zaoferował się, że może ze mną zagrać, jeśli potrzebuję gitarzysty. Akurat pięć minut później zadzwonił do mnie Krzysiek Herdzin i zapytał czy mógłbym go zwolnić z tego koncertu, bo wynikły u niego jakieś ważne sprawy prywatne. Krzysiek jest lojalny i bardzo obowiązkowy, więc powiedział, że jeśli to problem, to oczywiście zagra na koncercie mimo wszystko. Zgodziłem się na jego nieobecność i od razu poprosiłem Brandona, żeby z nami wystąpił. Zagraliśmy ten koncert praktycznie bez próby, a graliśmy nowe utwory. Tydzień później nagraliśmy drugą płytę, Confiteor Song, na której grają oczywiście obydwaj muzycy.

DSC_6805.jpg fot. Piotr Gruchała

Trzeci autorski album zatytułowałeś Syntonia, określenie to jest terminem funkcjonującym w psychiatrii. Skąd pojawił się pomysł na taką nazwę płyty?

Syntonia jest określeniem sposobu odnoszenia się do ludzi charakteryzującego się chęcią nawiązywania bliskich kontaktów emocjonalnych. Do pewnego stopnia to jest bardzo fajne. Jednak ogromna potrzeba zaprzyjaźnienia się i bycia blisko w skrajnej postaci może być kłopotliwa i męcząca. Kiedy usłyszałem ten termin, to od razu pomyślałem o sobie. Z jednej strony trochę pasuje do mnie, a z drugiej – idealnie obrazuje muzykę. Co my, artyści, innego robimy na scenie? Chcemy ze słuchaczami nawiązać bliski kontakt emocjonalny. To oczywista sprawa. Publiczność swoim słuchaniem nas inspiruje.

Od wielu lat współtworzysz jeden z ważniejszych zespołów w polskiej muzyce jazzowej, Nahorny Trio. Pamiętasz, jak doszło do twojego spotkania z Włodzimierzem Nahornym?

To było dawno temu, ale pamiętam ten moment bardzo dobrze. W tamtym okresie bardzo dużo nagrywałem. Krótko mówiąc, byłem sidemanem. Miałem sporo propozycji koncertów. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Włodek z zaproszeniem na wspólny występ. Zagraliśmy razem jeden, drugi raz i tak się dobrze dogadywaliśmy, że gramy razem do dziś. Nagraliśmy wspólnie również kilka płyt. Skład zespołu sam się ułożył i tak już ponad trzydzieści lat. Jak na razie jesteśmy najdłużej istniejącym triem w historii polskiego jazzu.

Zespół Włodzimierza Nahornego nie ogranicza się tylko do grania w triu. Często można was posłuchać w rozszerzonym składzie?

Obecnie trio jest bazą sekstetu. W triu gramy wyłącznie kompozycje Włodka, natomiast w sekstecie – polską muzykę poważną. Skupiamy się na kompozycjach Chopina, Karłowicza, Szymanowskiego, a ostatnio także Paderewskiego. Jednak nie ograniczamy się do nich. Nagraliśmy również uroczą płytę pod tytułem Piosenki lwowskie z kompozycjami w opracowaniu Włodka. Na tym krążku można usłyszeć trochę miejskiego folkloru. Najświeższym owocem naszej współpracy w triu jest płyta z balladami. Trochę naciskałem na Włodzia, żeby nagrać taki album, i dzięki temu powstała płyta Ballad Book – Okruchy dzieciństwa. Znajdują się tam same ballady, nie ma żadnego hałasu, bo naprawdę mam już tego serdecznie dosyć. Włodek trochę się krzywił na początku, że same ballady będą nudne.

Włodzimierz Nahorny jest muzykiem freejazzowym, awangardzistą. Kojarzony jest ze słowiańską liryką. Były lata, kiedy się burzył przeciwko temu, bo wszyscy kojarzą go tylko z tym Jej portretem, a on napisał mnóstwo świetnych utworów. Ale tak się utarło i z tym jest kojarzony.

Płyta Ballad book – Okruchy Dzieciństwa, mimo tych skojarzeń na jego temat, ma wspólny mianownik z jego muzyką. Stosunkowo niedawno, bo zaledwie kilka lat temu, a po prawie trzydziestu latach wspólnej pracy, uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, żeby Włodek kiedyś grał za długo. Nigdy nie nudziłem się podczas jego solówek na koncertach. Jego muzyka charakteryzuje się genialnym panowaniem nad formą i całą konstrukcją. Nie tylko utworu lub solówki, ale wręcz całego koncertu.

Człowiek się nie nudzi, bo jego gra jest jak chodzenie po nieudeptanym śniegu. Cały czas odkrywa nowe przestrzenie, które są inspirujące i ciekawe. Wciąga publiczność w swoją opowieść z pomocą sekcji, perkusisty i basisty. Pewien recenzent i krytyk muzyczny, który również jest muzykiem, Piotr Iwicki, napisał, że Włodzimierz Nahorny jest Chopinem jazzu. Uważam to za bardzo trafne określenie. Niestety często nie doceniamy ludzi za ich życia. Mamy szczęście, że razem z nami na świecie żyje naprawdę wielki artysta. Moim zdaniem jest jednym z najważniejszych muzyków XX, a także XXI wieku. Potwierdzeniem tego jest z pewnością również ta płyta z balladami.

Co będziecie grali na koncertach? Materiał z nowej płyty czy coś jeszcze?

Na koncertach gramy tylko nową płytę. Nie gramy wtedy żadnych szybkich, dziarskich utworów i to działa świetnie. Ludzie tylko słuchają. Baliśmy się, że taki pomysł się nie sprawdzi, bo czym innym jest słuchanie płyty z balladami w domu, a tego typu występ na żywo może być trudny w odbiorze. W tej chwili mało kto słucha muzyki, celebrując ją tak jak dawniej. Kiedyś w kilkanaście osób słuchało się w kółko jednej płyty, przez całą noc popijając tanie wino. Teraz są inne czasy.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 6/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO