Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Kinga Głyk: lubię, kiedy muzyka jest czymś więcej

Obrazek tytułowy

fot. Piotr Gruchała

Ma 22 lata, trzy płyty na koncie, a czwarta ukaże się wkrótce. Naprawdę głośno zrobiło się o niej trzy lata temu, kiedy odrobinę szczęścia, które ją spotkało, umiała uchwycić i przekuć w dalszą karierę. Od tamtej pory częściej można posłuchać jej poza granicami kraju niż w Polsce. Jej trzeci album Dream zawierał w większości autorskie kompozycje. Z kolejnym, nad którym pracuje ze swoim zespołem, będzie podobnie. Kinga Głyk to zdolna basistka, której pasja i miłość do muzyki stały się sposobem na życie. Nie ogląda się za siebie, nie wybiega też daleko w przyszłość. Pracowita i świadoma siebie nieustannie rozwija się i łapie chwile, by jak najlepiej wykorzystać to, co tu i teraz.

Mery Zimny: Zrobiło się o tobie głośno na naprawdę dużą skalę, także poza środowiskiem jazzowym, po publikacji na portalu YouTube coveru Erica Claptona Tears In Heaven. Było to trzy lata temu, ale nadal media teksty na twój temat od tego zaczynają. Tymczasem zrealizowałaś już płytę z w większości autorskim materiałem. Nie męczy cię i nie denerwuje taka łatka?

Kinga Głyk: Ta cała historia z Tears In Heaven jest dosyć zabawna. Kompletnie nie spodziewałam się, że ten film może być tak popularny. Nie realizowałam go też z myślą, że jeśli nagram cover znanej piosenki, to może ktoś mnie zauważy. Wszystko wzięło się z tego, że kiedy byłam młodsza i zaczynałam grać na basie, mój nauczyciel pokazał mi opracowanie tego utworu, które strasznie mi się spodobało, ale miałam za małą dłoń, żeby je zagrać. Dopiero trzy lata temu przypomniałam sobie ten świetny aranż i zdecydowałam, że to nagram. Chciałam, aby film nakręcił mój brat, akurat nie miał czasu, ale wybłagałam, byśmy to zrobili. Potem pokazałam nagranie tacie, mówiąc, że zaniosę je jeszcze do szwagra, który profesjonalnie zajmuje się kręceniem wideo, by poprawił kolor. Tata stwierdził, że nie ma sensu, że szkoda zawracać komuś głowę, bo i tak zobaczy to tylko garstka ludzi. Ale ja się uparłam, dopracowałam wideo i następnego dnia wrzuciłam do sieci. Po około tygodniu, poprzez udostępnienia na Facebooku, liczba odsłon zaczęła iść szybko w górę, osiągając ponad 22 miliony. To była ogromna niespodzianka!

Czy mnie to denerwuje? Szczerze, nie przepadam grać tego utworu na koncertach. Oczywiście robiłam to przez długi czas, nadal mi się zdarza, ale ze względu na ludzi. Wiem, że wiele osób przychodziło mnie posłuchać właśnie dzięki temu wideo i oni często chcą usłyszeć to na żywo. Myślę, że nie mogę być zła, że się ciągle o tym wspomina, bo dzięki temu poznało mnie i moją muzykę mnóstwo osób i udało mi się dotrzeć także poza granice kraju. Oczywiście po pewnym czasie ciągłe wymienianie Tears In Heaven stało się męczące i chciałabym zamknąć ten temat, bo teraz jestem już na nowym, innym etapie. Niemniej to dzięki temu nagraniu tyle, i tak szybko, w moim życiu się wydarzyło.

Jak wyglądało to zyskiwanie popularności za granicą?

Dzięki pomocy Marka Komara udało mi się nawiązać współpracę z różnymi agencjami koncertowymi oraz zagranicznym wydawnictwem płytowym Warner Music Germany. Duża liczba odsłon coveru Tears In Heaven na pewno miała wpływ na bieg mojej muzycznej drogi.

DSC_4281.jpg fot. Piotr Gruchała

Wracając do tego, co pisze się na twój temat, często padają słowa: „najlepsza basistka młodego pokolenia”, wcześniej pisano „nadzieja gitary basowej”, „wschodząca gwiazda”, „odkrycie”. Pewnie to wszystko jest bardzo przyjemne, ale jest też druga strona – to rodzi bardzo wysokie oczekiwania, presję. Czujesz ją czy nie zastanawiasz się nad tym?

Dużo myślę nad tym, czemu jestem akurat w takim miejscu w swoim życiu i dlaczego tyle rzeczy tak szybko się wydarzyło. Rzeczywiście to, co się na mój temat mówi, wiąże się z dużą odpowiedzialnością, ja tak przynajmniej czuję. Czasami jest to trudne do udźwignięcia, jesteś świadomy tego, co wielu ludzi o tobie myśli, i chcesz temu sprostać. A w muzyce nie o to przecież chodzi, tu nie trzeba niczego udowadniać, to nie prowadzi do niczego dobrego. Trzeba po prostu ćwiczyć i pracować, co ważne, także w swojej głowie. Ponieważ wszystko wydarzyło się tak szybko, a ja mam duże ambicje, bywało ciężko – i ciągle to mierzenie się z opiniami na mój temat jest dla mnie wielkim wyzwaniem. Jestem jednak świadoma etapu, na którym się znajduję, ciągle się też uczę. Nie chodziłam nigdy do szkoły muzycznej, rozwijałam się sama w domu, chodziłam też na prywatne lekcje i starałam się nadrabiać zaległości, które czuję, że nadal mam.

Do świadomości, na jakim etapie się znajduje i co się wie, a czego jeszcze trzeba się nauczyć, dochodzi się stopniowo. Dlatego właśnie zastanawiałam się, jak radziłaś sobie na początku z tymi oczekiwaniami, czy cię za bardzo nie przytłaczały, paraliżowały.

Myślę, że kluczowe jest posiadanie kogoś, z kim szczerze i mądrze można porozmawiać. Kogoś, kto sam ma też w tej kwestii doświadczenie. Ja mam to szczęście, że taką osobą jest mój tata (Irek Głyk – przyp. red.). Zawsze z nim dużo rozmawiałam nie tylko o muzyce, także na te tematy związane z psychiką. Ludzie, którzy mają okazję wychodzić na scenę, wiedzą, jak wielkie to wyzwanie i jak wielkie towarzyszą temu emocje. Na scenie zachowujesz się i grasz całkiem inaczej niż w domu, żeby zrozumieć, jak duża jest to presja psychiczna i emocjonalna, trzeba samemu się z tym zmierzyć. Bez taty na pewno byłoby mi ciężko poradzić sobie z tym wszystkim i nie zwariować albo nie spanikować. I tu nie chodzi też o samą grę. Szybko zaczęłam występować poza granicami, co wiąże się z tym, że trzeba coś do ludzi powiedzieć w obcym języku, dodatkowo być zabawnym, robić dobre wrażenie i fajnie zagrać. To wszystko razem nie jest łatwe.

Rzeczywiście masz to szczęście, że miałaś i nadal masz zawsze u boku tatę – teraz managera, kiedyś perkusistę w twoim zespole. Niestety wielu młodych muzyków takich osób nie ma. Na kwestie psychiczne zwraca się już uwagę, ale głównie na zachodnich uczelniach. U nas ten temat powoli się pojawia, ale muzycy muszą nadal najczęściej radzić sobie sami. Mam wrażenie, że świadomość w tych sprawach też nie jest duża.

Uważam, że powinno się więcej o tym mówić. Dobrze, aby w naszym kraju bardziej zwracano uwagę na kwestie psychiczne, by głośno poruszano ten temat, bo nie każdy z młodych muzyków być może zdaje sobie sprawę, jak to jest ważne. To klucz do tego, by czerpać radość z muzyki i z grania, a nie przeżywać stres i kierować się potrzebą udowadniania innym tego, co potrafimy.

Myślę, że w twojej grze słychać tę radość i frajdę z tego, co robisz. Nie czuje się natomiast spiny w stylu „to teraz muszę pokazać jakąś super solówkę”. Długo zajęło ci dojście do takiego etapu?

Myślę, że ten proces trwa do dzisiaj. Dla mnie nadal wyjście na scenę wiąże się z dużym stresem. Jest on tym większy, że to ja jestem liderką, muszę więc poprowadzić cały koncert i muzyków. Inaczej jest, kiedy jesteś członkiem zespołu. Bycie liderką jest dla mnie dużym wyzwaniem i kosztuje mnie też sporo stresu. Kiedyś przed koncertem w Warszawie przyszedł do mnie pan Adam Makowicz i widząc, jak bardzo jestem zestresowana, powiedział: „Pamiętaj, żeby zagrać najlepiej jak potrafisz, ale nie staraj się grać lepiej niż potrafisz”. I te słowa towarzyszą mi do dzisiaj, wychodzę po to, by dać ludziom wszystko, co najlepsze. Na scenie nie udowodnisz, że umiesz grać lepiej, niż w tym momencie potrafisz. Możesz tylko wrócić do domu, ćwiczyć, rozwijać się i kolejnym razem zagrać jeszcze lepiej.

Masz tatę perkusistę, muzyka towarzyszyła ci od dziecka, naturalnie nią nasiąkałaś?

Tata miał na mnie na pewno ogromny wpływ, ale on ani mnie, ani brata, który również gra na perkusji, nigdy nie zmuszał do grania, raczej uświadamiał nas, jak trudne jest życie z muzyki. Natomiast zawsze w naszym domu była muzyka, co więcej, miała ona szczególne miejsce, szukaliśmy w niej czegoś głębszego. Dlatego też bardzo lubię wracać do starszych nagrań koncertowych, takich sprzed moich narodzin. W nich często jest niesamowita energia bijącą od grających ją ludzi. Widać i czuć, że muzyka była dla nich czymś szczególnym, czymś więcej niż tylko graniem dźwięków. Muzyka to jest język, którym posługujemy się na co dzień, technika nie jest w nim aż tak ważna, istotne są przede wszystkim emocje i to, co chcemy w ten sposób przekazać.

Kiedy zaczęłaś grać na basie? Podobno już w wieku 12 lat znalazłaś się w waszym rodzinnym zespole, domyślam się więc, że już wtedy coś umiałaś.

To jest trochę zabawne, bo zaczęłam grać chyba w wieku 11 lat, a więc już po około roku występowałam w zespole taty P.I.K. Trio. Pamiętam jedynie tyle, że nie wiedziałam do końca, co gram, bardziej wyrażałam swoje emocje. Nie miałam jeszcze wtedy żadnej muzycznej świadomości, wiedziałam, gdzie są jakie dźwięki, ale nic ponadto. Z czasem zaczęłam coraz więcej ćwiczyć, rozwijać się i robię to do dzisiaj.

Taka droga pewnie dawała więcej przyjemności niż stresu. Szkoła muzyczna w wielu uczniach zabija radość, rzadko też mówi się o tym aspekcie emocjonalnym, pracuje się przede wszystkim nad techniką.

Tak jak już powiedziałam, muzyka powinna sprawiać nam radość. Sama pracuję nad tym, by wychodząc na scenę, pamiętać, że ludzie, którzy przychodzą na koncerty, robią to z dobrej woli, są przychylnie nastawienie i chcą słuchać tego, co mam im do przekazania. Jeśli w tym, co robię, będzie radość, publiczność to odczuje, jeśli natomiast stres i skupienie na tym, by dobrze wygrać kolejne frazy, to takie wrażenie udzieli się słuchaczom. Wiadomo, że nie jestem robotem, a więc naturalną rzeczą jest, że mogą mi się zdarzyć pomyłki, tak jak każdemu innemu muzykowi.

Pewnie zastanawiałaś się nad tym, czy to, że nie masz za sobą sformalizowanej edukacji muzycznej, tylko naukę w domu, jest dobrą drogą. Nie żałujesz jej?

Nie żałuję. Generalnie ja nie lubiłam szkoły, mówię tu o tej podstawowej edukacji. Nie lubiłam tego przymusu przychodzenia, uczenia się, zdawania na oceny. Jak myślę o szkole muzycznej, przeraża mnie związany z nią stres, że trzeba dużo rzeczy pozaliczać, mieć dobre wyniki w dzienniku i tak dalej. Dlatego gdybym mogła cofnąć czas, nie poszłabym do szkoły muzycznej. Oczywiście ona ma też swoje plusy, jest sporo dobrych rzeczy, których człowiek się tam uczy, a które ja muszę nadrabiać sama, co też nie jest łatwe. Sama muszę być dla siebie nauczycielką, muszę siebie motywować do robienia rzeczy, których czasami zwyczajnie nie chce mi się robić. Samodzielna nauka jest też o tyle trudna, że trzeba wiedzieć, czego się chce.

W jaki sposób pracujesz teraz nad swoją grą, warsztatem? Nadal chodzisz na konsultacje, pobierasz lekcje?

Teraz uczę się już sama. Dużo szukam w internecie. Żyjemy w takich czasach, że można tam znaleźć dosłownie wszystko. Kiedyś chodziłam na lekcje do pana Jacka Niedzieli oraz paru innych nauczycieli którzy dużo mnie nauczyli, dali wiele materiałów, z których mogę korzystać. Mam też sporo książek. Systematycznie staram się pracować z tym wszystkim. Dużo słucham, ale przede wszystkim staram się szukać własnej drogi w muzyce.

Dużo koncertujesz w ostatnim czasie?

W listopadzie była ostatnia większa trasa koncertowa. Generalnie w lecie jest tego mniej. Zazwyczaj w trasę wyjeżdżamy zimą. Tak też prawdopodobnie będzie w tym roku, w związku z wydaniem kolejnej płyty, myślę, że będzie sporo koncertów.

Koncertujesz więcej za granicą niż w Polsce. To działanie celowe, chcesz przede wszystkim zaistnieć na międzynarodowej scenie?

Gram tam, gdzie mnie zapraszają [śmiech].

Wcześniej, kiedy zaczynałaś w zespole taty, grałaś przede wszystkim w Polsce, domyślam się, że realia tych koncertów były nieco inne.

Tak, mam za sobą całkiem długi czas grania w kraju. Wtedy wszystko musieliśmy organizować sami. Grywaliśmy w małych, zadymionych klubach w całej Polsce, czasami dla dosłownie jednego człowieka. To mnie bardzo dużo nauczyło, przede wszystkim, by nie myśleć, dla ilu osób gram, a robić to po prostu najlepiej jak potrafię. Teraz, kiedy wszystko tak bardzo się zmieniło, mając tamte doświadczenia, czuję tym większą wdzięczność. Zwłaszcza, kiedy widzę te sale pełne ludzie, którzy chcą mnie słuchać. Wcześniej wykonaliśmy sporo ciężkiej pracy, by rozwijać zespół, przeszliśmy przez to razem i nadal jesteśmy razem – tata jako manager, brat jako realizator dźwięku na moich koncertach. Tak że jeśli komuś się wydaje, że tak z dnia na dzień zrobiło się o mnie głośno, dostałam kontrakt z dużą wytwórnią etc, to nie, wcale tak nie było. Wielokrotnie siedziałam i płakałam, czując się odrzucona i niechciana, kiedy na nasze koncerty nikt nie przychodził. To takie chwile, kiedy zastanawiasz się, po co ćwiczysz, po co pracujesz, skoro i tak nikt tego nie chce. To było wtedy dla mnie trudne. I potem nagle wydarzyło się wszystko naraz. Teraz oczywiście doceniam swoje doświadczenia, jestem dojrzalsza i cieszę się z faktu grania zarówno dla pełnej sali, jak i dla kilku osób, które chcę mnie słuchać.

Jak radzisz sobie z życiem na walizkach w czasie dłuższych tras?

Można to i pokochać, i znienawidzić, dużo zależy od samopoczucia i długości trasy, czyli czasu bycia poza domem. Z drugiej strony to coś, od czego można się uzależnić. Kiedy jesteś w ruchu, cały czas coś się dzieje, a później jak masz na przykład dwa miesiące przerwy, to czujesz, że czegoś ci brakuje. Niemniej dłuższe trasy są wymagające, zwłaszcza jeśli jest na przykład dziesięć koncertów pod rząd. To zabiera mnóstwo energii, każdego dnia trzeba dać z siebie sto procent, by ludzie czuli, że jesteś dla nich i dajesz z siebie wszystko. Niemniej radość, kiedy widzisz, że cieszą się i pozytywnie odbierają to, co robisz, rekompensuje wszystko. Bardzo jestem za to wdzięczna, zwłaszcza wiedząc, że wszystko bardzo szybko może się zmienić. Taki mamy świat, bardzo dynamiczny. Mój tato powiedział ostatnio bardzo fajne zdanie: „Trzeba się cieszyć z rzeczy, które nie są jeszcze historią”. I właśnie tak staram się żyć.

Rozmawiałyśmy o grze, to teraz czas na komponowanie. Sama tworzysz swoją muzykę, ostatnią płytę wypełniły przede wszystkim twoje autorskie utwory. Jak uczyłaś się komponowania? Łatwo przychodzi ci pisanie?

Komponowanie jest ciekawym procesem. Czasami jest tak, że biorę bas, zaczynam grać i utwór jakby tworzy się sam. Cały czas pracuję nad tym, by mieć większą świadomość harmoniczną, z takiej technicznej strony. Czuję muzykę, idę za melodią, kierują się tym, co mi gra w sercu. Nierzadko dla mnie samej stworzenie nowego, fajnego utworu jest niespodzianką. Czasami potrafię całość napisać sama, czasami proszę o pomoc, zwłaszcza w zakresie harmonii. Obecnie przygotowując nowy album, mam przyjemność współpracować z Pawłem Tomaszewskim, który jest producentem tej płyty i bardzo mi pomaga.

To będzie wyłącznie twój autorski materiał czy będą jakieś wyjątki?

W większości to będą moje kompozycje, ale na płycie znajdą się też utwory innych artystów.

DSCF9963.jpg fot. Marcin Czajkowski

Z kim będziesz je nagrywać?

Wcześniej nagrywałam live, teraz więc chcę spróbować czegoś nowego. Z tego względu zapraszam różnych zagranicznych pianistów, ale nie mogę jeszcze zdradzić wszystkich nazwisk, bo rozmowy nadal trwają. Będzie na pewno Anomalie, pianista, który jest jednym z bardziej nowoczesnych muzyków. Poza tym zagra perkusista Calvin Rodgers oraz pianista Brett Williams. Jak już wspomniałam, ta płyta będzie inna niż wcześniejsze, niezmiernie się na nią cieszę.

Jak nawiązujesz współprace z muzykami z międzynarodowej sceny?

Ja się z nimi bezpośrednio nie kontaktuję, wszystko dzieje się poprzez Warnera i managerów. Niemniej wraz z tatą i bratem szukamy tych muzyków w sieci lub po prostu znamy ich z różnych nagrań czy zespołów.

Powiedz jeszcze, jak to jest być kobietą na tej zdominowanej przez mężczyzn scenie.

Nigdy na szczęście nie spotkałam się z jakimś negatywnym odbiorem czy negatywnymi reakcjami. Nawet to, że gram na basie, postrzeganym raczej jako męski instrument, nie wywoływało dziwnych reakcji, wręcz odwrotnie, faceci to doceniali, czasami nawet przychodzili przybić piątkę. Bycie liderką bywa trudne, bo nie zawsze łatwo przychodzi mi wyrażanie własnego zdania. Niemniej staram się pracować na sto procent i nigdy nie spotkałam się z tym, by ktoś mnie nie szanował tylko dlatego, że jestem kobietą.

Opowiedz zatem o swoich idolkach i idolach. Kogo cenisz, czyja albo jaka muzyka jest dla ciebie ważna?

Jest wiele artystów, którzy mnie inspirują. Jednak jeśli chodzi o płeć żeńską, ogromnym szacunkiem darzę przede wszystkim Esperanzę Spalding oraz Tal Wilkenfeld. Nie mam chyba kogoś, kogo stawiam nad wszystkimi basistami, chociaż Jaco Pastorius jest dla mnie wyjątkowym przykładem tego, że poprzez muzykę naprawdę można wiele wyrazić. On miał osobowość i potrafił opowiadać dźwiękami. Niels-Henning Ørsted Pedersen to również postać, która wywołuje we mnie niesamowite emocje. Podziwiam jego muzykalność, to, co stworzył, i wrażliwość, z jaką grał. Marcus Miller, z którym miałam przyjemność zagrać na jednej scenie, także jest jednym z moich idoli i osób, które inspirują mnie do pracy. Ciężko byłoby napisać o wszystkich ludziach, którzy są dla mnie unikatowi, lubię po prostu dobrą muzykę i emocje, jakie ze sobą niesie. Lubię, kiedy muzyka jest czymś więcej niż tylko frazami zagranymi szybciej lub wolniej.

Jak widzisz siebie w bliższej przyszłości? Zastanawiałaś się nad tym?

Nie, nie myślę nad tym. Może będę mieć męża i gromadkę dzieci, a może będę grać na basie, wszystko tak szybko się zmienia, że nie ma sensu nic zakładać. Chciałabym grać, ale jestem otwarta na wszystko i żyję tym, co mam teraz.

W swoim zdominowanym przez muzykę życiu masz czas na inne pasje i inne aktywności?

Staram się regularnie chodzić na siłownię. Sport jest moją drugą pasją. Pomaga utrzymać dobrą kondycję i dobrze się czuć po godzinach spędzonych z basem w domu czy na koncertach. To dosyć duży wysiłek. Siatkówka, squash, ping-pong... Ach, po prostu lubię sport, jest dla mnie odskocznią od tego, czym zajmuję się na co dzień.

Na zakończenie powiedz, czy masz może jakąś radę dla młodych muzyków, którzy chcieliby się znaleźć w podobnym punkcie co ty. Na co powinni zwrócić uwagę?

Najważniejsze jest bycie wytrwałym w tym, co się robi, i niepoddawanie się w chwilach zwątpienia. Ważne jest też, by robić wszystko najlepiej jak się potrafi, dbać o jak najlepszą jakość. I nie myślę tu tylko o samej muzyce. Dla przykładu media społecznościowe, w których chyba wszyscy funkcjonujemy, są niezmiernie ważne, trzeba więc dbać o to, co tam zamieszczamy. Warto dawać i prezentować ludziom jak najlepszej jakości materiały i treści. To naprawdę ma znaczenie. I nawet jeśli tego nie lubimy, albo nam się nie chce tym zajmować, to trzeba się przemóc. To wszystko, złotych środków nie ma. Grunt to się nie poddawać i działać na sto procent.

Nie każdy nadal zdaje sobie z tego sprawę, że dzisiaj bycie muzykiem to nie tylko scena czy studio nagraniowe.

Tak, trochę to smutne, ale w takich żyjemy czasach i trzeba po prostu dbać o wszelkie kanały społecznościowe, kontakty z ludźmi w sieci, zwracać uwagę na wszystkie możliwe sposoby udostępniania naszej muzyki. To ważne, by tam istnieć, nigdy nie wiesz, czy ktoś z drugiego końca świata cię nie zobaczy, i nie napisze.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 4/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO