dlugiJP 7/2021
Wywiad

Maria Mendes: Tego nie można zatrzymać

Obrazek tytułowy

fot. mat.pras.

Kiedy w 2009 roku jechałam na JazzDag w Rotterdamie (niderlandzkie targi jazzowe), w metrze podeszła do mnie drobna dziewczyna z burzą kręconych włosów na głowie, pytając, czy wiem, w którą stronę trzeba skręcić do LantarenVenster, gdzie odbywały się targi. Powędrowałyśmy więc razem, obie po raz pierwszy. Spotykałyśmy się później przy różnych okazjach, ostatnio przed koncertem naszego wspólnego ulubieńca Pata Metheny w Utrechcie. Nieustannie jej kibicowałam i razem z nią cieszyłam się z wyjątkowo obfitej dla niej w nagrody i nominacje ostatniej jesieni.

Naszą rozmowę zaczęłyśmy jeszcze w tygodniu ogłoszenia nominacji Marii Mendes do nagrody Grammy (w listopadzie 2020 roku) i informacji o przyznaniu jej Nagrody Fundacji Edisona 2020, czyli niderlandzkich Fryderyków. Od tamtej pory musiałam ustawiać się w kolejce – w związku z nagrodą zainteresowanie Marią znacznie wzrosło. Z powodu pandemii nasze kolejne spotkanie odbyło się na odległość. Po wymianie uwag na temat porcelany polskiej, niderlandzkiej oraz portugalskiej – bo Marii zaimponowała moja kolekcja Bolesławca – przeszłyśmy do sedna, czyli muzyki...


Małgorzata Smółka: Asas Fechadas (Złożone skrzydła) – utwór z twojej ostatniej płyty Close To Me – przyniósł ci najpierw nominację do Latin Grammy Awards 2020 w kategorii Najlepsza aranżacja, a następnie do Grammy 2021 w kategorii Najlepsza aranżacja instrumentalna i wokalna. To ogromny sukces. Jak właściwie do tego doszło?

Maria Mendes: Moje dwie nominacje pochodzą od różnych organizacji, mimo że funkcjonujących pod jednym parasolem – Grammy. Close To Me to album, na którym wszystkie utwory śpiewane są w języku portugalskim, poza trzema, które wykonane są scatem. To album jazzowy z bardzo silnymi inspiracjami portugalskimi, takimi jak fado. Powstała mieszanka nietypowa i do tej pory właściwie nieznana. Wiem, ponieważ naprawdę szukałam takiej mieszanki przez ostatnie dwa lata i niczego podobnego nie znalazłam. Kiedy do projektu dołączył John Beasley, poprowadziliśmy razem ten unikalny pomysł prawie aż do stratosfery! Dzięki temu album uzyskał sporo międzynarodowego zainteresowania. Bardzo pomógł w tym fakt, że moje wydawnictwo, Justin Time Records, ma swoją siedzibę w Kanadzie. W procesie nominacji biorą udział wydawnictwa z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Mogą one sugerować artystów i albumy według nich zasługujące na wyjątkową uwagę po względem jakości, unikalności, nowatorstwa. Dzięki temu środowisko ma szansę na nieustanne odnawianie takich pojęć jak klasyka, normy i jakość. W Grammy powstają nowe kategorie, ponieważ muzyka ewaluuje, rodzą się nowe gatunki – to nieustanny proces zmian. Dobrze, że zostaje to uwzględnione w różnorodności kategorii tych nagród. Znalezienie się w centrum takiej uwagi już jest osiągnięciem. Przejście przez kolejne etapy głosowania członków akademii aż do ostatniej piątki to ogromny sukces. Wszystko trwa około sześciu miesięcy.

Co dzieje się potem?

Co się dzieje, kiedy tak jak ja ma się szczęście być w takiej piątce? Wydawnictwo stara się wykorzystać ten fakt do jak najszerszej promocji albumu. To przyciąga media, muzyka dociera do miejsc, do których normalnie szanse na dotarcie byłyby małe. Najważniejszym dla mnie okazuje się być fakt, że moja praca została dostrzeżona, że muzyka, która jest dla mnie tak ważna, trafia do bardzo szerokiej publiczności. Z pełną świadomością i bez krztyny fałszywej skromności mogę powiedzieć, że wygrana jest w tym momencie ostatnią rzeczą, o której myślę. Naprawdę mi na tym nie zależy. Najważniejsze jest to, że moja muzyka zyskała publiczność; uwagę, na którą według mnie zasługuje. To uczucie jest absolutnie wyjątkowe, a satysfakcja przeogromna. Moje życiowe marzenie się urzeczywistnia: dzielę się moją największą pasją na taką skalę.

„Pasja” to dla ciebie chyba słowo kluczowe w całym procesie tworzenia?

Dla mnie cały proces zaczyna się w momencie, w którym ja sama chciałabym dowiedzieć się czegoś o sobie samej. Tworzenie muzyki ma dla mnie wartość duchową. Czasami myślę, że to pozostałości mojego treningu klasycznego, który trwał aż dziesięć lat! W muzyce klasycznej kompozytor jest absolutnym bogiem, a muzyk służy jej najlepiej, jak potrafi. Jest narzędziem. Partytura wymaga najwyższego respektu. Stąd moje przeświadczenie, że nawet jeśli tworzę muzykę, która wywodzi się z moich własnych doświadczeń, nie chodzi tutaj o mnie. Najważniejsze są emocje, które są moje, ale które zawieram w tym osobnym bycie, jakim jest utwór muzyczny, niezależnym ode mnie. Wydaje mi się, że jak długo uda mi się właśnie w ten sposób podchodzić do procesu twórczego, tak długo będę czuła wielką pokorę i szacunek. Muzyka musi wzbudzać emocje. Nawet jeśli jedną z tych emocji jest dyskomfort. Wzbudza we mnie sprzeciw traktowanie muzyki jako produktu drugoplanowego, dźwięków z windy, tła. Moją ambicją jest tworzenie muzyki, która nie pozostawia słuchacza obojętnym. Która pobudza do myślenia, działania, zastanawiania się nad sobą i światem.

Maria Mendes Fot. Evelien Gerrits Blik Foto_Easy-Resize.com.jpg

Fot. Evelien Gerrits Blik Foto

Nominacje zmieniły twoją sytuację jako muzyka?

Absolutnie nie. Nadal uczę, komponuję, śpiewam, marzę – nie tylko o muzyce – zastanawiam się, z czego zapłacić miesięczne rachunki. Zmieniło się jednak poczucie odpowiedzialności. A właściwie ciężar tej odpowiedzialności. To wynika z mojej natury. Bardzo troszczę się o swoją rodzinę, przyjaciół, a ponieważ jako muzyka obdarzono mnie takim wyróżnieniem, czuję jeszcze większą odpowiedzialność w stosunku do mojej wytwórni i współpracowników.

Typowa reakcja perfekcjonistki! Zamiast cieszyć się, być dumną jak paw i chwalić się światu z osiągnięcia, pojawia się poczucie odpowiedzialności.

Uwierz mi, że i radość, i duma były celebrowane z nawiązką! Nie chciałabym jednak, żeby Grammy przesłoniło całe moje istnienie. Te nominacje to nawet nie są moje największe wydarzenia roku 2020. Kilka tygodni temu wyszłam za mąż i to ten dzień roku 2020 był i będzie najważniejszy dla mnie już zawsze. Nie chciałabym rozmawiać teraz już tylko o Grammy i Edisonie. Kiedy wspominamy te nagrody z osobami nominowanymi już po raz kolejny, ze zwycięzcami, dla nich jest to zupełnie inne przeżycie. Dla mnie ten pierwszy raz jest ogromnie ekscytujący, ale bardzo dbam o to, aby ta ekscytacja nie zdominowała mojego życia, mojego podejścia do muzyki i tego, co robię.

Wspominałaś o tym, że masz wykształcenie klasyczne. Jak zatem trafiłaś na jazz? Nie przeszkodził on klasyce?

W Portugali mamy uniwersytety, gdzie można studiować muzykę – studia licencjackie i magisterskie. Konserwatorium to nazwa średnich szkół muzycznych, jeszcze przed uniwersytetem. Ukończenie konserwatorium nie jest obowiązkowe, jeśli chciałoby się studiować muzykę na uniwersytecie, ale zdecydowanie pomaga. Oprócz klasy fortepianu ukończyłam podstawowe studia w klasie śpiewu klasycznego. W sumie dziewięć lat szkolenia. Moja mama przy każdej okazji powtarza, że od kiedy skończyłam trzy latka, mówiłam o tym, że zostanę śpiewaczką operową. W Portugalii to była jedyna droga, aby naprawdę nauczyć się podstaw śpiewu i muzyki. W rodzinnym domu również dominowała klasyka.

Miałam to szczęście, że uczęszczałam do szkoły, kiedy uczelnie zaczęły otwierać się na inne rodzaje muzyki. Starsi koledzy byli zafascynowani jazzem i kiedy jeden z nich zapytał, czy nie chciałabym z nimi zaśpiewać My Romance – utworu, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam – zgodziłam się, mimo że o jazzie niewiele jeszcze wiedziałam. Co to było za uczucie! Wolność, której do tej pozy nie znałam. Przez długi czas wstydziłam się i bałam powiedzieć o tym moim rodzicom, mimo naprawdę dobrej relacji między nami. Oni poświęcili się tak bardzo, abym zdobyła wykształcenie śpiewaczki operowej, byłam w tym naprawdę dobra, ale nagle znikąd pojawił się jazz i nie mogłam się tej sile nie poddać. Zakończyłam edukację klasyczną, zdając końcowy egzamin – zdobyłam 19 punktów na 20 możliwych.

Moja nauczycielka śpiewu była niepocieszona. Pamiętam, że na zakończenie powiedziała coś takiego: „Dlaczego chcesz zrujnować swój talent? Masz głos na wagę złota, a jazz jest dla tych, którzy śpiewać nie potrafią”. Nie miałam jej tego za złe. Ale szkoda, że to usłyszałam.

Czyli ta nowa fascynacja jazzem musiała być naprawdę silna, skoro zdecydowałaś się pójść pod prąd, wbrew autorytetom, rodzicom.

Zdecydowanie. Takiego uczucia nie da się zignorować na dłuższą metę. Ponieważ jazz był dla mnie tak kompletnie nowym muzycznym językiem, zrobiłam sobie przerwę w studiowaniu po to, aby indywidualnie zagłębić się w jego tajniki. Przede wszystkim dużo słuchałam, uczyłam się czytać nuty, bo zapisy jazzowe są kompletnie inne od klasycznych. W całej Portugalii był tylko jeden jedyny wydział, na którym można było studiować jazz – na Uniwersytecie w Porto. W moim rodzinnym mieście.

Dostałam się! Jako jedna z dwóch osób przyjętych w roku, kiedy zdawałam na wydział jazzowy. Kiedy o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że właśnie ta determinacja, bardzo ciężka praca, poświęcenie muzyce, dążenie do perfekcji, ciekawość i gotowość do uczenia się nowego są moim sposobem na życie. To właśnie ja. Te nominacje, nagrody widzę jako ukoronowanie mojej ciężkiej pracy i pasji, z którą tę pracę zawsze wykonywałam. Oczywiście przy odrobinie szczęścia, bez którego obejść się nie można.

Maria Mendes Fot.Evelien Gerrits Blik Foto_Easy-Resize.com.jpg

Fot. Evelien Gerrits Blik Foto

Czy pomysł połączenia fado i niderlandzkiego jazzu Metropole Orkest, z którą nagrałaś tę płytę, rodził się powoli, jako naturalne odzwierciedlenie twojej drogi życiowej? Co skłoniło cię do połączenia tych, wydawałoby się niezbyt ze sobą współgrających, elementów? Taki pomysł jest niczym jeden z przepisów Yotama Ottolenghiego.

Bardzo ci dziękuję za to porównanie i za to pytanie. Tworzenie muzyki to dla mnie proces i okazja do ulepszania siebie, do rozwoju. Rozwój jest poznaniem, zgłębieniem wiedzy o czasami dwóch różnych, ekstremalnie innych składowych tego samego tematu. Ile mogę osiągnąć? Jak daleko mogę się posunąć? Zawsze miałam skłonności do dziwnych, nieoczywistych połączeń. Bo kiedy otworzysz się na nowe, nieznane, dziwne, możesz znaleźć piękno, które inaczej nigdy by do ciebie nie dotarło. A często znaleźć można coś bardzo nieoczekiwanego. Coś, czego się nie szukało, bo nie można szukać czegoś, o czym nie wiemy, że istnieje. Jeśli chodzi o Metropole Orkest, to zupełnie szczerze: muzyka, którą skomponowałam, którą miałam w głowie, po prostu sama się o to prosiła. I dla mnie, i dla Johna Beasley’a było to tak naturalne, że nie wymagało jakiegoś głębszego zastanawiania się. Fado natomiast nie jest moim ulubionym stylem. Mieszkanie poza Portugalią skłoniło mnie do tego, aby lepiej zrozumieć, co w tej muzyce jest takiego, że jest ona integralną i ważną częścią bycia Portugalczykiem. Do spojrzenia na ważną część własnej kultury – z boku, obiektywnie.

W ramach przygotowań przez prawie dwa lata intensywnie słuchałam setek płyt z muzyką fado. I doszłam do wniosku, że większość tych sławnych hitów fado, interpretowanych przez dziesiątki wielkich artystów znanych na całym świecie, w mojej percepcji jest po prostu złą muzyką. W mojej bardzo subiektywnej ocenie. Uderzyło mnie również to, że fado to bardzo ciemna muzyka. Trochę jak blues, gdzie za pomocą dźwięków wypłakuje się swoje żale i troski. Tylko że blues jednocześnie potrafi być figlarny, zalotny, a przede wszystkim bardzo otwarty na improwizacje. Pomyślałam wtedy: Czy nie dałoby się podejść w ten sam sposób do fado – jako do bazy pod improwizację jazzową?

Bardzo świadomie wybrałam te utwory, które miały w sobie choćby namiastkę pozytywnego myślenia, takiego przesłania. Na przykład Asas Fechadas ma w sobie bardzo ciekawe, filozoficzne podejście do straty, nawet bardzo bolesnej, jako nieodzownej części życia. To przesłanie akceptacji złego i dobrego. Ja widzę to jako pozytywną część tego gatunku. Barco Negro (Czarna łódź) to z kolei naprawdę tragiczna historia, w której kobieta żegna ukochanego, wiedząc, że on zginie, że już nigdy do niej nie wróci. Ale dzieli ten ból z całą grupą kobiet, które przeżywają dokładnie to samo. W całej tej tragicznej sytuacji można jednak znaleźć promyk nadziei. Utwór kończy się przesłaniem, że mimo rozstania ukochany zawsze będzie w jej pamięci, w sercu i patrząc na spadające krople deszczu, będzie mogła znaleźć część duszy ukochanego. Kiedy ogień nabiera intensywności, kobieta czuje, że jej ukochany jest blisko. Inny utwór na tej płycie to moja kompozycja Fado da Invejosa (Piosenka o zazdrości). Opowiada zabawną historię młodej dziewczyny, która w czasie spaceru ze swoją matką wylicza jej kolejne wady wszystkich przechodniów, ujawniając przy tym, jak chorobliwie zazdrości innym. Zabawne fado jest jednak możliwe, a przynajmniej bardzo się starałam, mimo filozoficznego przesłania, zawrzeć tutaj trochę lekkości i humoru.

Kiedy grałam pierwsze koncerty z tym materiałem, sprawdzałam je w samym sercu cyklonu, czyli w Portugalii. Zaskoczyłam publiczność swoją interpretacją znanych tam utworów. To było ryzyko, bo te utwory są jak hymny narodowe, prawie święte. Zaskoczyłam na pewno. Czy wszystkim się podobało? Tego nie wiem. Ale tak naprawdę to nie jest dla mnie najważniejsze. Sztuka powinna być kreowana nie po to, żeby się przypodobać. Sztuka to przekraczanie granic, poszukiwanie nowego przez artystę. To proces, którego nie można zatrzymać, dopasować do oczekiwań. Na odbiór publiczności nie ma się już w pewnym momencie dużego wpływu. Jeśli zostanie ona ze znakiem zapytania – to dobrze. Bo albo odpowiedź będzie: „Tak, lubię to”, albo: „Nie, zupełnie mi to nie odpowiada”. Ale pobudzi do myślenia, do innego spojrzenia na rzeczy wydawałoby się oczywiste, ustalone, nietykalne. Klasykę. Wykorzystanie fado, muzyki ludowej mojego kraju, do przekazu jazowego jest moim sposobem połączenia tego, skąd pochodzę, z tym, dokąd zmierzam.

Ja nic z tekstów, które śpiewasz, nie rozumiem, ale jak w przypadku większości płyt, są utwory, które w jakiś sposób bardziej niż inne rezonują swoją energią. Verdes Anos to jeden z nich. Bardzo zachwycił mnie też utwór Tempo Emotivo, w którym gra znany mi od dawna i jeden z moich ulubionych wibrafonistów – Vincent Houdijk. Zapytałam go więc o współpracę z tobą. Oto co odpowiedział: „Intensywnie pracowaliśmy nad tym, jak najpiękniej połączyć wokal i wibrafon. I po prostu kliknęło. Chyba dzięki naszej otwartości i dzieleniu się pozamuzycznymi pasjami. Oboje jesteśmy bardzo zdeterminowani, zdyscyplinowani w dążeniu do uzyskania ostatecznego efektu. Stąd chyba powstała z tego przyjaźń i nawet ostatecznie stworzyliśmy duet. Każdy koncert to było święto, ale i każda próba to bardzo stymulujące doświadczenie”.

Jakie to miłe! Kompozycja Tempo Emotivo powstała z myślą o wibrafonie. Jako artystka staram się czasami wyjść poza swoją strefę komfortu. Albert Einstein powiedział kiedyś, że ciekawość doprowadzi nas do przekraczania własnych możliwości. Mój pierwszy album Along The Road powstał przy akompaniamencie harmonijki ustnej, drugi – Innocentia – klarnetu. Takie połączenia nie pojawiają się zbyt często w jazzie. Pracując nad moim ostatnim albumem, potrzebowałam chwili wytchnienia „poza orkiestrą”. I właśnie utwór z wibrafonem jest takim momentem na tej płycie. Jest w tym instrumencie coś tak duchowego, wprawiającego słuchacza w pewien wyjątkowy stan, że musiałam to poznać, spróbować okiełznać.

Maria, kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, nasza rozmowa zupełnie naturalnie szybko zeszła na naszego guru, czyli Pata Metheny’ego...

To nie guru, to bóg!

Muszę się z tobą zgodzić i w tej kwestii. Ostatnio widziałyśmy się tuż przed jego koncertem w Utrechcie i rozumiem, że na kolejnym, planowanym na maj 2021 roku, spotkamy się ponownie?

Wiesz, zaraz po nominacji dotarło do mnie, że jestem nominowana w tej samej kategorii co on (nominowano Alana Broadbenta i Pata Metheny’ego za aranżację From This Place – przyp. MS)! A tak na marginesie, moją największą frustrację w tej sytuacji powoduje fakt, że uroczystość tych Grammy będzie najprawdopodobniej inna i przede wszystkim odbędzie się na odległość. A mogłaby być wspaniałą okazją do spotkań. Chociażby Quincy’ego Jonesa, którego spotkałam na swojej drodze ponad dziesięć lat temu i z którym tak bardzo chciałabym jeszcze chociaż raz porozmawiać. Ale przede wszystkim w końcu poznać Pata, siedząc w tym samym rzędzie, czekając na wyniki. Co tam statuetka. To dopiero byłaby nagroda! Zupełnie szczerze, bardzo bym chciała, żeby to właśnie on wygrał.

No tak, bo przecież nie chciałabyś, kiedy w końcu się z nim spotkasz, powiedzieć: „Hej, to ja, która sprzątnęłam ci sprzed nosa Grammy 2021”.

[Śmiech] Dokładnie! Tym bardziej, że na mojej liście rzeczy, które trzeba zrobić przed śmiercią, jednym z najważniejszych punktów jest zagranie z nim koncertu. Choćby w garażu, w kuchni. Zaśpiewać z Patem to jedno z największych moich życiowych marzeń.

Bardzo ci tego życzę. I mimo wszystko trzymam kciuki z statuetkę Grammy 2021.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO