Papierowy JazzPRESS
Felieton Słowo

Jeden do Jednego

Obrazek tytułowy

Russ Freeman & Shelly Manne One On One

Contemporary, 2001 (Atlas, 1982)

Jeżeli się powie „japońskie płyty”, to wszyscy wiedzą, o co chodzi, bo Japończycy specjalizują się w znakomitych edycjach klasycznych krążków jazzowych. Ale potomkowie samurajów nie ograniczają się bynajmniej tylko do tej aktywności, bowiem sami produkują sesje nagraniowe realizowane przez wybitnych muzyków amerykańskich, i to na miejscu, czyli w USA. Mam w kolekcji kilka takich tytułów i muszę przyznać, że są one zawsze niebanalne. Bo Japończycy naprawdę wiedzą, co jest dobre w jazzie, i nigdy nie idą na łatwiznę. Dobrym tego przykładem jest płyta One On One, którą firmuje niezwykły duet Russ Freeman i Shelly Manne. Czyli pianista i perkusista. Doprawdy rzadki to zestaw. Ale jaki smakowity!

Oryginalną płytę, która ukazała się w Japonii w 1982 roku nakładem wytwórni Atlas, wyprodukowało trzech panów (jako „executive”, „director” i „assistant”) o nazwiskach, które chętnie przytoczę: Yoshida, Ishihara i Hashimoto. Nagrań dokonano w Hollywood pod nadzorem dwóch inżynierów japońskich, których nazwiska pominę. Dopiero w 2001 roku materiał ten trafił na rynek amerykański i europejski w postaci CD, firmowanego przez wytwórnię Contemporary, która zmieniła także oryginalną okładkę. Tak się złożyło, że perkusista Shelly Manne zmarł niedługo po nagraniu płyty (w 1984 roku), a z kolei Russ Freeman, który napisał obszerny tekst zamieszczony w książeczce towarzyszącej kompaktowi, odszedł niecały rok po wznowieniu albumu (w 2002 roku).

Została jednak wyborna muzyka. Jeśli może w ogóle istnieć coś takiego jak „jazz dla koneserów”, to jest nim właśnie One On One. Nazwiska obu artystów mówią same za siebie, aczkolwiek są spoza tak zwanego „świecznika”. Niemniej Freeman i Manne to prawdziwe legendy związane ze środowiskiem muzycznym Zachodniego Wybrzeża. Kojarzy się ich zazwyczaj ze stylem cool lat pięćdziesiątych, ale nie do końca jest to słuszne. Owszem, nagrywali ze wszystkimi największymi gwiazdami pokroju Cheta Bakera i Arta Peppera, ale obaj pochodzili ze Wschodniego Wybrzeża (Freeman z Chicago, Manne z Nowego Jorku) i tkwili od początku mocno w bebopie.

Japończycy dobrze wiedzieli, co robią, zestawiając ich razem bez udziału kontrabasu. Doświadczeni muzycy, wyjęci z „naturalnego” środowiska typowej sekcji rytmicznej, inaczej słyszą siebie i swojego partnera. Nie mogą polegać wyłącznie na rutynie i „wozić się” na rytmie, który podkłada zwykle bas. Muszą ustawiać wszystkie klocki od nowa. Ale wyraźnie słychać, że obaj panowie dobrze się przy tym bawią. Bo najważniejsza jest radość muzykowania i swing.

Pianista miał tutaj dużo łatwiej, bo fortepian z natury jest instrumentem stworzonym do występów solowych. Freeman posiadał dodatkowo solidne wykształcenie klasyczne i był muzykiem o dużej rozpiętości stylistycznej. Manne miał z pozoru gorzej. Jednak zestroił się z pianistą idealnie. Czasami używa się takiego sformułowania jak „gadające bębny”. Otóż to! Słuchając tego, jak Shelly Manne gra, naprawdę gra, a nie łomocze – nie mam wątpliwości, że był jednym z najlepszych perkusistów w historii jazzu.

Repertuar stanowią standardy przeplatane autorskimi kompozycjami Freemana. Przynajmniej dwie z nich są zjawiskowe: Loose As A Goose i tytułowa One On One. Obok starych i pięknych piosenek w rodzaju I’m Old Fashioned czy Lullaby Of The Leaves mamy tutaj także ciekawe interpretacje Take The „A” Train Strayhorna i Blue Monk Monka. Nic dodać, nic ująć. Ta płyta to perełka!

Autor: Jarosław Czaja

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO