Długo się zastanawiałam, co napisać na temat Coltrane'a. W rubryce Roots & Fruits (w której prawie zawsze nacisk kładę na to pierwsze) wypadałoby napisać coś o początkach kariery artysty, jego dzieciństwie, młodości, pierwszych krokach na scenie. Doszłam jednak do wniosku, że nie był to szczególnie emocjonujący rozdział życia artysty, przynajmniej z punktu widzenia fanów. Mimo współpracy z wielkimi artystami, takimi jak chociażby Monk, Dizzy czy Miles, na tym etapie nie słychać jeszcze geniuszu i tego unikatowego, charakterystycznego stylu Coltrane'a. Brałam pod uwagę też temat duchowości i wpływu filozofii Wschodu, z którą to zapoznała artystę jego druga żona Alice. Niestety ten awangardowy, matematyczny mistycyzm też do mnie nie przemawia. Pomysł napisania czegoś oryginalnego spalił na panewce, kiedy zdecydowałam się na coś, co wywołuje u mnie najwięcej emocji, czyli o A Love Supreme – jednym z moich ulubionych albumów, nie tylko Coltrane’a, ale w ogóle. Uwielbiam ten album nie tylko ze względu na Coltrane'a, ale też artystów, których sobie dobrał, bo tak się składa, że Elvin Jones jest moim ulubionym perkusistą, a McCoy Tyner moim najukochańszym pianistą.
Tyner i Coltrane spotkali się po raz pierwszy w 1955 roku, gdy ten pierwszy miał zaledwie 17 lat. Trane traktował McCoya jak młodszego brata. Grając w zespole Milesa Davisa, często zwierzał się Tynerowi ze swoich planów założenia własnego zespołu. Tyner ostatecznie dołączył do zespołu Coltrane’a i wziął udział w nagraniu albumu My Favorite Things, stając się kluczowym członkiem jednego z najważniejszych zespołów w historii jazzu – Kwartetu Johna Coltrane’a. Formacja ta, w której skład wchodzili również perkusista Elvin Jones i basista Jimmy Garrison, odznaczała się niezwykłą chemią, wynikającą po części z niemal rodzinnej więzi łączącej Tynera z Coltranem.
Pierwsze akordy McCoya w otwierającym album A Love Supreme utworze Acknowledgement brzmią dla mnie jak wschód słońca; tak jakby zaczynał się nowy, lepszy dzień. W kolejnych – Resolution i Pursuance solówki McCoya są tak wspaniałe, że kiedy mam ochotę posłuchać Tynera, włączam sobie… Trane’a, czyli A Love Supreme. Saksofonista, w swoim uduchowionym graniu, odleciałby z ziemskiej orbity bez majestatycznych, ciężkich akordów Tynera. Nie wyobrażam sobie innego pianisty na tym albumie.
Tak samo jak Tyner wywarł ogromny wpływ na A Love Supreme, Coltrane wpłynął na autorski album McCoya The Real McCoy, który ukazał się w 1967 roku. Coltrane był nauczycielem McCoya i ten wpływ było słychać na The Real McCoy. Utwory Search for Peace, Passion Dance czy Blues on the Corner brzmią bardzo coltrane’owsko i chociaż Joe Henderson jest na tym albumie znakomity, zawsze się zastanawiam, jakby tu zabrzmiał Coltrane.
Innym muzykiem, w którym Coltrane dostrzegał wielki potencjał, był Elvin Jones. Nie był on szczególnie popularnym czy lubianym perkusistą ze względu na swój styl grania. Jego niekonwencjonalne podejście budziło kontrowersje – Miles Davis miał stwierdzić, że Jones „gra za dużo”, ale John Coltrane dostrzegał w nim muzyka posługującego się tym samym artystycznym językiem. To właśnie wzajemne zrozumienie uczyniło ich współpracę jedną z najważniejszych i najbardziej wpływowych w historii współczesnego jazzu. Na A Love Supreme Elvin Jones nie odpowiadał wyłącznie za puls, ale też za niezwykłą energię oraz duchowy wymiar, wykraczając daleko poza tradycyjnie pojmowaną rolę perkusisty jako osoby wyłącznie utrzymującej tempo. Wykorzystując stosunkowo prosty zestaw perkusyjny, wzbogacony jedynie o gong i kotły, Jones wydobywał niezwykle szeroką paletę barw brzmieniowych, traktując instrument niczym malarz traktuje paletę kolorów.
Elvin otwiera Acknowledgement pojedynczym uderzeniem gongu, które symbolicznie zapowiada muzyczną i duchową podróż odmienną od wszystkiego, co Coltrane nagrał wcześniej czy miał nagrać później. Zamiast wyraźnie wyznaczać puls, Jones buduje atmosferę przypominającą szum fal lub odgłos padającego deszczu. Rozmawiając z basem Jimmy’ego Garrisona, tworzy płynny, nieustannie poruszający się krajobraz rytmiczny. Widoczne są również wpływy rytmów afro-kubańskich i latynoskich. Elvin je lubił, bo jak twierdził, dawały mu swobodę, dzięki której muzyka sprawia wrażenie bycia w ciągłym ruchu. W Resolution Jones powraca do bardziej rozpoznawalnego pulsu swingowego. Szczyt perkusyjnej ekspresji stanowi natomiast Pursuance, zawierające jeden z najbardziej spektakularnych solowych popisów w całej karierze Jonesa. Solo to odzwierciedla jego wieloletnią fascynację afrykańskimi tradycjami rytmicznymi.
Elvin wielokrotnie w wywiadach przytaczał historię, która ukształtowała jego styl. Kiedy podczas pobytu w Belgii usłyszał haitańskiego perkusjonistę, miał wrażenie, że słyszy pięciu muzyków, a nie jednego. Pod wpływem tego wydarzenia Jones rozpoczął intensywne studia nad rytmiką różnych kultur Afryki, między innymi Pigmejów, Dogonów oraz mieszkańców dawnego Konga Belgijskiego. Efektem tych poszukiwań było wypracowanie wielowarstwowego, polirytmicznego sposobu gry. Zamykający album Psalm całkowicie odchodzi od konwencjonalnego myślenia o rytmie. Nie występuje tu ani wyraźny puls, ani regularna forma. Coltrane „czyta” swój poemat za pomocą saksofonu, a Jones nie tyle mu akompaniuje, ile oddycha razem z nim.
Często niedocenianym elementem kwartetu pozostaje Jimmy Garrison. Zapewniał on solidną podstawę dla pełnych swobody i rozmachu partii Coltrane’a oraz Tynera, a nawet trzymał w ryzach Jonesa. Garrison miał tendencję do grania nieco przed pulsem, podczas gdy Jones często pozostawał odrobinę za nim. To napięcie między „pchaniem” a „powstrzymywaniem” rytmu tworzy niezwykłe połączenie. Nie było to zjawisko wyjątkowe, właściwe wyłącznie kwartetowi Coltrane’a, ale w jego wykonaniach sprawiało, że muzyka wydawała się żywa, jakby w każdej chwili mogła wymknąć się spod kontroli. Momentem, który na zawsze zapisał Garrisona w historii muzyki, jest oczywiście prosty, lecz niezwykle potężny motyw otwierający A Love Supreme. Współcześni basiści często wykonują ten temat przez cały utwór, jednak w oryginalnym nagraniu Garrison powtarza go tylko kilka razy, a następnie rozwija własną partię.
Czy wolałbym na albumie usłyszeć na przykład Chambersa, którego bardzo lubię? Niekoniecznie. Z jakichś powodów Coltrane zdecydował się wybrać Garrisona i ten wybór się sprawdził. Jimmy z nikim nie czuje się tak dobrze jak z Johnem. Największą swobodę osiąga właśnie wtedy, gdy gra Coltrane, bo podczas solówek Tynera częściej pozostaje tylko (?) w roli stabilnego fundamentu rytmicznego. Jimmy Garrison pozostał u boku Coltrane’a aż do końca jego życia. Nie obawiał się kierunku, w którym podążał Trane. Był jednym z muzyków, którzy potrafili nie tylko zaakceptować artystyczne, kontrowersyjne poszukiwania Coltrane’a, ale również aktywnie je współtworzyć.
Klasyczny kwartet Johna Coltrane’a istniał zaledwie przez cztery lata – od listopada 1961 roku, kiedy do zespołu dołączył Jimmy Garrison, do listopada 1965 roku, gdy grupę opuścił McCoy Tyner. W tak krótkim czasie muzycy stworzyli wyjątkową, niemal niepowtarzalną jedność artystyczną, a jej ukoronowaniem jest album A Love Supreme.
Linda Jakubowska