For tune - Maseli
News

Premiera płyty Ptaszyn Wróblewski Sextet „Moi pierwsi mistrzowie – Komeda / Trzaskowiski / Kurylewicz”

Obrazek tytułowy

12 grudnia w premierę najnowszej płyty Ptaszyn Wróblewski Sextet „Moi pierwsi mistrzowie – Komeda / Trzaskowiski / Kurylewicz” będzie miał miejsce koncert w szczecińskim centrum kultury TRAFOSTACJA SZTUKI z materiałem z tej płyty.

Jan Ptaszyn Wróblewski przygotowywał materiał blisko 10 lat. Pod koniec zeszłego roku zaprezentował go na dwóch festiwalach: Hanza Jazz w Koszalinie i Pianistów Jazzowych w Kaliszu. Oba koncerty zapisano i ukażą się one na płycie CD oraz winylowej. Na płycie znalazly się kompozycje trzech genialnych kompozytorów: Krzysztofa Komedy, Andrzeja Kurylewicza i Andrzeja Trzaskowskiego.

Co o swojej nowej płycie mówi sam Mistrz Ptaszyn:

(...) Tym programem chciałem podziękować trzem wspaniałym kolegom, a zarazem mistrzom, którzy pojawili się w moim życiorysie zaraz na początku. Z każdym z nich miałem szczęście współpracować w przeciągu pierwszych trzech lat mojego próbowania grania jazzu i była to wspaniała równowaga, ponieważ każdy z nich miał do jazzu zupełnie inne podejście. Każdy miał odrębną specyfikę a wszyscy dopełniali się wspaniale, tworząc konsensus, o jakim trudno dziś marzyć.

Komeda był muzykiem działającym niezwykle impulsywnie. Dla niego kluczem były instynkt i wyobraźnia. Tym się kierował bez zaglądania w jakiekolwiek reguły, ale to wszystko powstawało pod ogromną kontrolą jego muzycznej wrażliwości. Kiedyś Krzysio przykazał mi na wieki: jeśli zabierasz się do jakiegoś tematu to nie powtarzaj go tak jak to było na płycie, tylko staraj się zainterpretować melodię po swojemu, a najlepiej znajdź jakiś kluczyk, który zmieni jej charakter na twój własny. Mam, więc nadzieję, że wybaczy mi to, co zrobiłem tu z jego „Szarą Kolędą”.

Trzaskowski to przeciwny biegun – znakomity teoretyk o ogromnej muzycznej wiedzy, który wszystko musiał sprawdzić od początku do końca z matematyczną dokładnością, czy na pewno się zgadza, czy każda kolejna sekwencja ma jakiekolwiek uzasadnienie. Pisanie zajmowało mu ogromnie dużo czasu, ale skończone dzieło nie wymagało korekt, zawsze było perfekcyjne. Adam Sławiński powiedział kiedyś, że każda jego kompozycja to rozprawa o współczesnych technikach kompozytorskich – nic dodać, nic ująć, Oczywiście te dziełka nie miały by takiej wartości gdyby Trzaskowski nie dysponował również wrażliwością i fantazją prawdziwego jazzmana.

Obaj, i Komeda i Trzaskowski, lubili operować skomplikowanymi formami. Kiedy dzisiaj się na to popatrzy – o dziwo, te komedowskie formy dają się przestawiać i układać jak klocki Lego, można nawet do nich dopisać coś własnego (co zresztą uczyniłem w „Astigmatic”), natomiast Trzaskowski jest nie do ruszenia. Trzeba raczej zachować tę formę, jaką on sobie swego czasu stworzył, inaczej naruszy się wyważoną konstrukcję, a przy okazji sam się pozbawisz najbardziej przyjemnych zaskoczeń.

Natomiast Kurylewicz to niezapomniany Wujko, którego teoria bardzo mi wówczas odpowiadała. Wujko uważał: najpierw nauczmy się grać bluesy i stardardy tak jak to robią amerykanie, a potem przyjdzie czas na kombinowanie. W owych czasach cały europejski jazz był cofnięty w stosunku do amerykanów, więc próbowano lansować teorię, że skoro nie potrafimy zagrać tak ekspresyjnie i przekonująco jak czarni amerykanie, powinniśmy to nadrabiać naszym intelektem i wiekowymi tradycjami kultury muzycznej. Kuryl uważał odwrotnie: nauczmy się grać jazz tak jak gra się jazz w USA, pewnie im nie dorównamy, ale przynajmniej spróbujmy. Jego dziełka z owego czasu były proste i lapidarne, ale tak chwytliwe i jazzowe w treści, że od razu chciało się je grać. A kiedy przyszedł czas Wujko też zaczął po swojemu fantazjować i kombinować. To już z tego okresu pochodzi umieszczone tu „Ten plus eight”, bombowy zawinięty temat, który tym razem starałem się raczej uprościć niż skomplikować.

Dla mnie to wszystko było wspaniałą szkołą, bo po pierwsze: miałem idealną lekcję grania jazzu tak jak chciał Kuryl; po drugie – lekcję fantazji, jaką od początku roztaczał Komeda, wreszcie od Trzaskowskiego nabrałem poszanowania dla wiedzy i nieraz później teoretyzowanie ułatwiało mi życie.

Tak, więc moi pierwsi mistrzowie, ogromnie wiele mam wam do zawdzięczenia, nie mówiąc już o frajdzie wspólnego koncertowania i choćby tym skromnym programem chciałem wam za to podziękować (...)

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO