fot. Michał Łepecki
Zespół JuMa już w tytule swojej pierwszej studyjnej płyty (następczyni cyfrowej koncertówki Live In Oliva) mocno podkreśla swoją trójmiejską tożsamość. W Trójmieście bowiem doszło do tytułowych, przełomowych fuzji – zarówno personalnych, jak i stylistycznych – w wyniku których w jedną formację połączyli się perkusista Michał Korsak, pianista Dawid Kamiński, basista Jan Mieleszko-Myszka i saksofonista Maksymilian Wilk. Grają łagodne free z powiewem skandynawskiej melancholii, eksperymentując z różnymi koncepcjami przestrzeni i otwartymi strukturami partytur graficznych. Jak to wszystko wygląda w praktyce, opowiada lider zespołu.

JuMa – Fuzje Trójmiasta
Mateusz Sroczyński: Trójmiejska scena od zawsze miała renomę najbardziej progresywnej w kraju, bo najnowsze światowe prądy docierały tam najwcześniej, mieszając się w nowych dźwiękowych konfiguracjach. Czyżby o tym był tytuł Fuzje Trójmiasta?
Maksymilian Wilk: Fuzje Trójmiasta to przede wszystkim połączenie naszych doświadczeń i dróg, które w pewnym momencie splotły się w tym środowisku. Każdy z nas wchodził w muzykę z innej strony – Michał Korsak zaczynał od skrzypiec, później zainteresował się perkusją, kompozycją i aranżacją. Dawid Kamiński w szkole średniej był świetnie zapowiadającym się saksofonistą, a jednocześnie grał na organach podczas mszy – dziś jest rozpoznawalnym pianistą jazzowym. Jan Mieleszko-Myszka to gitarzysta klasyczny, który studiował gitarę basową, a w naszym zespole sięgnął po kontrabas. Ja natomiast przez długi czas z instrumentem nie miałem wiele wspólnego – dopiero w wieku czternastu lat, grając w Chojnickim Big Bandzie, odkryłem saksofon i energię wspólnego grania, która do dziś mnie napędza. Tak więc ten album jest fuzją naszych charakterów, doświadczeń i wrażliwości, a Trójmiasto stanowi dla nas rodzaj planszy, na której ta gra się toczy. To miejsce otwarte, inspirujące, wciąż chłonące nowe idee – i chyba właśnie dlatego tak dobrze oddaje ducha naszego projektu.
Twoim zdaniem Trójmiasto wciąż przoduje w przepływie nowej muzyki?
Osobiście jestem bardzo sceptycznie nastawiony do określenia „nowa muzyka”. Uważam, że w czasie rzeczywistym nie możemy obiektywnie stwierdzić, czy dana muzyka jest faktycznie „nowa” lub „przełomowa”, ponieważ nie znamy kontekstu przyszłości. Ponadto przez stulecia historii muzyki powstało jej tak wiele, że znalezienie dzieła, które byłoby rażąco podobne do wybranego „nowego” utworu jest tylko kwestią czasu. Natomiast z perspektywy lat możemy już wyraźnie nakreślić rolę muzyki w danym okresie historycznym. Trójmiasto z pewnością daje bardzo dużą przestrzeń do eksperymentów oraz zachęca nas do szukania własnego głosu w muzyce. Nie znam na mapie Polski miejsca, gdzie byłaby tak duża różnorodność i tak wielu muzyków z „różnych światów”, którzy są otwarci na najbardziej szalone muzyczne eksperymenty.
Mocno przywiązujecie się do tej trójmiejskiej tożsamości? Co ona dla was oznacza?
Dla nas Trójmiasto jest synonimem otwartości – i traktujemy to bardzo poważnie. To przestrzeń, w której różne światy i wrażliwości mogą się spotykać bez uprzedzeń. Staramy się, by ta idea przenikała też naszą muzykę – żeby nie zaglądała zbyt często w konwencjonalne zakamarki, tylko pozostawała żywa, ciekawa i wolna. Trójmiasto nas inspiruje, napędza, czasem wręcz popycha do dalszych poszukiwań. Kiedy gramy na festiwalach w innych częściach kraju, zawsze z dumą mówimy o naszych korzeniach, bo ta tożsamość to coś więcej niż geografia – to sposób myślenia, w którym otwartość staje się formą ekspresji.
Jeden z utworów zatytułowaliście Mariacka Street – zgaduję, że chodzi o słynną ulicę Mariacką w Gdańsku, która uchodzi za najbardziej malowniczą w Polsce. To symboliczny hołd czy Mariacka ma jednak jakieś szczególne miejsce w historii zespołu?
Ulica Mariacka od pierwszego spojrzenia wywarła na mnie ogromne wrażenie. Drewniane gabloty z biżuterią i pamiątkami zdobią ulicę Mariacką do pory wieczornej. W ciągu dnia można poczuć się tam niczym bohater Sklepów cynamonowych Brunona Schulza, meandrując pośród wyjątkowych przedmiotów, które wyglądają, jakby pochodziły z innego świata. Spoglądając w górę, zapominamy, że jesteśmy już w XXI wieku. Architektura budynków przenosi nas o całe wieki wstecz.
Moją ulubioną porą w tym magicznym miejscu jest moment zachodu słońca. Kiedy wszyscy handlarze skończyli już swój dzień, a barmani jeszcze go nie rozpoczęli. Wówczas ulica na krótki moment niemal zupełnie pustoszeje. Średniowieczne mury rozpoczynają dialog z promieniami gwiazdy chylącej się ku zachodowi. Przez chwilę Mariacka przenosi się w czasie o setki lat i w niemal żadnym elemencie nie zdradza współczesności.
Zaskoczyło mnie, że numery na płycie są opracowane metodą partytur graficznych, których interpretacje trudno przecież powtórzyć. A jednak płyta brzmi jak skomponowana wedle tradycyjnych, notacyjnych zapisów. Jak udało się zespołowi osiągnąć ten efekt?
W twoim pytaniu zawarty jest chyba największy komplement, jaki może usłyszeć muzyk – bardzo nam miło, że dostrzegłeś to zgranie. Materiał, który słychać na płycie, dojrzewał przez wiele miesięcy wspólnej pracy, prób i rozmów. To efekt autentycznego twórczego fermentu, w którym stopniowo wykształcał się nasz wspólny język artystyczny. Choć punktem wyjścia były partytury graficzne – otwarte i niejednoznaczne – z czasem zaczęły one żyć własnym życiem, nabierając kształtu poprzez nasze interakcje i wzajemne zaufanie. Z tych spotkań, emocji i improwizacji wypłynął – niczym gęsta magma – materiał na płytę Fuzje Trójmiasta.
Jak wygląda twoja praca nad takimi partyturami?
Zazwyczaj zaczynam od notatnika, w którym zapisuję różne pomysły – czasem to melodia, czasem progresja akordów, innym razem jakieś zjawisko przyrodnicze albo ślad emocji z konkretnego momentu. To takie moje archiwum intuicji, do którego co jakiś czas wracam. Później staram się te pomysły umieścić w czasie i przestrzeni, nadać im kierunek, zobaczyć, jak mogą funkcjonować w szerszym kontekście. Kolejnym etapem jest spotkanie z zespołem – konfrontacja mojej wizji z ich wrażliwością. Czasami dany pomysł musi jeszcze dojrzeć, poczekać na właściwy moment. Ale gdy czujemy, że coś zaczyna rezonować między nami, wtedy zaczyna się prawdziwa praca – wspólne szukanie brzmienia, energii i sensu, w którym każdy z nas odnajduje swój głos.
W materiałach towarzyszących Fuzjom Trójmiasta wspominasz, że tworzycie materiał również za pomocą innych metod konceptualnych. Jakich?
Moim punktem wyjścia jest przestrzeń – zarówno w sensie muzycznym, jak i symbolicznym. Interesuje mnie to, co dzieje się między dźwiękami, między ludźmi, między momentami ciszy. W Fuzjach Trójmiasta traktuję kompozycje jako otwarte struktury, które żyją dopiero wtedy, gdy spotykamy się i zaczynamy grać. Każdy z nas wnosi coś swojego – energię, emocje, sposób reagowania – dlatego muzyka nigdy nie jest taka sama dwa razy. Właśnie w tej wymianie i nieprzewidywalności widzę największą wartość projektu. To coś więcej niż współgranie – to tworzenie synergii, która łączy nasze indywidualne światy w jedną wspólną przestrzeń.
Premiera Fuzji Trójmiasta odbędzie się pod koniec października w ramach trójmiejskiego festiwalu Jazz Jantar, ale chyba nie poprzestaniecie na tym jednym koncercie?
Nasze plany koncertowe sięgają już daleko w przyszłość. Tuż po premierze zagramy w Dworku Sierakowskich w Sopocie w cyklu Dobry Wieczór Piano, a wiosną ruszamy w trasę po południu Europy, której punktem kulminacyjnym będzie Jazz Factory Festival w Macedonii. Latem odwiedzimy Budapest Music Center na Węgrzech, a w październiku zagramy na Belgrad Jazz Festival w Serbii. Planujemy też pojedyncze koncerty w całym kraju, o których będziemy informować na bieżąco w naszych mediach społecznościowych.