! Wywiad

Kajetan Galas Organ Spot: Równowaga

Obrazek tytułowy

fot. Michalina Odrobińska

Kajetan Galas – organista, pianista, oficjalny artysta firmy Hammond Polska. Po 12 latach od premiery powrócił ze swoim zespołem Organ Spot albumem Oitago. Krążek zawiera sześć autorskich kompozycji –skomponowanych przez lidera igitarzystę w jego zespole Szymona Mikę – oraz dwa standardy jazzowe. Jest to pierwsza płyta zespołu z perkusistą Grzegorzem Masłowskim oraz saksofonistą Marcinem Kaletką. „Oitago to zdecydowanie radosny album… Nie zależało mi na rewolucji ani przewrotności…” – mówi Kajetan Galas.

Okładka Oitago (1).png

Kajetan Galas Organ Spot ‒ Oitago


Damian Stępień: Oitago, za tym tajemniczym tytułem płyty kryje się legenda o młodym muzyku Dżet-Sanie…

Kajetan Galas: Słowo „Oitago” ma dwa wytłumaczenia. Jednym z nich jest historia Dżet-Sana i magicznej rzeki Oitago. Według legendy, kiedyś żył młody muzyk o imieniu Dżet-San, którego serce było przepełnione smutkiem. Pewnej przełomowej nocy, gdy siedział nad brzegami Oitago, usłyszał melodię tkającą się z samej esencji duszy rzeki. Zaintrygowany Dżet-San podążył za nią w głąb serca lasu, aż dotarł do ukrytej polany. Tam odkrył mędrca siedzącego obok rzeki, który palcami tańczył po strunach lutni zrobionej z promieni księżyca. Mędrzec ujawnił się jako stróż Oitago i opowiedział mu o filozofii narodzonej z głębin rzeki – filozofii, która obejmowała zarówno światło, jak i ciemność, radość i smutek. Zainspirowany słowami mędrca Dżet-San wyruszył w podróż odkrywania samego siebie, prowadzony mądrością Oitago. Przez próby i trudności, przez burze i spokój nauczył się przyjmować przypływy i odpływy życia i znalazł pociechę w pieśni rzeki. I gdy wyszedł z cieni rozpaczy, Dżet-San stał się znakiem nadziei dla wszystkich, którzy zgubili drogę. Dzielił się naukami Oitago z całym światem, rozsiewając przesłanie o wytrwałości i odnowie daleko i szeroko. I choć wieki minęły od tego czasu, legenda o Oitago trwa, niesiona przez szepty wiatrów i łagodny szmer pieśni rzeki…

Drugim wytłumaczeniem jest to, że „o-i-tak-o” nagraliśmy muzykę, którą kochamy. Czy jedna z tych dwóch wersji jest prawdziwa i szczera, a druga z nich jest jedynie wytworem AI, zrobionym na przekór? Prztyczkiem w nos, celowo stworzonym na podstawie promptów luźno opowiadających o moim powrocie do roli lidera, mającym wzbudzić zainteresowanie odbiorcy, dziennikarza czy organizatora koncertu lub festiwalu? Być może. Odnoszę wrażenie, że dziś, aby zainteresować kogokolwiek, muzyka musi mieć przypisaną wielką narrację, jakąś sztucznie doszytą historię. Marzy mi się, żeby wystarczyło to, że po prostu spotkałem się z wieloletnimi przyjaciółmi i stworzyliśmy fajny album.

To się panu udało. Mnie historia Dżet-Sana zaciekawiła. Dostrzegłem nawet podobieństwo do Siddharthy Hermanna Hessego. Dziwiłem się tylko dlaczego nie mogę nic więcej znaleźć na ten temat.

Po czasie też zauważyłem tę analogię do Hessego, ale nie było to w żaden sposób zamierzone i nie stąd była inspiracja. Cieszę się jednak, że tak pozytywnie zareagował pan na tę historię. Mam nadzieję, że będzie to przyczynek do dyskusji,także w szerszym kontekście. Zarówno o AI, która wchodzi ostro do świata muzycznego, jak i o naszym światku jazzowym. Jeszcze do niedawna byłem przekonany, że liczy się tylko muzyka, „samo gęste, sedno i kontent”, ale przyszły takie czasy, że najważniejsze zdaje się to, by być aktywnym w social mediach. Jeżeli nie opakujemy naszej muzyki w fajne, cukierkowe, kolorowe opakowanie lub nie dopiszemy jakiejś dziwnej historii, to może być trudnodotrzeć z naszą twórczością do odbiorcy. Jednocześnie zastanawiam się cały czas, czy walka z tym ma w ogóle jakiś sens.

W wywiadzie z 2021 roku powiedział pan, że wyzwaniem jest dla pana, żeby nowa płyta była nowocześniejsza od pierwszej. Czy to postanowienie w panu pozostało?

Tak, zależało mi na tym, aby nowa płyta brzmiała nieco nowocześniej, lecz z zachowaniem pewnej stylistyki. Jednocześnie, patrząc z perspektywy lat, wciąż jestem bardzo zadowolony z debiutanckiego albumu. Gdybym jednak miał spojrzeć na nią z perspektywy 2025 roku, powiedziałbym, że była dość… akademicka? Opiera się głównie na standardach jazzowych i nie zawiera zbyt wielu rewolucyjnych rozwiązań.

Rewolucja nie była również celem przy tworzeniu nowego albumu. Tym razem skierowaliśmy się w inne rejony stylistyczne, nieco oddalając się od idiomu „Great American Songbook” i klasycznego amerykańskiego mainstreamu jazzowego.Mam wrażenie, że w przypadku zespołu takiego jak nasz – czyli tria/kwartetu organowego – czas płynie zupełnie inaczej. Peter Bernstein, z którym miałem okazję zagrać kilka koncertów, zwrócił mi uwagę na ciekawą rzecz. Od początku lat 90. współtworzy trio organowe z Larrym Goldingsem i Billem Stewartem, a mimo że przez te dekady konwencja i brzmienie pozostały spójne, ich muzyka wciąż brzmi świeżo i aktualnie. Dziś mamy rok 2025 – od ich debiutu minęło ponad 30 lat. Spójrzmy na to inaczej: wyobraźmy sobie różnicę trzydziestu lat z perspektywy 1986 roku. Miles Davis wydawał Tutu, a jeśli cofniemy się o trzy dekady do początku lat 50., zobaczymy ogromny stylistyczny przeskok, nie tylko w twórczości Milesa, ale w całym jazzie. Tymczasem mam głębokie przekonanie, że pewne podgatunki, jak właśnie jazz organowy z Hammondem i gitarą, starzeją się znacznie wolniej. Ich korzenie sięgają Jimmy'ego Smitha i połowy lat 50., a w latach 2000. w niemal niezmienionej formie grali to choćby Larry Goldings czy Joey De Francesco.

Wracając do naszej płyty – Oitago nie przynosi rewolucyjne zmiany, raczej ewolucyjne. Wierzę, że są wystarczające, by album wyraźnie różnił się od debiutu, przypomniał o nas dawnym fanom i przyciągnął nowych słuchaczy. Nie wywróciliśmy całej konwencji do góry nogami – bo w moim odczuciu nie ma takiej potrzeby.

Na albumie znalazły się dwa standardy jazzowe Alone Together Artura Schwartza i Spring Can Really Hang You Up the Most Tommy’ego Wolfa. Skąd taki wybór?

Ballada Spring Can Really Hang You Up the Most to jeden z moich ulubionych standardów wszech czasów. Nie wyobrażałem sobie, żeby mogło go zabraknąć na tej płycie. Nagraliśmy go „po staremu” – to zdecydowanie najbardziej klasyczna interpretacja na całym albumie. Natomiast Alone Together od zawsze kojarzy mi się z Krakowem i już na zawsze tak pozostanie. Janusz Muniak rozpoczynał nim każdy występ w swoim klubie przy ul. Floriańskiej, dlatego wybór tego utworu to mój mały ukłon w Jego stronę i w stronę Krakowa. W naszej wersji ten utwór został jednak lekko wywrócony do góry nogami. Marcin Kaletka napisał świetny aranż w nieparzystym metrum, który całkowicie zmienił charakter utworu. Z powojennego „szmoncesa” stał się nowoczesną kompozycją z ciekawą harmonią, choć wierzę, że nadal słychać w nim ten „muniakowy” i „krakowski” pierwiastek.

Słuchając Oitago, szukałem jednego słowa określającego, co przynosi mi ta muzyka. I doszedłem do wniosku, że jest to „radość”.

Zgadzam się – Oitago to zdecydowanie radosny album. Mam jednak nadzieję, że udało się uniknąć pułapki „happy jazziku”. W dzisiejszych czasach (a może nie tylko w dzisiejszych...) często pokutuje przekonanie, że jeśli coś nie jest przełomowe i na siłę nowatorskie, to automatycznie traci na wartości. Nie taki był cel tej płyty.

Nie zależało mi na rewolucji ani przewrotności – chciałem stworzyć album, który w tych pełnych niepokoju czasach przyniesie słuchaczom uśmiech i pozwoli na chwilę relaksu przy muzyce na wysokim poziomie. Dzisiaj to właśnie skrajne i silne emocje najlepiej się sprzedają i „klikają”, podczas gdy prosta radość i umiarkowanie rzadko są w cenie. Tymczasem ja postawiłem na to, co w obecnych realiach wydaje się najbardziej kontrowersyjne – równowagę między tradycją a progresją.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO