Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Justin Kauflin: istotą muzyki jest dzielenie się swoim życiem

Obrazek tytułowy

fot. Gustavo Morita

Justin Kauflin to jeden z najciekawszych amerykańskich pianistów młodego pokolenia. W wieku 11 lat, w wyniku choroby, stracił wzrok. Podczas studiów poznał Clarka Terry’ego, z którym połączyła go więź artystyczna, ale i osobista. Obecnie kontynuuje karierę pod okiem Quincy’ego Jonesa. Na początku roku gościł ze swoim triem na koncercie w gdańskim klubie Żak.

Krzysztof Komorek: Twoje zainteresowanie muzyką zaczęło się już w dzieciństwie. Ile miałeś wtedy lat? Jak wspominasz swoje pierwsze doświadczenia muzyczne? Ile miałeś wtedy lat?

Justin Kauflin: To się zaczęło, kiedy miałem mniej więcej dwa lata. Bardzo fascynowały mnie dźwięki, jakie mogłem wydobyć z pianina stojącego w salonie. Sięgałem do klawiatury i próbowałem zagrać Mary Had A Little Lamb czy chociażby pieśni, jakie usłyszałem w kościele. Odkąd pamiętam bardzo interesowało mnie właśnie pianino.

Zaczynałeś od muzyki klasycznej, jednak potem przeniosłeś swoje zainteresowania na jazz. Co było przyczyną tej zmiany?

Kiedy rozpocząłem naukę w liceum, uczestniczyłem w zaawansowanym programie muzycznym. Właśnie tam poznałem jazz. Od razu zafascynowała mnie unikalna natura jazzu. Także możliwość komunikacji i interakcji z innymi muzykami, jaką daje jazz, była czymś niezwykle wciągającym.

Czy nadal masz jakiś kontakt z muzyką klasyczną?

Muzyka klasyczna zawsze była i jest ważną częścią mojego życia. Często gram ją podczas ćwiczeń, cieszę się nią, chociaż tylko poza występami. Zresztą muzyka klasyczna ma tak wiele do zaoferowania ze swojej bogatej historii, zwłaszcza dla pianisty.

Na uniwersytecie poznałeś Clarka Terry’ego, który stał się twoim mentorem. Spotkałeś tam także Mulgrewa Millera. Jak myślisz, dlaczego odegrali tak ważną rolę w twoim życiu?

Miałem ogromne szczęście spotykając w swoim życiu tak niezwykłe i wspaniałe osoby. Spotkanie Clarka Terry’ego i Mulgrewa Millera na Uniwersytecie Williama Patersona to naprawdę coś wielkiego. Nie tylko dlatego, że obaj są mistrzami w tym, co robią, ale także ponieważ są przy tym wszystkim, przy ich pozycji, niezwykle skromni i bezinteresowni. Zawsze gotowi do dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniem, dodający otuchy.

Ronnie Scott's - Justin Kauflin Trio 12- _ Rory Anderson.JPG fot. Rory Anderson

Clarkowi Terry’emu przedstawił cię kolega z uczelni, który grał u niego w zespole na perkusji?

Tak. To był Alan Hicks.

Alan Hicks, który wpadł wtedy na pomysł realizacji filmu dokumentalny Keep on Keepin' On, poświęconego Clarkowi Terry’emu.

Alan zaprowadził mnie do domu Clarka i przedstawił. Rzeczywiście wtedy narodziła się idea tego filmu. Alan jest świetnym przyjacielem. To znakomity muzyk (Alan Hicks, jako perkusista, również grał w zespołach Clarka Terry’ego – przyp. red.) i znakomity artysta, który ma zawsze wiele do zaoferowania w każdym aspekcie sztuki, którym się zajmuje. Alan zawsze pomagał mi spojrzeć na różne kwestie z szerszej perspektywy, stawiać sobie kolejne wyzwania.

Clark Terry zaczynał wtedy mieć problem ze wzrokiem, z powodu cukrzycy. Rozmawiałeś z nim o tym, jak to jest stracić wzrok (Justin Kauflin stracił wzrok w wyniku choroby w wieku 11 lat – przyp. red.)? W pewnym sensie pomagałeś mu odnaleźć się w tej trudnej dla niego sytuacji?

Rzeczywiście, kiedy poznałem Clarka Terry’ego , zaczynał tracić wzrok. To powodowało u niego ogromny stres i przysparzało mu zmartwień. Ponieważ z własnego doświadczenia wiedziałem, jak może się czuć w takiej sytuacji, starałem się dodać mu otuchy, powiedzieć mu, jak może sobie radzić z tym problemem. Dzieląc się z nim tym, co przeszedłem mogłem pomóc mu przyjąć lepszą postawę wobec takiego problemu. Z kolei on wiele mnie nauczył w życiowych sprawach.

Podczas realizacji filmu Keep On Keepin’ On poznałeś Quincy’ego Jonesa. Jak doszło do tego spotkania?

Spotkałem Quincy’ego w domu CT (Clarka Terry’ego – przyp. red.) . To była dość nieoczekiwana wizyta. Byłem niesamowicie spięty, będąc tuż obok tak legendarnej postaci. Quincy jednak starał się zachowywać tak, abym mógł czuć się swobodnie. Potem zagrałem tam dla niego. To było ciekawe doświadczenie: grać dla Quincy’ego Jonesa w salonie domu Clarka Terry’ego!

Teraz pracujesz z Quincym Jonesem na stałe (Justin Kauflin jest pod opieką managementu Quincy’ego Jonesa, a sam Jones produkował jego ostatnią płytę – przyp. red.). Co, poza oczywistymi korzyściami, daje ci taka współpraca?

U Quincy’ego Jonesa znalazłem to samo, co wcześniej w przypadku Clarka Terry’ego i Mulgrewa Millera: skromność, bezinteresowność i chęć pomocy. Zawsze czułem poparcie ze strony Quincy’ego, ciepłą zachętę kontynuowania tego, co robię. To ogromnie mi pomaga i ma niezmiernie duże znaczenie.

Jak wygląda współpraca z kimś takim jak Quincy Jones w studiu, podczas nagrywania płyty?

Można się poczuć trochę surrealistycznie nagrywając płytę z Quincym w roli producenta, kiedy się pamięta o wszystkich jego dokonaniach. On wnosi cały bagaż swoich doświadczeń, kompetencji, biegłość w tym, czym się zajmuje. To wielki zaszczyt pracować z nim, jako producentem, tak chociażby, jak przy mojej ostatniej płycie.

Słyszałem, że od Clarka Terry’ego otrzymałeś specjalny podarunek. Drobiazg „na szczęście”. Mógłbyś nam coś o tym opowiedzieć?

Kiedy przygotowywałem się do dość ważnego występu konkursowego, Clark podarował mi parę „szczęśliwych” skarpetek. Taki drobiazg, który jednak miał i ma dla mnie ogromne znaczenie.

MJF2015 - Justin Kauflin Trio 144 - _ Marc Ducrest.jpg fot. Marc Ducrest

Siedem utworów z twojej ostatniej płyty dedykowanych jest kilku ważnym postaciom z twojego życia: rodzinie, przyjaciołom i nauczycielom. Stąd też tytuł całego albumu: Dedication. Dlaczego akurat taki pomysł na tematykę albumu?

Płyta Dedication dała mi możliwość podziękowania najważniejszym osobom w moim życiu. Na płycie są tylko moje kompozycje i część z nich poświęciłem konkretnym osobom. Napisałem utwór dla mojej mamy – Mom’s Song. Kiedy dorastałem grałem przed snem muzykę medytacyjną. Mamie bardzo podobały się te mini-sesje. Przypomniało mi się to przy pracy nad płyta i w studiu próbowałem uchwycić ten nastrój i stworzyć taki właśnie utwór, jako podziękowanie dla niej. Napisałem także utwór dla Clarka, ale nie chciałem czegoś podobnego do tego, co on sam mógłby skomponować. Pragnąłem raczej stworzyć nagranie „od siebie” wyrażające moją wdzięczność i odzwierciedlające moje odczucia po tym, jak go zabrakło. Ta kompozycja nabiera nowego życia, za każdym razem, gdy ją gram.

Jakie były i jakie są twoje muzyczne inspiracje, kim są twoi muzyczni bohaterowie – muzycy i ich nagrania, które miały wpływ na ciebie, jako osobę i jako pianistę?

Kiedy odkryłem jazz poruszałem się w kręgu wielkich nazwisk pianistyki jazzowej: Billa Evansa, Arta Tatuma, Keitha Jarretta, Chicka Corei, Wyntona Kelly’ego, Oscara Petersona, Herbiego Hancocka i Brada Mehldaua. Oczywiście na przestrzeni lat odkrywałem i byłem zafascynowany wieloma innymi, kolejnymi pianistami i muzykami. Zresztą nie tylko jazzowymi. Cały czas zdumiewa mnie, jak wiele wspaniałej muzyki jest wokół nas. Cały czas znaleźć można coś nowego, co da ci unikalne wrażenia i doświadczenia. Oczywiście Clark wywarł ogromny wpływ na wszystko co robiłem. No i Mulgrew (Miller). Mulgrew był właściwie moim ulubionym pianistą w czasach, kiedy uczęszczałem do szkoły średniej. Dlatego tak wyjątkową sprawą było spotkanie się z nim i praca z nim na Uniwersytecie.

Nie kryjesz się z tym, że wiara odgrywa dużą role w twoim życiu (na zdjęciach Justin Kauflin często ma wyraźnie wyeksponowany łańcuszek z krzyżykiem - przyp. red.) Wspominam o tym, ponieważ wiara jest także ważnym elementem życia dla wielu osób w naszym kraju...

Staram się zawsze wyrażać poprzez muzykę, wszystko to, co jest dla mnie istotne. To jest istota muzyki. Dzielenie się z innymi swoim życiem, wartościami i całym sobą. Wiara jest dla mnie bardzo ważna i jest w centrum wszystkiego, co w życiu robię. Tak więc zawsze szukam możliwości i sposobów, aby przełożyć wiarę na swoje działania, zawrzeć ją w kompozycjach, włączyć w występy.

Podczas ostatniego europejskiego tournee grałeś z triem. Jednak na swojej ostatniej płycie w kilku utworach pojawia się także gitara, powiększając zespół do kwartetu. Jaki jest twój ulubiony skład zespołu, z jakim grasz i dla jakiego komponujesz?

Lubię różnorodność składów. Każdy zespół to inny kierunek, jakim się podąża i inne możliwości, jakie się przed tobą otwierają. Lubię na przykład grać koncerty solowe, ponieważ dają mi możliwość szybkiej reakcji, zarówno na moje własne odczucia jak i na sygnały, które wyczuwam ze strony publiczności. Trio czy kwartet to przede wszystkim ekscytująca możliwość współpracy. Możliwość usłyszenia czegoś ze strony kolegi-muzyka i zareagowania na to, budowania konstrukcji utworu w oparciu o ten impuls. Granie w zespole może być niezwykle inspirujące. Zwłaszcza, kiedy na scenie masz obok siebie naprawdę niezłych muzyków. Tak jak ja mam.

autor: Krzysztof Komorek

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 05/2017

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO