JP długi
Felieton Słowo

Adwokat rzekomego Diabła. Monolog Obrony

Obrazek tytułowy

Felieton: Spod pióra dźwiękografa
Marta Ignatowicz-Sołtys

Wysoki Sąd – czytelnicy JazzPRESSu
Oskarżony – Fotograf Muzyczny
Adwokat – Fotografia Muzyczna
Prokurator/Oskarżyciel Publiczny – Służba Festiwalowa, Goście Koncertowi
Pokrzywdzony – Muzyk
Świadkowie w postępowaniu – inne Fotografie Muzyczne

Oskarżony jest pozwany o zbyt intymne i nachalne stosunki z Muzykiem. Prokurator zarzuca Pozwanemu zaburzenie rzetelnego odbioru pracy Muzyka na scenie. Oskarżyciel domaga się od Wysokiego Sądu trwałego ograniczenia wolności Oskarżonego przez zakaz zbliżania się do Pokrzywdzonego na bliżej niż dwa metry, dopuszczając taki dystans jedynie przez pierwsze pięć minut trwania koncertu.

Wysoki Sądzie!

Wyrok zaproponowany przez stronę pozywającą nie dość, że jest zbyt surowy ze względu na intymną więź Oskarżonego z Pokrzywdzonym, to jeszcze skutecznie uniemożliwia pracę i rozwój ich obu.

Mój klient jest nieustannie oskarżany, pomawiany i oceniany. Wszelkie jego zachowania nie tylko dowodzą niewinności, ale sugerują wyraźnie, iż Oskarżony jest jednocześnie pokrzywdzonym w sprawie – i tego chcę dowieść.

Prokurator zebrał materiał dowodowy podobno mający na celu obalić całą pracę Obrony. Jedyne, za co mój klient może i bardzo pragnie przeprosić Wysoki Sąd oraz wszelkich pozywających, to nuda w kadrach. Oskarżony wie, że tłumaczy się winny. Winy też nieco sobie przypisuje, gdyż ceniąc wielce przestrzeń między każdym muzykiem a słuchaczem nie ma odwagi, by brudzić ją ordynarnym i bluźnierczym zwalnianiem spustu migawki przy dobrym ujęciu, które występuje w każdym piano i pianissimo, również w czasie ograniczenia wolności, jaką na mojego klienta chce narzucić Oskarżyciel Publiczny. Poza tym, Oskarżony cierpi na ostre i przewlekłe posłuszeństwo, a co za nim idzie, respektuje od dawna sądowy zakaz zbliżania się na bliżej niż dwa metry do muzyka fotografowanego na scenie. Może i wszystkim biegłym w sprawie to wystarczy, ale mój klient to nie są „wszyscy”. Choroba nasila się w szczególności podczas akredytowanych festiwali, gdzie wyżej wspomniany zmuszony jest na natrętne towarzystwo Tele Obiektywu. Ten serwuje ujęcia ładne i czyste, czyli nudne, o co mój klient nieustannie sam się obwinia. Pokrzywdzony pewnie i pozwoliliby jej na bliższe relacje, Oskarżyciel Publiczny jednak skutecznie oddala wniosek. Owszem, bywa, że cudowne uzdrowienie następuje za sprawą podziemnych przestrzeni klubowych, gdzie mój klient, klucząc między pulpitami, otworzy szeroko Oko ze zdziwienia i ugasi pragnienie w lokalnej perspektywie gry świateł. Ale nie o nich dziś mowa.

Fotograf Muzyczny nie zamierza nikogo oskarżać o taki stan rzeczy, nie domaga się też zwrotu kosztów rozprawy. Świadomy praw i konsekwencji przysługującym mu z racji szeroko pojętych uprawnień prosi jedynie o możliwość wyrażania Ecce homo, tak ten człowiek wygląda wyrażony przeze mnie – a zatem swobodnego kontaktu z Pokrzywdzonym.

Mój klient jest głęboko przekonany o słuszności własnego postępowania. Wynika to nie z braku pokory, jak uważa Oskarżyciel, ale z umiejętności stanięcia przed sobą w prawdzie. Fotograf Muzyczny uczestniczy w spotkaniach, których nie sposób wyrazić słowem, dzięki czemu bywa częstokroć jedynym świadkiem wydarzeń. Powołując na dowód w sprawie bliską i intymną zażyłość z Hermanem Leonardem, Frankiem Wolffem, Dennisem Stockiem, Lee Tannerem, Chuckiem Stewartem i wieloma innymi, Oskarżony podkreśla jedynie wyjątkowość swoich zażyłości i ich wpływ na jego dalszą pracę. Trudno myśleć tokiem rozumowania mojego klienta, gdy wszędzie panuje konsumpcjonizm i każdy czeka na gotowy, ładnie zapakowany produkt, a ten najlepiej, żeby powstawał krótko, był tani i efektowny. Praca Fotografa Muzycznego nie polega na strzeleniu ujęcia – ale wchodzeniu w relację, która musi trwać dłużej, niż wspomniane pięć minut, by narodzić mógł się owoc namiętności między Pokrzywdzoną a Muzykiem.

Świadek w sprawie, Irving Penn, powiedział: “We don’t call them shoots here... We don’t shoot people. It’s really a love affair”. Proszę wpisać to zeznanie do protokołu, może bowiem oczyścić moją klientkę ze wszelkich zarzutów. Tym samym wnioskuję o nieporównywanie Fotografa Muzycznego z każdym innym fotografem, który znajduje się w omawianej przez nas przestrzeni. Bowiem nie każdy znajdujący się pod sceną fotograf jest Fotografem Muzycznym. Mierzenie mojego klienta miarą wszystkich innych fotografów jest dla niego krzywdzące.

Mój klient pragnie dodać, że w swoim postępowaniu nie kieruje się egoizmem, bowiem nie wykonuje swojej pracy dla zysku. Co za tym idzie, na stałe nie jest posiadaczem żadnych dóbr. Jako kolekcjoner chwilowych napięć i kochanek Światła oraz Czasu, poświęca swoje życie oswajaniu z Pokrzywdzonym. Hojnie marnotrawi klatki i nie żałuje tego zbytku w uchwyceniu chwil ulotnych.

Pozwoli Wysoki Sąd, że przytoczę przykład z innej sprawy. Towar, jaki oferują podobni mojemu klientowi pozwani, chce się sprzedawać jak margarynę w reklamie telewizyjnej – wygładzoną, w nasyconych kolorach, po retuszach. Wszystko po to, by miało się wrażenie, że jest się w chacie górskiej i je się produkt prosto od krowy – chociaż w pudełku jest tylko stężały, pełen konserwantów olej.

Mój klient cierpi. Oskarżony wie, że przedmiotowe traktowanie jego Muz wynika z oczekiwania, by wszystkie wyglądały jak margaryna na półce w hipermarkecie, wśród innych takich samych margaryn.

Fotograf Muzyczny chce wydobywać ze środka. Indywidualizować cechy Pokrzywdzonego w sprawie. Chce unaoczniać. Bruzdy i pęknięcia, które są prawdziwe – dlatego zwracają uwagę. Pragnie ujmować prawdę, w rezultacie której Jonkisz jest piękny, a Botti brzydki. Szerokim łukiem omija widoczne na zewnątrz manekiny, docierając do głowy fotografowanego, by wydobyć na światło nie-dzienne jego muzyczne wnętrze. Tak poznaje, zapala się i spala Fotograf Muzyczny, co skutkuje niejednokrotnie w zagubieniu czasowym oraz wychodzeniu dużo dalej poza oczekiwania odbiorcy. A na to zawsze potrzebuje czasu. Potrzebuje czas tracić, a nie go liczyć. Wysoki Sądzie, pięć minut dla mojego klienta to nie jest czas na wykonanie pracy. Pięć minut to dla Fotografa Muzycznego jest czas na stres, na chaos fotografów pod sceną, pięć minut to niezdolność do swobodnego wykonania zlecenia pod presją uciekającego czasu. Taki czas znacząco wpływa nie tylko na ograniczenie, ale także na obniżenie jakości pracy Fotografa Muzycznego, spowodowanego brakiem komfortu w pracy.

Niech dowodem w sprawie będą prace nie tylko Oskarżonego, ale także tych, którzy niesłusznie posądzani dziś o agresję wobec Pokrzywdzonego, muszą radzić sobie ze zniesławieniem w zaciszu swoich domów. Wysoki Sądzie, wnoszę o umorzenie postępowania. A jeśli dla spokoju Prokuratora postępowanie ma dalej się toczyć i zakończyć prawomoc- nym wyrokiem, wnoszę, by mój klient został nazwany nie Oskarżonym, a Pokrzywdzonym w sprawie.

Marta Ignatowicz-Sołtys

Felieton pochodzi z JazzPRESS - marzec 2015

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO