new 04-2021
Felieton Słowo

My Favorite Things (or quite the opposite…): Osiecka i (o)polski dżez

Obrazek tytułowy

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Krzysztof Komeda z wykształcenia był lekarzem laryngologiem. Nie praktykował jednak w zawodzie. Wybrał zdecydowanie bardziej rozrywkowe zajęcie. Razem z kolegami z zespołu potrafił paradować w sfingowanym kondukcie pogrzebowym po ulicach Sopotu w 1956 roku albo grać w piżamie w stołówce schroniska na Kalatówkach. Gdy był dzieckiem, zachorował na chorobę Heinego-Medina, zwaną polio – ślad po tym w postaci nieco krótszej jednej nogi pozostał mu na zawsze. W szkole średniej miał słabe oceny, przez co w 1949 roku nie otrzymał pozwolenia na podejście do egzaminu maturalnego. Był pasjonatem motoryzacji. Miał kultowy skuter Lambretta, potem volkswagena garbusa, BMW 2002 Tll lux i forda mustanga. Niektórzy twierdzą, że był pantoflarzem – pozostawał pod silnym wpływem despotycznej żony Zofii. Ale do czasu. Jako utalentowany kompozytor muzyki filmowej wyjechał do Hollywood, gdzie zakochał się w izraelskiej aktorce Elanie. Jego amerykańska kariera została przerwana nagle przez tragiczną śmierć w do dziś nie całkiem wyjaśnionych okolicznościach. A… i jeszcze jedno – grał jazz.

Myślę, że tak w dużym skrócie mógłby wyglądać zarys biograficznego filmu o Krzysztofie Komedzie, gdyby mieli go zrealizować twórcy serialu Osiecka. Autorka tekstów, poetka potrafiąca bawić się słowem jak mało kto, która podobnie jak Komeda inspiruje kolejne pokolenia, prowadziła burzliwe, często kontrowersyjne życie. Nie za to jednak ją podziwiamy. Choć biografia artystki jest nierozerwalnie związana z jej twórczością, nie powinna tej twórczości przesłaniać. Podejrzewam, że widzowie oglądając kolejne odcinki serialu mogą utwierdzać się w przekonaniu – posłużę się cytatem – że „to zła kobieta była”. Zostawmy zatem serial i zastanówmy się, co Osiecka mogła mieć wspólnego z jazzem. Choć artystka twierdziła, że pomiędzy jej środowiskiem (kręgami teatrów studenckich i młodych literatów) a środowiskiem jazzowym stała „gruba szklana ściana”, zestawienie z Komedą nie jest przypadkowe. Artystyczne ścieżki obojga przecięły się przynajmniej kilkakrotnie. Osiecka pisała w swoich wspomnieniach: „W muzyce Komedy, myślę, była jednak nie tylko czułość, melodia i coś w rodzaju miłego pesymizmu. Była to muzyka niezwykle literacka…”.

Legendą obrosła już historia powstania piosenki do filmu Prawo i pięść. Po wizycie na planie filmowym u Jerzego Hoffmana Osiecka i Komeda wracali garbusem Krzysztofa do Warszawy. Znudzenie i zmęczenie zarazem dawały o sobie znać. Oboje całą drogę nie byli zbyt rozmowni. Trzciński odezwał się dopiero u kresu podróży: „Ja ci coś powiem. Ty zrób tekst pod Okudżawę, ja muzykę pod western i to będzie to, o co im chodzi”. Wyszła z tego niezapomniana ballada zaśpiewana w filmie przez Edmunda Fettinga, za którą autorzy otrzymali nagrodę na drugim Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu.

Innym ich wspólnym dziełem była piosenka Holly Ja nie chcę spać z przedstawienia teatralnego Śniadanie u Tiffany’ego wykonywana przez Kalinę Jędrusik. Osiecka wspominała trudy pracy z Komedą spowodowane tym, że „on nie umiał nie improwizować”. Za każdym razem grał melodię nieco inaczej… i jak tu do tego dopasować słowa?

Związki Agnieszki Osieckiej z Komedą wykraczały poza te czysto profesjonalne. Ale to nie to, o czym na pewno pomyśleli już widzowie serialu. Krzysztof Komeda był świadkiem na jej ślubie z Wojtkiem Frykowskim w 1963 roku. Jakże trafny i poetycki zarazem był wielokrotne cytowany opis techniki gry Komedy autorstwa Osieckiej: „…nie szalał po klawiaturze jak panowie, którzy grają na konkursach chopinowskich, tylko przeciwnie – jakby zgarniał do środka małe kurczaczki”.

Ale jazzowe epizody w życiu autorki nie ograniczają się do tej jednej postaci. Do grona najbliższych przyjaciół Agnieszki Osieckiej zaliczał się Jan Borkowski – założycie Hot Clubu Hybrydy, organizator Jazz Jamboree, dziennikarz, twórca m.in. cyklu audycji radiowych Trzy kwadranse jazzu. Z Osiecką (i Wojciechem Młynarskim) współpracował wiele lat w ramach Radiowego Studia Piosenki. Jak sama autorka przyznawała, to on był odpowiedzialny za jej edukację muzyczną. I wreszcie rzecz kluczowa. Poza Komedą także Jan Ptaszyn Wróblewski, Andrzej Kurylewicz, Włodzimierz Nahorny i Jerzy Duduś Matuszkiewicz byli kompozytorami i aranżerami muzyki do piosenek z tekstami Osieckiej.

Takie opolskie przeboje jak Kolega maj, Moja mama jest przy forsie albo Zielono mi trudno nazwać jazzem. Jednak słuchając tych świetnych tematów i doskonałych aranży z dzisiejszej perspektywy trudno zrównać je po prostu z popowymi piosenkami. Można byłoby ten nurt nazwać z przymrużeniem oka „opolskim dżezem”, ale to określenie nasuwa chyba zbyt pejoratywne skojarzenia. Na płycie P.O.L.O.V.I.R.U.S. grupy Kury Tymon Tymański śpiewał: „Mój dżez dziś znów zionie czosnkiem, wódą i kiełbasą”. Chciałbym, aby piosenki Agnieszki Osieckiej pomimo aury wytworzonej przez serial nadal pachniały jak Saska Kępa w maju – szalonym, zielonym bzem. Czego wszystkim czytelnikom, słuchaczom i przede wszystkim widzom życzę!

Autor: Piotr Rytowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO