Papierowy JazzPRESS
Książki News

Billie Holiday - Lady Day śpiewa bluesa

Obrazek tytułowy

11 stycznia 2017r nakładem wydawnictwa Czarne ukaże się książka "Lady Day śpiewa bluesa" autorstwa Billie Holiday i Wiliama Dufty.

Ta biografia już przeszła do historii. Wydana 50 lat temu wzbudziła sensację, a przez kolejne dziesięciolecia stała się biblią dla tych, którzy chcieli poznać Billie Holiday. Lady Day – pierwsza dama jazzu, artystka obdarzona niezwykłym głosem, który wciąż nie przestaje elektryzować, jedna z najbardziej inspirujących wokalistek wszech czasów – sama opowiada o sobie. O życiu w czarnym getcie, pracy prostytutki, alkoholu, narkotykach, rasizmie i o najlepszych muzykach, z którymi grała. Nie stawia sobie postumentu, staje przed czytelnikiem taka, jaka była: nieprzebierająca w słowach, szalona, porywcza, a jednocześnie pełna dumy, naiwna, poraniona i samotna. Dama, która żyła dla muzyki i w niej znajdowała ukojenie.

Fragment książki:

(...)

Możesz nie mieć w zasięgu wzroku ani źdźbła trzciny cukrowej, owinąć się po same cycki w białe atłasy i wsunąć gardenię we włosy, a i tak wciąż tyrasz na plantacji.

Weźmy taką Pięćdziesiątą Drugą Ulicę na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych. Nazywali ją wtedy „ulicą swinga”. We wszystkich klubach trwało szaleństwo przy tak zwanej nowej muzyce. Wielka mi rzecz. Gdyby któryś z tych sztywniaków ruszył się kiedyś w okolice Sto Trzydziestej Pierwszej Ulicy, to poznaliby swing jakieś dwadzieścia lat wcześniej.

Zanim białasy załapały się na ten cały „nowy” swing, w czarnych dzielnicach rodziła się już zupełnie inna muzyka. Wśród białych dzieciaków zrobiła się modna dekadę później, kiedy w końcu się nauczyły, jak ją naśladować.

Tak czy inaczej, cała ulica rozbrzmiewała „swingiem”, ale nie licząc mnie i Teddy’ego Wilsona, wszyscy wykonawcy byli biali. Oboje występowaliśmy w Famous Door: ja śpiewałam, Teddy grał na fortepianie. Pomiędzy klubem Leon and Eddie’s a East River ciężko znaleźć jakąś bawełnę, ale mogę przysiąc, że życie niczym się nie różniło od tego na plantacji. Nie mogliśmy się z nikim zadawać. Zaraz po występie wyganiali nas na ulicę i kazali nam czekać za drzwiami.

Teddy przyjeżdżał do pracy rozklekotanym fordem, który czasem służył nam za schronienie.

Jednym z regularnych gości w klubie był taki dziki kocur, który podjeżdżał dziwnym zagranicznym autem, huczącym jak bombowiec. Kierownictwu lokalu niezbyt się to podobało. Zaprzyjaźniliśmy się z nim, co kosztowało nas robotę. Wywalono nas za spoufalanie się z gośćmi.

Nasz kumpel był młodym milionerem, nienawykłym do tego, żeby ktoś mu mówił, z kim może się spotykać i pić. Gdy przychodził nas posłuchać, zawsze chciał nam stawiać. Nalegał, żebyśmy mu dotrzymywali towarzystwa. Ale nasz szef i kierownik sali, mimo że zależało im na bogatych klientach, wciąż się sprzeciwiali.

Tłumaczyliśmy, że mamy zakaz kontaktowania się z gośćmi, nasz nowy kumpel twierdził jednak, że nikt mu nie będzie niczego zabraniał. Pewnego wieczoru tak zamęczał mnie prośbami, że się złamałam i w końcu usiadłam przy jego stoliku.

Wypiliśmy kilka drinków; okazało się, że były to moje ostatnie drinki w tym lokalu. Przynajmniej na jakiś czas. Kiedy wstałam od stolika, szef oznajmił, że mnie zwalnia. Wywalił też Teddy’ego, co było wredne, bo Teddy przecież nic nie zrobił. Ponoć moje zachowanie było tak skandaliczne, że kierownictwo w ogóle zrezygnowało z zatrudniania czarnych muzyków.

Wściekłam się. Znów musiałam powiedzieć mamie, że straciłam robotę. I to z powodu takiej bzdury. Milioner próbował nas jakoś pocieszyć. Wpakowaliśmy się do tej jego śmiesznej gabloty i w trzy minuty przejechaliśmy przez Central Park. Powtarzał, że mamy się niczym nie martwić, on ma kasę, a praca się zawsze znajdzie. Poza tym sam był muzykiem i zamierzał założyć własną orkiestrę.

– Pewnie – odpowiedziałam. – Wielka mi rzecz. Ty masz wszystko, a ja znowu boję się wrócić do domu i powiedzieć, że mnie wylali. Pomyślałeś, co będzie ze mną i Teddym?

– Nie musisz wracać do domu – usłyszałam. – Chodźmy się zabawić.

Wylądowaliśmy w Uptown House. Wszyscy zaczęli nalegać, żebym zaśpiewała. Zgodziłam się. Kiedy skończyłam, klub zaoferował mi moją dawną robotę.

Nasz kumpel milioner dotrzymał obietnicy. Pociągnął za kilka sznurków i załatwił Teddy’emu pracę w orkiestrze radiowej. Założył też własny, bardzo dobry zespół. A nazywał się Charlie Barnet. (...)

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO