Papierowy JazzPRESS
Relacja

Jazz Bez 2018

Obrazek tytułowy

fot. Aya Al Azab

Od buntu do tradycji

Jazz Bez – Lublin, Centrum Kultury, 13-15 grudnia 2018 r.

Założeniem Jazz Bez jest dialog poprzez muzykę i wymiana artystyczna pomiędzy Polską a Ukrainą. Festiwal ma być transgranicznym, jazzowym maratonem. Ostatnia edycja odbyła się w pięciu miastach w Polsce i czternastu na Ukrainie. Festiwal zagościł w Lublinie po raz jedenasty. „Niosąc dużo dobrej, odważnej muzyki i potrzebnej współpracy pomiędzy państwami, znosząc podziały. Bo muzyka łączy i eliminuje wszelkie granice” – jak podkreślali organizatorzy.

Moje wspomnienie po 11. Jazz Bez w Lublinie nie jest tylko muzyczne. Pamiętam przede wszystkim ideę. Myśl. Bunt. Nie bez powodu, w czasach niepokoju na Wschodzie, polsko-ukraiński festiwal zabrał głos. W Lublinie głos był tym bardziej wyraźny i słyszalny.

Za wolność! Za jazz!

Wydarzeniu towarzyszył list od organizatorów Jazz Bez z Ukrainy, wytoczony przed rozpoczęciem całej imprezy. Oto niewielki fragment, który idealnie ilustruje atmosferę, jaka towarzyszyła ukraińskim współtowarzyszom: "Po oszacowaniu potencjalnego ryzyka i zagrożeń, my organizatorzy ze wszystkich miast partnerskich, w tym Mariupola, Kramatorska, Odessy, Charkowa i Sum, gdzie ogłoszono stan wojenny – solidarnie podjęliśmy decyzję, aby zrealizować wszystkie wydarzenia zaplanowane w ramach Jazz Bez, niezależnie od okoliczności politycznych czy warunków rynkowych. [...]Wierzymy, że sztuka prezentowana na Jazz Bez to lek! Dlatego też nic się dla nas nie zmieniło – jedynie rośnie motywacja do spotkania".

Zatem wzięliśmy w Lublinie lek bez zastanowienia.

Poszukiwania wolności

Festiwal w Lublinie otworzył duet Antoni Gralak / Marcin Świetlicki. Każdy z panów uwikłany jest na swój sposób w poszukiwanie wolności. Jeden słowem, drugi dźwiękiem instrumentu pragnie wyzwolić się z ram gatunkowych. Melorecytacja poety-buntownika weszła w przedziwny, halucynacyjny – od wielkich brzmieniowych przestrzeni – świat trąbki wolnego ptaka-Gralaka. Cudowne było to widowisko. Pełne sprzeczności – z jednej strony żałość człowieka niegodzącego się z rzeczywistością i zakłamaniem, z drugiej dowcip i ironia. Wszystko połączone improwizacjami opanowanego i stonowanego w ekspresję Gralaka.

Organizatorzy nie mogli wymarzyć sobie lepszego rozpoczęcia festiwalu. Medytacyjno-poetyckie powitanie wprowadziło publiczność w zadumę i refleksję.

Niechęć , Michał Załęski , Maciek Szczepański (2).jpg fot. Aya Al Azab

Po koncercie odbyła się dyskusja na temat wolności z udziałem Antoniego „Ziuta" Gralaka i Jacka „Bielasa" Bieleńskiego, którą poprowadził Rafał Chwała. Dzięki małej frekwencji, spotkanie bardzo szybko przekształciło się w swobodną pogawędkę. W kameralnym gronie rozmawiano o rozumieniu wolności, Gralak i Bieleński wspominali czasy ucisku w Polsce. Publiczność zadawała pytania, wtrącała swoje uwagi. Podczas spotkania nie zabrakło miejsca dla omówienia aktualnej sytuacji na Ukrainie, a także zagrożeń ograniczenia wolności we współczesnym świecie.

Drugi dzień rozpoczęły Koty Papieża, czyli zespół muzyczny, a jednocześnie zjawisko artystyczne skupiające indywidualistów: Piotr Łyszkiewicz (saksofonista, charakterystyczna, niepokorna postać), Piotr Gwadera (perkusista z punkową duszą, swingową ręką i cudownym charakterem), Marcin Zabrocki (multiinstrumentalista, postać niesamowicie barwna i pozytywna), Karol „Kolor’ Gadzało (kontrabasista z anarchistycznym podejściem do instrumentu, zbuntowaną wizją świata i zasad muzyki) i Jacek Bieleński (wokalista, kompozytor, lider wielu projektów muzycznych, teatralnych czy filmowych).

Koncert Kotów był swego rodzaju kontynuacją pierwszego dnia. Może to przez miejsce i okoliczności, ale punkowe, ponadczasowe piosenki Bieleńskiego wybrzmiały jako młodzieńczy, lekki i przejrzysty słowno-muzyczny manifest.

Lekkość w małych ilościach jest wskazana, ale niestety w połowie koncertu zaczęło kiełkować we mnie rozczarowanie. Na jednej scenie, przede mną, stali polscy wyjadacze awangardy, swobody muzycznej ekspresji, a jednak królowała powtarzalność i prostota. Najważniejszy jednak był wydźwięk całości koncertu, tak jak w przypadku występu duetu – waga i dobitność wypowiadanego słowa.

Instrumentalny manifest

Dwa pierwsze dni festiwalu ułożyły się w artystyczny manifest. Nie bez powodu zaproszeni goście reprezentują i kojarzą się mniej lub bardziej z buntem i wolnością. Koncert Świetlickiego i Gralaka, dyskusja na zakończenie, a także pierwszy koncert następnego dnia – Koty Papieża zamknęły niejako część słownej idei. Występ zespołu Niechęć otworzył kolejną część, ponieważ był zabraniem głosu wyłącznie drogą instrumentalną.

Ale jakaż to była droga! Niechęć nie ma litości. Konsekwentnie buduje całą podróż w przeróżnych zakamarkach wyobraźni. Doskonale ją prowadzi. Jestem pod wrażeniem spójności, a zarazem różnorodności stylistycznej. Kreowania kolorystyką i przestrzenią. Daleka jestem od sztywnego segregowania ich twórczości, może i jest to jazzowa improwizacja, syntezatorowe brzmienia, łączone z wpływami rocka progresywnego oraz muzyki filmowej, ale nazwy są tu mało ważne. W Niechęci istotne są nastroje, którymi muzycy swobodnie żonglują.

Podczas koncertu w Lublinie grupa zaprezentowała materiał znany z dwóch płyt Śmierć w miękkim futerku oraz Niechęć, a także wykonali premierowo dwie kompozycje Chmury i Transhumanizm z najnowszego albumu. Istotny jest również fakt, że Niechęć wystąpiła w nowym składzie. Dopełnili go pianista Michał Załęski i basista Maciej Szczepański, którzy są autorami wyżej wymienionych utworów. Muszę przyznać, że Chmury i Transhumanizm idealnie wkomponowują się w twórczość zespołu, co dowodzi słuszności decyzji o przyjęciu nowych muzyków.

Instrumentalnym manifestem o wolność i czystość formy, rodem z witkiewiczowskiego dramatu, Niechęć zamknęła drugi dzień festiwalu 11. Jazz Bez w Lublinie.

Subtelna metafizyka (autor: Michał K. Dybaczewski)

Po iście punkowo-rockowo-jazzowych klimatach, jakie lubelska publiczność otrzymała pierwszego i drugiego dnia festiwalu Jazz Bez, przyszedł czas na wykonawców osadzonych już stricte w nurcie jazzu. Jako pierwszy zaprezentował się Belveder Quintet, czyli ukraiński projekt specjalny, który obok pełniącego rolę lidera Marka Tokara (kontrabas) tworzyli: Jaroslaw Kazmirczuk (trąbka), Andrej Dulysz (saksofon tenorowy), Taras Kuszniruk (gitara) i Leonid Petkun (perkusja).

Jazzmani wzięli na warsztat kompozycje Wayne’a Shortera, którego nikomu przedstawiać nie trzeba. I tu zaczyna się kłopot, bo przyznam szczerze, jakiegoś efektu wow nie było. Najbardziej nie pasowała mi w tym zestawie gitara Kuszniruka, na początku brzmiąca jak na wczesnych płytach Pink Floyd (vide Astronomy Domine), potem rzewna i nostalgiczna. Dla mnie mogłoby jej zupełnie nie być.

Wayne Shorter to klasyk, legenda, branie się za niego jest aktem odwagi. Cenię odwagę Ukraińców, ale niestety nie stworzyli nic nowego. Dostali aranżacje dobrze zagrane, ale jakby pozbawione głębi i duszy. Były wprawdzie momenty improwizacji, pojawił się nawet komedowski klimat. I szczerze mówiąc były to najlepsze fragmenty tego występu. Cała reszta była jakaś taka krystaliczna, miałka, pozbawiona cojones.

Żeby była jasność: koncert zagrany został poprawnie, nie czepiam się absolutnie warsztatu muzyków, ale jeśli ktoś bierze się za klasyka to niech wie, że słuchacz ma prawo oczekiwać nowej jakości, jakiejś metafizyki. Tu jej zabrakło.

Była natomiast obecna w koncercie finałowym tria Jachna/Mazurkiewicz/Buhl. Trębacza Wojtka Jachnę w Piwnicach Centrum Kultury widziałem już po raz czwarty. Za każdym razem mój zachwyt nad jego osobą jest coraz większy. Jak ja lubię takich gości: skromny, niepozorny, a odwala kawał perfekcyjnej roboty! Brzmienie jego trąbki jest swoistym miodem na uszy: mięsiste i ciepłe. Momentami Jachna brzmiał jak… Miles Davis. I to nie jest tylko moja opinia.

Usłyszeliśmy improwizację, ale harmonijną, nikt nie starał się dominować, nikt nie wychodził przed szereg, ale niezwykle subtelnie budował własny przekaz, który w konsekwencji stał się wspólnym dziełem. Ten koncert był splotem przemyślanych, stonowanych dźwięków z wyczuciem podkręcanych elektroniką, ale czasem wędrujących ku free jazzowi. Przyznam szczerze, że choć ostatnią płytę tria God’s Body mam od września ubiegłego roku, to doceniłem ją w pełni dopiero, gdy wylądowała na talerzu mojego gramofonu bezpośrednio po lubelskim koncercie.

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 02/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

27 czerwca

Lado w Mieście ma 10 lat

Plac Zabaw nad Wisłą

Warszawa

27 czerwca

Swingujące trójmiasto

Muzeum Miasta Sopotu

Sopot

28 czerwca

Summer Jazz Festiwal w Krakowie

Festiwal

Kraków

01 lipca

Vertigo Summer Jazz Festival

Festiwal

Wrocław

06 lipca

Jazz na Starówce 2019

Rynek Stare Miasta

Warszawa

11 lipca

12. Letnia Akademia Jazzu (karnet)

Klub Wytwórnia

Łódź

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO