Papierowy JazzPRESS
Relacja

Jazz Jamboree 2019: Niepokojący trans

Obrazek tytułowy

fot. Jacek Piotrowski

61. Jazz Jamboree 2019 – Warszawa, Klub Stodoła, 24-27 października 2019 r.

Prawdziwie męskie granie

W czwartek i piątek zawiodła frekwencja – dużo krzeseł było niezajętych. W dodatku, przy wyraźnych preferencjach widzów w zajmowaniu miejsc, te niezajęte łączyły się w pokaźne dziury. W tym krajobrazie na pierwszy ogień poszli Kuba Więcek & Gawęda Quintet z udziałem Ralpha Alessiego, świętujący wydanie kilka dni wcześniej albumu Berry. Zaczęli tajemniczo, odważnie i eksperymentalnie. Następnie pływali po różnych nastrojach i tempach: od mocnych i dynamicznych, po bardziej sentymentalne – zagrali między innymi Stary, nie mam czasu, Oczekiwanie, egzekucja oraz premierowy, niezatytułowany utwór, ponoć inspirowany długim oczekiwaniem w pociągu podczas przerwy w jeździe.

Całość brzmiała nowocześnie, choć na ogół powstała przy użyciu tradycyjnych narzędzi. Po pierwszym utworze sprawiający wrażenie bardzo zestresowanego Kuba Więcek przez chwilę luźno starał się opowiedzieć o historii zespołu. Spotkało się to z serią ledwie słyszalnych chichotków ze strony publiczności oraz jedną oznaką zniecierpliwienia siwego pana, który siedział w moim rzędzie.

Jako drugi na scenę wkroczył zespół Spice of Life Trio. Już od pierwszych dźwięków basu Jamaaladeen Tacuma mnie „kupił”. Wspaniała gitara basowa w połączeniu z nietypową trąbką Artura Majewskiego – urywanymi, krótkimi, drżącymi, niepokojącymi dźwiękami, przypominającymi bzyczenie owada – oraz perkusją Vasca Trilli złączyły się w złowieszcze, prawdziwie męskie granie. Wszyscy mieli okazję zabłysnąć, wszyscy byli świetni.

Tacuma wspominał, że pierwszy raz był w Warszawie przy okazji koncertu Ornette’a Colemana w 1976 roku. Wikipedia twierdzi, że koncerty Colemana w Polsce odbyły się w 1971, 1984 i 1993. Tak czy inaczej, Spice of Life byli świetni. Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć ich na żywo, nie zastanawiajcie się, tylko pędźcie po bilety!

DSC_1793.JPG fot. Kasia Idźkowska

Na koniec pierwszego dnia Jazz Jamboree zagrał brytyjski kwartet Get The Blessing. Panowie wyszli na scenę w jednakowych, eleganckich garniturach, ale bez krawatów. Zapewne chcieli nawiązać tym do swojej muzyki: popowej, nijakiej, poprawnej i bez charakteru. Niby przyjemnie, niby akceptowalnie, ale raczej jako tło do galerii handlowych niż na taki festiwal – i to zaraz po takich wyjadaczach jak Spice of Life Trio. W moich oczach odrobinę na plus wyróżnił się perkusista Clive Deamer. Ale i tak byłem tym występem zawiedziony.

Mocny polski akcent

Drugi dzień rozpoczął zespół Silent Witness – w okrojonym składzie. Loupa Barrowa, ze względu na sytuację rodzinną, musiał zastąpić Igor Pietraszewski. To jedyny raz podczas całego festiwalu, kiedy muzycy zmienili utartą formułę pojawiania się na scenie. Najpierw wyszła wirtuozka koto Mieko Miyazaki, chwilę później z końca sali dołączył do niej Radosław Bond Bednarz, który podczas koncertu grał na wielu instrumentach (ale najczęściej określany jest jako basista), a na koniec z duetu zrobiło się trio, gdy wszedł Igor Pietraszewski.

Koncert bardzo podobał się publiczności, z wyżej podpisanym włącznie. Muzyka Silent Witness brzmi bardzo wizualnie – mi przynosi skojarzenia z filmami z gatunku chanbara. Takie Planetary Winds na początku było jak tło do groźnych spojrzeń Toshirō Mifunego stojącego naprzeciwko wroga, później przeszło w nowocześniejszą elektronikę. Co prawda zdarzały się momenty dłużyzn, ale dobra muzyka i wdzięk wykonujących ją instrumentalistów pozostawiły po sobie bardzo dobre wrażenie. Szczególnie, że na koniec Silent Witness zostawili utwór Stream of Joy – zgodnie z tytułem optymistyczną, pozytywną i nastrajającą na kolejne koncerty kompozycję. Świetny początek dnia!

Po spokojniejszym graniu przyszedł jednak czas na coś mocniejszego. Scenę i serce publiczności szybko zdobył Marek Napiórkowski z projektem Hipokamp. Od początku koncertu grał z nim słynny bębniarz Mino Cinelu (nie tylko na bębnach), a w dalszej części występu dołączył też wspaniały saksofonista Adam Pierończyk – dwie duże gwiazdy udzielające się na albumie. A skoro wymieniam muzyków, to gwoli kronikarskiej ścisłości: Jan Smoczyński grał na klawiszach, a Paweł Dobrowolski na perkusji – oni byli równie ważni na scenie!

Publiczność była zachwycona, a wspomnienia występu Napiórkowskiego słyszałem podczas przerw między koncertami aż do niedzieli. Zespół grał głównie utwory z albumu Hipokamp, mocno osadzonego w klimacie fusion. Ciekawym pomysłem było wzięcie na warsztat utworów Davida Bowiego (pomimo tego, że Napiórkowski, jak sam przyznał, nie jest jego wielkim fanem). Koncert był pełen energii, instrumentalnego kunsztu i pięknego hałasu – godny Jazz Jamboree. Po przesłuchaniu Hipokampu odnoszę wrażenie, że występ ten był o wiele bardziej energiczny i głośniejszy niż nagranie studyjne albumu.

Na koniec przyszedł czas na największe chyba obecnie gwiazdy polskiej sceny okołojazzowej – EABS. Oprócz kompozycji Mosty, zespół zagrał utwory z albumu Slavic Spirits. Cóż można napisać o nich, co nie zostało jeszcze napisane? Występ był genialny. Nie bez powodu grupa zdobyła sławę, nie bez powodu zbiera pochwały zewsząd, nie bez powodu na ich koncerty ciągną tłumy. Pewność siebie, charyzma, wspaniałe kompozycje, powalające improwizacje, doskonała współpraca między muzykami – a w tym wszystkim wciąż dobra zabawa. Moim zdaniem był to drugi najlepszy koncert na tegorocznym Jazz Jamboree. Najlepszy nastąpił trzeciego dnia, ale nie uprzedzajmy faktów…

Letniość południowej muzyki

Yatzek-20.jpg fot. Jacek Piotrowski

W sobotę jako pierwsza na scenę weszła ze swoim kwartetem chilijska saksofonistka Melissa Aldana. Występ promował jej nowy, inspirowany twórczością Fridy Kahlo, album Visions. Koncert nie wzbudził większych emocji publiczności – był poprawny, ale jednak w ciągu pierwszych dwóch dni festiwalu dostaliśmy kilka lepszych, a i kolejne już wyglądały zza horyzontu.

Główna bohaterka na saksofonie tenorowym brzmiała bardzo fajnie, ale kompletnie nie pasował mi grający na gitarze Lage Lund. Jego solówki wręcz mnie drażniły i absolutnie nie współgrały z tym, co grała reszta zespołu. Nie czułem takiego dysonansu w żadnym innym momencie Jazz Jamboree, a nie przypominam sobie, żebym czuł w ogóle na jakimkolwiek koncercie jazzowym. Cóż, może na tym polega jego geniusz?

Po Melissa Aldana Quartet przyszedł czas na występ Mélanie de Biasio. I tutaj proszę o chwilę powagi. Mariusz Adamiak, już zapraszając ją na scenę, dał publiczności sygnał, że to może być czarny koń festiwalu, że to może być ważny koncert, żebyśmy uważali od pierwszych dźwięków. Miał rację. Ach, jak bardzo miał rację! Artystka wyszła na scenę ubrana jak mim – cała na czarno, bez żadnych ozdobników. Światła skierowane były w stronę publiczności, w związku z czym mieliśmy bardzo ograniczony widok jej twarzy, właściwie wyraźnie widzieliśmy jedynie sylwetkę.

Ta enigmatyczna postać, posługując się ograniczonymi narzędziami, stworzyła niesamowity, intymny nastrój. Absolutnie skupiła uwagę publiczności, hipnotyzując nie tylko głosem, ale i delikatnymi ruchami. Ten niepokojący trans trwał do momentu pierwszej fali entuzjastycznych braw. Wtedy złamała rolę, uśmiechnęła się, ukłoniła i skromnie podziękowała. Po czym wróciła do performance’u. Zasłużyła na długą owację na stojąco – na każde pojedyncze uderzenie w dłonie i każdą sekundę podziękowań publiczności. Była absolutnie fenomenalna, zjawiskowa. Po występie widziałem przed salą koncertową sporo osób z winylami de Biasio pod pachami. Jak dla mnie był to najlepszy koncert 61. Jazz Jamboree.

Na ostatni sobotni występ musieliśmy chwilę poczekać, bowiem za Luckym Petersonem i jego zespołem nie przyleciały ich bagaże, więc – zgodnie z tym, co przekazał Mariusz Adamiak – muzycy poszli na „shopping” po warszawskich sklepach. Chyba wyszło co najwyżej średnio, bo gdy pojawili się na scenie, Shawn Kellerman miał na sobie oficjalny t-shirt festiwalowy. W tymże odzieniu brodaty gitarzysta zaczął rozgrzewać publiczność swoją pełną energii i charyzmy grą. Zadanie wypełnił na tyle, że według niektórych uczestników koncertu jego intro przesłoniło resztę show. Co nie oznacza, że sam Lucky Peterson czy wokalistka Tamara Tramell zagrali na pół gwizdka – co to, to nie!

Zgromadzona publiczność bawiła się świetnie, co bardziej śmiali ruszali do tańca, a jeśli dobrze zauważyłem, to dwóch panów niewerbalnie wyznało Tamarze Tramell miłość. Bardzo żywiołowy, wybuchowy występ wypełnił Stodołę energią i stanowił świetną równowagę dla niepokojącego i minimalistycznego performance’u Mélanie de Biasio. To połączenie naprawdę się organizatorom udało – chylę kapelusza. Sobota była dla nas.

Gwiazdorskie zakończenie

O ile trzeciego dnia festiwalu nadal tu i ówdzie pokazywały się puste rzędy, tak w niedzielę Stodoła wypełniła się po brzegi. Wszak miały grać dwie największe gwiazdy 61. Jazz Jamboree 2019. Zaczął John McLaughlin z zespołem The 4th Dimension. Zabrał on publiczność w długą podróż po swoim bogatym, zróżnicowanym katalogu – i był to najbardziej eklektyczny koncert festiwalu. Oczywiście największy entuzjazm wzbudziły utwory ze szczytu kariery The Mahavishnu Orchestra, gdy wyznaczał on kierunek rozwoju gatunku fusion oraz jazz-rocka.

Zresztą reakcję fanów McLaughlina łatwo było przewidzieć. Entuzjazm, zachwyt i owacja na stojąco – choć uważam, że dużą rolę odegrały sentyment i świadomość, że „stoi przed nami sam John McLaughlin!”. Żeby było jasne: nie ma w tym niczego złego, wręcz przeciwnie – pozwolenie sobie na płynięcie z nurtem sentymentu jest często jedną z największych przyjemności czerpanych z dóbr kultury.

61.Jazz Jamboree 2019 zamykał koncert Jeana-Luca Ponty’ego – przez chwilę kolegi McLaughlina z Mahavishnu Orchestry. Pod hasłem „The Atlantic Years” kryje się okres od 1975 do 1996 roku, w tym czas najpopularniejszych albumów Ponty’ego – od 1975 i płyty Upon the Wings of Music do, mniej więcej, 1983 i albumu Individual Choice. Do koncertu skrzypka chyba najbardziej ze wszystkich opisanych tu występów pasuje określenie „przebojowy”. Raz za razem Ponty raczył publiczność swoimi – znowu nietypowe dla jazzu słowo – hitami. Nawet słuchacze niekoniecznie obeznani z jego twórczością musieli rozpoznać przynajmniej kilka pojedynczych melodii i chwytów, ponieważ wpisały się one na stałe w krajobraz nie tylko jazzu i fusion, ale całego świata muzyki.

Na niedzielę zaplanowano jedynie dwa koncerty, więc nieskrępowany ograniczeniami czasowymi Ponty grał prawie dwie godziny, a mógłby pewnie i drugie tyle. Ponownie: owacja na stojąco, uśmiechy na ustach publiki i świetne zakończenie całego festiwalu.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 11/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO