fot. Yatzek Piotrowski
Erykah Badu Mama’s Gun ’25 – Gdynia, Polsat Plus Arena, 31 października 2025 r.
Mijają minuty, jest dawno po planowanym starcie, godzina 22.00 i nic… Z głośników wylewają się tak dobre numery, że ten wieczór może trwać dłużej. Nie przyszliśmy jednak na imprezę z DJ-ską setlistą (notabene brakuje takich w polskich klubach), ale koncert ikony muzyki afroamerykańskiej. A z nimi bywa różnie, odwołują show w ostatniej chwili, czasem wydają się chimeryczne lub przytłoczone nadmiarem oczekiwań. Przekraczamy 42. minutę opóźnienia i nagle światła się zmieniają… zaczyna grać zespół.
Dźwięk klawiszy jest świdrująco za głośny, aż wreszcie słychać znane z płyty szepty, szmery, pojawia się zarys postaci z wielkim kapeluszem, napięcie narasta i nagle bum! Wybrzmiewa Penitentiary Philosophy – utwór, otwierający także album Mama’s Gun i mający w swojej strukturze wyraźną gradację dynamiki, więc można sobie łatwo wyobrazić, jakie emocje wywołała tym numerem Erykah Badu w Polsat Plus Arenie w Gdyni. Tłum oszalał, ludzie siedzący z tyłu przybiegli pod scenę, nie zważając na tych siedzących z przodu, potrzeba bycia blisko artystki była silniejsza. Sama czułam dziwne podniecenie i wzruszenie jednocześnie. To jest ten rodzaj pewności, że masz do czynienia z czymś ważnym. A może nawet najlepszym koncertem w życiu?

fot. Yatzek Piotrowski
Na pewno był jedyny w swoim rodzaju, bo taka jest Erykah Badu. Będąc tego wieczoru w Gdyni, nie słuchaliśmy tylko muzyki, ale uczestniczyliśmy w spektaklu. Tak zresztą był pomyślany ten koncert, podzielony na akty z przerwą na rozmowy i rozluźnienie. W pierwszej części wyraźny był dystans, oglądaliśmy wyreżyserowany (nie w złym tego słowa znaczeniu) występ, Badu jawiła się niczym postać z futurystycznej baśni. W drugiej więcej było wtrąceń, prywatnych zachowań, czułych rozmów z publicznością i rodzinnych potyczek (szwagier Badu wzywany był do poprawiania statywu). Muzyka znana z płyty wydanej 25 lat temu brzmiała na żywo pełniej, aranżacje były nieco bardziej rozbudowane, nie tracąc jednak trzonu utrwalonego w pamięci wiernych fanów.

fot. Yatzek Piotrowski
Wokalnie mogliśmy usłyszeć więcej kolorów – w jej śpiewie było więcej silnych, wykrzykiwanych fraz, a zakres wokalny był wyraźnie szerszy. Najbardziej wyróżniała się jednak ekspresja: było bardziej emocjonalnie, żywiołowo. Badu przekraczała granice estetyczne wyznaczone na albumie – momentami zadymiony głos brzmiał chropawo, łamał się, by po chwili wybrzmieć szeroko i otwarcie. Atmosferę dopełniały projekcje świetlne, które spływały wokół artystki stojącej na platformie, otaczając ją i oddzielając od świata rzeczywistego, przenosząc w inny wymiar.
Mimo że był to koncert w ramach trasy z okazji 25-lecia płyty Mama’s Gun, zespół wrócił też do wcześniejszego albumu Baduizm, co jeszcze bardziej rozpaliło entuzjazm tłumu. Aż w końcu, zbliżając się do połowy drugiej godziny, koncert stopniowo zaczął zwalniać tempo, gasił natężenie emocji, domykając cały spektakl. Jak w teatrze: nie było miejsca na bis i w tym przypadku było to równie zrozumiałe.

fot. Yatzek Piotrowski
Reżyser filmowy i teatralny Sacha Guitry na przełomie XIX i XX wieku zwracał uwagę na rolę publiczności, która jest głównym realizatorem spektaklu. Po występie w Warszawie prawie 20 lat temu Erykah Badu miała powiedzieć w wywiadzie dla Gazety Wyborczej: „Sztuką jest sprawić, aby ludzie pod sceną tańczyli na twoim koncercie. Ale sztuka to także sposób, w jaki oni tańczą pod sceną”. Wydaje się to bardzo bliskie temu, co pisała filozofka Maria Gołaszewska, że publiczność „tworzy przedstawienie – czyni to spontanicznie i nieświadomie, jednakże tylko ona liczy się tak naprawdę: jej skupienie, śmiechy, gwizdy, westchnienia, łzy, milczące spełnienie misterium lub histeria”.

Obserwując publiczność w gdyńskiej arenie, ale też mając na uwadze swoje przeżycia, jestem pewna, że koncert Eryki Badu był wydarzeniem transcendentnym. Nie tylko dzięki przekraczaniu granic gatunkowych i wysokiemu poziomowi artystycznemu liderki i zespołu, ale także dzięki każdej pojedynczej „kwestii”, którą odegrali słuchacze-uczestnicy. A może wzięły górę sentymenty, wspomnienia z młodości i emocje wywołane samym oglądaniem żywego pomnika z bliska. Źródło nie ma większego znaczenia, bo nie da się zakwestionować faktu lub uznać za przypadek, że tak wiele osób w jednym czasie poczuło przyjemny „pocałunek w szyję”.
Aya Al Azab