! Wywiad

Beata Przybytek: Piosenki do przemyślenia

Obrazek tytułowy

fot. Izabela Urbaniak

Beata Przybytek powraca na wydawniczy rynek po ośmiu latach, bo tyle minęło od jej poprzedniej płyty. Od dłuższego czasu nie tylko śpiewa, ale też komponuje muzykę na swoje płyty. Chociaż doskonale czuje się w różnych jazzowych stylistykach i różnych składach – od combo do big-bandów – to jej autorskie krążki zwracają się w stronę piosenkowo-rozrywkowych korzeni jazzu. Od lat do współpracy zaprasza śmietankę polskich muzyków jazzowych, dzięki czemu jej lekkie w charakterze kompozycje nabierają dodatkowej klasy, swingu i dyskretnego uroku. Taka też jest jej nowa płyta o filuternym i lekko prowokacyjnym tytule Ja tu tylko śpiewam.

Beata_Ja tu tylko śpiewam_1.jpg

Beata Przybytek – Ja tu tylko śpiewam


Jerzy Szczerbakow: Od twojej ostatniej płyty Today Girls Don't Cry minęło osiem lat. Co się działo w tym czasie u ciebie?

Beata Przybytek: Faktycznie, upłynęło sporo czasu, ale nie był to okres artystycznie jałowy – wręcz przeciwnie. Oprócz tego, że zbierałam pomysły do nowej płyty, intensywnie działałam, biorąc udział w licznych projektach. W tym czasie ukazało się kilka albumów z moim gościnnym udziałem, m.in. nominowany do Fryderyka Dobrze, że jesteś z muzyką Zbigniewa Wodeckiego, Fish out of Water Marka Podkowy, Drifter Bernarda Maselego, a także nagrany wspólnie z Małgorzatą Kożuchowską audiobook dla dzieci Kołderkowe bzdurki dla syna i córki autorstwa Agnieszki Frączek. Poza działalnością nagraniową jestem aktywna również koncertowo i pedagogicznie – nadal pracuję jako wykładowczyni w Akademii Muzycznej w Katowicach.

Płyta Ja tu tylko śpiewam zawiera twoją muzykę, do której słowa napisali czołowi polscy autorzy tekstów. Czy nawiązanie z nimi współpracy wymagało wielu starań z twojej strony?

Muszę przyznać, że to dla mnie ogromna satysfakcja i zaszczyt móc współpracować z mistrzami słowa. Od początku miałam jasną wizję: chciałam, aby ta płyta była w całości nagrana w języku polskim, z tekstami, które są niebanalne, poruszające i po prostu mądre. Zależało mi na treści, która nie tylko współgra z muzyką, ale też zostawia słuchacza z czymś do przemyślenia. Moją naturalną metodą twórczą jest komponowanie muzyki do tekstów – ta forma pracy jest dla mnie najbliższa, ponieważ słowa niosą ze sobą nastrój, emocje, a co najważniejsze – rytm.

Z Grzegorzem Wasowskim i Dariuszem Duszą pracowałam już przy poprzednim albumie, więc ta współpraca miała swoją kontynuację. Z kolei Jan Wołek i Andrzej Poniedzielski po raz pierwszy zgodzili się przyjąć moje zaproszenie do wspólnego projektu – co było dla mnie niezwykle cennym, twórczym doświadczeniem. W przypadku pana Andrzeja pracowałam inaczej niż zwykle – muzyka powstawała do jego gotowych utworów, które w razie potrzeby były przez niego rozwijane. Z kolei pan Jan Wołek podarował mi dwa teksty, a trzeci napisał do skomponowanej przeze mnie muzyki. Taka różnorodność we współpracy była dla mnie bardzo inspirująca i pokazała, że do wspólnego efektu można dojść na różne sposoby.

Proces nagrywania płyty przekroczył ocean – jedna z sesji odbyła się w Los Angeles.

Tak, chodzi o utwór Całuj mnie, całuj!, którego historia jest równie długa, co zawiła… [śmiech]. Tekst Grzegorza Wasowskiego trafił do mnie już kilka lat temu i pierwotnie planowałam umieścić go na poprzednim albumie Today Girls Don’t Cry. Jednak moja ówczesna kompozycja zupełnie mnie nie przekonała, więc z tego pomysłu zrezygnowałam. Po pewnym czasie wróciłam do tekstu – już z nowym, świeżym spojrzeniem. Chciałam, by utwór stylistycznie nawiązywał do brazylijskiej samby pagode, dlatego postanowiłam zaprosić do współpracy Paulinho Garcię – znakomitego brazylijskiego gitarzystę, którego miałam okazję poznać podczas warsztatów na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach.

Liczyłam, że uda mi się spotkać z nim podczas jednej z jego wizyt w Polsce i nagrać jego partię gitary, ale okazało się to niemożliwe – Paulinho na stałe mieszka w Los Angeles. Na szczęście tam również mieszka mój znajomy, kompozytor muzyki filmowej Lucas Lechowski, który dysponuje domowym studiem nagrań. To właśnie dzięki niemu udało się zarejestrować czułe dźwięki Paulinho. Ciekawostką jest, że spotkanie obu panów podczas sesji nagraniowej zakończyło się dwugodzinnym jam session [śmiech].

Producentem muzycznym płyty jest Tomasz Kałwak. Czy współpraca przebiegała gładko, czy prowadziliście zażarte dyskusje?

To już trzecia płyta, przy której pracuję z Tomkiem Kałwakiem, zatem naszą współpracę można nazwać wieloletnią… Przez tę ponad dekadę udało się nam wypracować wspólny front – co najważniejsze, mamy podobny gust muzyczny, zatem obyło się bez większych „skarg i zażaleń”… [śmiech]. Proces powstawania płyty był jednak długi i żmudny. Najpierw musieliśmy określić kierunek, w którym pójdą stylistycznie utwory – Tomek proponował pewne tropy aranżacyjne. Powstało po kilka wersji każdej piosenki, aż do momentu, gdy oboje byliśmy w pełni usatysfakcjonowani.

Myślę, że jedną z największych zalet Tomka jest jego wszechstronność – jako muzyk i producent pracuje z wieloma artystami reprezentującymi różne światy muzyczne, co daje mu niezwykle otwarte spojrzenie na dźwiękową materię. Do tego dochodzi jego umiłowanie szczegółu, niuansu – a to one często decydują o finalnym efekcie. Muszę przyznać, że bardzo lubię te nasze wspólne poszukiwania Świętego Graala… [śmiech].

Większość utworów na płycie ma charakter piosenkowy, ale jest jeden, w którym odnosisz się wprost do jazzowego idiomu, zmienia się brzmienie zespołu, pojawia się kontrabas i organy Hammonda.

W całym materiale muzycznym realizuję koncepcję, którą definiuję jako „piosenki grane przez jazzmanów”. Stylistycznie płyta jest bardzo zróżnicowana – tak jak zróżnicowane są moje inspiracje: pojawia się soul, blues, R'n'B, funky, muzyka latynoska, a nawet… disco. Natomiast w Jazzdemonie chciałam oddać hołd swoim muzycznym korzeniom, czyli muzyce jazzowej. Natchnieniem był tekst Grzegorza Wasowskiego, a moja wyobraźnia podsunęła swingową opowieść, która charakterem dyskretnie nawiązuje do słynnego standardu jazzowego Stolen Moments.

W sekcji rytmicznej zagrali: Bogusław Kaczmar na fortepianie, Adam Kowalewski na kontrabasie, a na perkusji – Tomasz Machański. Gościnnie na hammondzie wystąpił Paweł Tomaszewski – jego energetyczna, „kąsająca” partia fantastycznie wzbogaciła utwór. Myślę, że dzięki współpracy z tak doświadczonymi muzykami udało się osiągnąć dokładnie taki efekt, na jakim mi zależało.

Zdecydowałaś się wydać płytę nie tylko w streamingach, ale także na fizycznym nośniku, co oznacza, że planujesz koncerty, bo to jedyne miejsca, gdzie w dzisiejszych czasach płyty się sprzedają. Czy masz już zaplanowaną trasę?

Nie mogę się doczekać, kiedy podzielę się z publicznością nowymi piosenkami. Ten materiał dojrzewał na tyle długo, że moment ujrzenia przez niego światła dziennego mogę metaforycznie porównać do szczęśliwego finału ciąży. I to takiej... sporo przenoszonej [śmiech].

Moi muzycy – podobnie jak ja – pokochali nowe utwory, więc wspólnie i z radością wypatrujemy okazji do ich konfrontacji z szerszym audytorium. Kalendarz koncertów układa się dynamicznie – część terminów jeszcze czeka na ostateczne potwierdzenie – ale już teraz mogę zaprosić nanajbliższy występ 18 lipca, kiedy pojawimy się w niezwykle malowniczej scenerii – w sercu Puszczy Augustowskiej, w ramach Buduk Jazz Festiwal. Mam nadzieję, że te koncerty będą pięknym początkiem kolejnej muzycznej przygody.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO