fot. Sławek Przerwa
Rozmowę z Darkiem Oleszkiewiczem udało się przeprowadzić w intensywnym dla niego momencie. Dosłownie tuż przed jego wyjazdem na lotnisko, gdzie miał odebrać Agę Zaryan, z którą w Kalifornii nagrał jej nowy album. Łączył wówczas role basisty, producenta oraz aranżera. „Zmęczenie jest, ale warto było, bo płyta będzie piękna” – napisał, autoryzując wywiad.
Ta sytuacja zdaje się dobrze odzwierciedlać postać Olesa (tak funkcjonuje w środowisku jazzowym oraz w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszka od końca lat 80.) – pełnego pasji, otwartości i ciekawości świata. Śledząc jego media społecznościowe, zauważymy, że uwielbia podróżować, spędzać czas z bliskimi oraz – przede wszystkim – grać jazz na kontrabasie.
Rozmawiając z nim, można odnieść wrażenie, żeto nie tylko umiejętności muzyczne, ale też cechy jego charakteru sprawiają, że Darek Oles Oleszkiewicz od ponad 40 lat jest wziętym i cenionym muzykiem, którego do współpracy zapraszali m.in. Brad Mehldau, Charles Lloyd, Pat Metheny i Peter Erskine.
Rafał Marczak: Przyglądając się projektom, w których bierze pan udział, odniosłem wrażenie, że współpraca w triu z Alanem Pasquą i Peterem Erskinem ma dla pana szczególne znaczenie. Zdaje się, że dołączył pan do nich po śmierci kontrabasisty Dave’a Carpentera?
Darek Oleszkiewicz: Jeszcze za życia Dave’a Carpentera grałem z Alanem i Peterem w różnych sytuacjach, ale po tragicznej śmierci Davida – kontrabasisty genialnego pod każdym względem – zacząłem na stałe z nimi współpracować.
Alan i Peter znają się od ponad 50 lat – kolegowali się już na studiach w Indianie. Grając z nimi, odczuwam wielki komfort i głębię muzyki. Porozumienie między Peterem i Alanem jest magiczne, więc naprawdę nie muszę dużo dodawać, tylko po prostu być w tej przestrzeni i grać piękną muzykę. Wszyscy przyjaźnimy się od wielu lat, ja pracuję z nimi od ponad 20 lat. Nagraliśmy wiele płyt, zagraliśmy sporo koncertów na całym świecie, zarówno w triu, jak i w różnych kwartetach. Jest to jeden z moich ulubionych zespołów.
Jednym z kulminacyjnych punktów waszej działalności był album Live in Italy, nominowany do Nagrody Grammy w 2022 roku.
To była nasza pierwsza trasa po pandemii. Byliśmy przeszczęśliwi, że możemy wreszcie grać. Kilka koncertów w tej trasie było nagrywanych, ten był ostatni. Pamiętam, że zaraz po nim zostaliśmy odwiezieni na lotnisko do Mediolanu i następnego dnia lecieliśmy do Los Angeles.
Na wszystkich koncertach panowała fantastyczna atmosfera, bo wszyscy – zarówno publiczność, jak i muzycy, cieszyli się z faktu, że wreszcie możemy wspólnie przebywać i kreować sztukę po prawie dwóch latach, kiedy nie było to możliwe. Udało nam się nie zachorować, bo przecież Covid-19 wciąż działał i zdarzały się sytuacje, że trasy były przerywane i muzycy zostawali w hotelach na kwarantannie.
Dodatkowo Camogli to piękne miasto nad morzem – jedno z wielu, jakie wówczas we Włoszech odwiedziliśmy. Ta trasa, a także koncert, który został wyróżniony nominacją do nagrody Grammy, były szczególnym momentem w naszym życiu.
Innym nietuzinkowym triem, z którym był pan związany, było to Brada Mehldaua. Nagrał pan z tym pianistą słynną płytę Largo, współpracując w sekcji m.in. z legendarnym „sesyjniakiem” Jima Keltnera. Jak tamte prace wyglądały od kuchni?
To była ciekawa sesja – nie wiedziałem zupełnie, czego się spodziewać – ile i jaką muzykę nagramy. Brad nie wysłał mi niczego wcześniej, a ja też wróciłem z trasy w Europie i dosłownie następnego poranka pojechałem do studia Capitol Records w Hollywood. Poznałem tam właśnie Jima Keltnerai Matta Chamberlaina oraz sporo innych muzyków, z którymi nigdy wcześniej nie współpracowałem. Niektórych utworów, w tym tych Beatlesów, nigdy wcześniej nie słyszałem. Pamiętam, że był jeden utwór, który graliśmy na zasadzie jamowej – bez nut. Nie wiedziałem, co to było, zagrałem „na ucho” to, co myślałem, że powinienem zagrać. Później Brad powiedział mi, że dobrze, że tego nie znałem, bo miałem dzięki temu świeżą perspektywę, co bardzo mu się podobało.
Nigdy nie byłem fanem The Beatles czy zespołów rockowych– nie znam ich płyt, nie słucham radia, więc można mnie wielokrotnie zaskoczyć [śmiech].
Jak w ogóle poznał pan Brada?
Był 1996 rok, kiedy zadzwonił do mnie manager Michael Davenport, z którym współpracowałem wówczas przy okazji grania z Joe Lovano, i zapytał, czy mógłbym zagrać kilka koncertów w Kolorado z jego nowym klientem – Bradem Mehldauem. Nie wiedziałem wtedy, kto to jest – myślałem, że saksofonista, ale oczywiście coś mi się pomyliło. „Świetnie, bardzo chętnie” – odpowiedziałem. Spotkaliśmy się na próbach w Los Angeles, Brad miał wtedy 26 lat, ale już grał genialnie. Byłem zaskoczony, na jak wysokim poziomie on grał. Obydwaj zauważyliśmy, że istnieje między nami łatwa komunikacja muzyczna, jeśli chodzi o harmonię czy rytm, więc dobrze grało nam się razem. W tamtym okresie Brad przeniósł się do Los Angeles, mieszkał tutaj przez kilka lat, więc graliśmy w tych okolicach sporo koncertów w triu czy w duecie.
Larry Grenadier w tamtych latach był bardzo zajęty podróżowaniem z triem Pata Metheny’ego, więc zastępowałem też Larry’ego na różnych trasach w Stanach i w Europie. Zagrałem z Bradem – kiedyś to liczyłem – około stu koncertów. W roku 2001 nagraliśmy jego płytę Largo, a rok później kilka duetów na mojej Like a Dream.
Byliśmy w kontakcie przez wiele lat i próbowaliśmy umówić się na wspólne koncerty, lecz zawsze coś stawało na przeszkodzie, aż wreszcie udało nam się wystąpić na Jazzie nad Odrą w 2024 roku. Było to piękne wydarzenie, choć mieliśmy tylko godzinną próbę już na scenie we Wrocławiu. Zagraliśmy trochę utworów nowych, ale i trochę starszych, które kiedyś wykonywaliśmy.
Co roku przyjeżdżam na Jazz nad Odrą, który jest moim ulubionym festiwalem na świecie. Mam tu szansę realizowania projektów z różnymi artystami z USA. To było dla mnie coś szczególnego – ponowne zagranie z Bradem i z Jorge Rossym, którego uwielbiam i który jest genialnym muzykiem – uważam, że jest najlepszym perkusistą ze wszystkich, którzy grali z Bradem. Jorge rozumie muzykę Brada na jakimś telepatycznym poziomie, lepiej niż ktokolwiek inny.
Podobnie jak z Alanem i Peterem – będąc pomiędzy Bradem a Jorge na scenie, czuję, że znalazłem się w najlepszym dla siebie miejscu na świecie [śmiech]. Nie muszę dużo robić, żeby nastąpiła magia – wszystko to idzie bardzo naturalnie.
Nic dziwnego, że Mehldau znalazł się na pana liderskim debiucie – Like a Dream.
Kiedy nagrywałem album Like a Dream, wybrałem ludzi, z którymi współpracowałem od lat. Zjawili się Brad Mehldau, Bennie Maupin, członkowie LA Jazz Quartet, a także dwóch młodszych muzyków, którzy byli moimi studentami – Nate Wood i Adam Benjamin. Ci ostatni są teraz sławni, obaj jeżdżą ze swoimi projektami po całym świecie.
Nigdy nie byłem mocnym liderem czy kompozytorem, a jednocześnie będąc sidemanem dla wielu innych wspaniałych artystów, byłem stale zajęty i musiałem się skupić na ich muzyce, więc przez wiele lat nie miałem czasu, żeby się zająć własną muzyką. Może wyszło to na dobre, ponieważ bardzo dużo nauczyłem się od wspomnianych muzyków, czy to w zakresie improwizacji, czy kompozycji, co zaczęło procentować w moich kompozycjach dopiero po latach. Nie był to wczesny, ale moim zdaniem udany debiut.
Bennie Maupin, członek Headhunters Herbiego Hancocka i uczestnik nagrań do Bitches Brew Milesa Davisa, zaprosił później pana do studia na nagrania jego albumu Penumbra.
Nasza współpraca zaczęła się od koncertu na festiwalu plenerowym w Los Angeles. Później powoli zaczęliśmy umawiać się na próby i takie luźne muzykowanie. Po jakimś czasie Bennie zdecydował, że mamy dobry zespół i musimy grać więcej. Gdy poszliśmy do studia nagrać płytę Penumbra, mieliśmy za sobą sporo koncertów, dużo ogranego materiału i dobrą chemię jako zespół. Na perkusji grał Michael Stephans, na instrumentach perkusyjnych Munyungo Jackson. Zawsze czułem się znakomicie w tym składzie, ponieważ jako kontrabasista, nie grając na instrumencie harmonicznym typu fortepian czy gitara, miałem dużo wolności. Bennie Maupin dawał mi jej sporo i zawsze mogłem grać, co chciałem i jak długo chciałem. Czułem, że mam w nim naprawdę dobrego druha [śmiech].
Jesteśmy przyjaciółmi od wielu lat, ale trudno przeanalizować mi, jak do tego doszło. Gdy jest się basistą, który gra ze wszystkimi codziennie, takie sytuacje naturalnie dochodzą do skutku. Ogólnie rzecz biorąc, muzyk, który dobrze gra na kontrabasie, jest przygotowany i otwarty muzycznie, ma zazwyczaj bardzo dużo ofert. Był czas w Los Angeles, kiedy grałem z różnymi zespołami codziennie – dosłownie siedem dni w tygodniu. Będąc w tym kręgu, często przypadkowo, poznałem wielu muzyków i z tych sytuacji czasami rodziły się wieloletnie współprace.
Które mogłyby nigdy nie zaistnieć, gdyby nie podjął pan decyzji o wyjeździe z Polski w 1987 roku.
Polska w latach 80. to były zupełnie inne realia, a ja byłem młody i ciekawy świata. Wyjazd z kraju był romantyczną przygodą – najpierw wyjechałem do Meksyku, poznałem tam piękną kobietę, później wyjechaliśmy do Kalifornii, nie znając tam prawie nikogo. Były to trudne początki, ale energia i chęć poznania świata, muzyki i muzyków była głównym motorem mojej działalności. Nie było mi łatwo, żeby zaistnieć w Kalifornii w środowisku jazzowym! Nie jestem, niestety, przykładem hollywoodzkiej kariery, w której wszystkie wrota się otwierają i czeka na ciebie olbrzymi sukces komercyjny czy artystyczny. W moim przypadku to szło bardzo powoli i miałem trochę szczęścia, ale jednak nie jest to „Hollywood story”, o jakiej czytamy czasami w biografiach słynnych artystów.
Szukał pan rozwoju muzycznego i szybko trafił na mentora w postaci Charliego Hadena!
Jedni z pierwszych muzyków, których poznałem w Los Angeles, to byli Ravi Coltrane, Ralph Alessi i David Ake, wówczas studenci California Institute of the Arts, gdzie Charlie Haden był wykładowcą. Zasugerowali mi, żebym przyjechał do CalArts i starał się o stypendium. Dzięki ich namowom pojawiłem się w Valencii, przeszedłem przez egzaminy i szczęśliwie otrzymałem pełne stypendium. Tak stałem się studentem Charliego Hadena czy Jamesa Newtona – wykładowcy kompozycji i historii jazzu. Charlie Haden był znakomitym nauczycielem, później również przyjacielem, i wywarł olbrzymi wpływ na moje brzmienie i mój rozwój jako kontrabasisty. Po ukończeniu studiów również zostałem wykładowcą na tej uczelni i wykładam tam od ponad 30 lat. Do tej pory mają tam bardzo dobry, interesujący program jazzowy.
Co zaszczepił w panu Haden?
Najważniejszą kwestią, o jakiej rozmawialiśmy podczas lekcji, było zapominanie o sobie, słuchanie i koncentracja. Słuchanie płyt, słuchanie innych muzyków, ale też tego, co ma do powiedzenia Charlie Haden o życiu czy o polityce. Zawsze też miał nowe, śmieszne dowcipy. Był bardzo interesującym człowiekiem.
Do tej pory pamiętam, o czym mówił. „Co to znaczy być dobrym muzykiem?”, „Co to znaczy być dobrym człowiekiem?”, „Jaka muzyka jest wartościowa?”, „Jak grać na kontrabasie, żeby wszyscy chcieli z tobą grać?”.Były to bardzo szczególne momenty, które do tej pory noszę w sercu.
Czy utrzymywali panowie kontakt także w późniejszym okresie?
Byliśmy w kontakcie, przez ostatnie dwa lata jego życia dużo pomagałem mu w domu. Kiedy był już chory i bardzo słaby, jeździłem do niego dość często. Pomagałem mu także przy przygotowaniach do sesji w duecie z Patem Methenym przy okazji nagrań do filmu Living Is Easy with Eyes Closed. Drukowałem mu nuty, ćwiczyłem te utwory z nim i jeździliśmy do studia. Opiekowałem się nim w studiu, pomagając z kontrabasem, bo było mu coraz trudniej.
Były to ciekawe czasy – nawet wtedy sporo nauczyłem się od Charliego, który zawsze słuchał w domu muzyki… Słuchaliśmy jej razem, rozmawialiśmy o życiu… Byliśmy przyjaciółmi. Przez wiele lat byliśmy w kontakcie, przyjeżdżaliśmy nawzajem na swoje koncerty, spotykaliśmy się na kolacjach czy imprezach. Były to miłe i inspirujące momenty. Nawet w tych ostatnich latach, gdy był już bardzo słaby, za każdym razem po wizycie u niego czułem się tak zainspirowany i doładowany energią, że myślałem, że to Charlie bardziej pomaga mnie niż ja jemu! Jechałem do jego domu, żeby pomóc w jakichś sprawach, a po wyjściu czułem się lepiej niż wcześniej.
Postać łącząca pana i Hadena to także Pat Metheny, z którym także wielokrotnie pan koncertował.
Pat to wspaniały człowiek, muzyk i artysta – zarówno na scenie, jak i poza nią. Pat zawsze z wielkim szacunkiem opowiada o muzyce i o muzykach, z którymi pracował. Czasami rozmawiamy o polityce, o sytuacji w kraju i na świecie.Jest to zawsze niezwykle skupiony artysta, który ma tak nieprawdopodobną energię i chęć grania, że czasami wydaje mi się, że ma 18 lat. To gitarzysta, który uwielbia grać i odkrywać muzykę. On codziennie chce ćwiczyć i zrobić coś nowego. W jego wypadku wiek kompletnie nie gra roli! Muszę powiedzieć, że Pat teraz gra o wiele lepiej niż wtedy, kiedy zaczynał. Jego muzyka stała się dojrzalsza, głębsza i piękniejsza. On oczywiście o tym wie i sam to przyznaje.
Współpraca z nim zawsze jest pięknym skupieniem na muzyce i wiąże się ze świetną organizacją, jeśli chodzi o próby, koncerty i cały harmonogram trasy. Naprawdę imponująca etyka pracy i skupienie na tym, co najważniejsze, czyli na muzyce.
Należy pan do generacji muzyków, którzy zdążyli zagrać z wieloma gigantami tworzącymi podwaliny współczesnego jazzu. Wielu z nich już, niestety odeszło. W Polsce z pewnością do takich postaci należał Jan Ptaszyn Wróblewski, który w przyszłym roku obchodziłby 90 lat.
Ptaszyn był jednym z pierwszych ważnych liderów, z którymi pracowałem. On pierwszy zaoferował mi profesjonalne koncerty i nagrania w triu czy w większych składach, kiedy byłem bardzo młodym i niedoświadczonym muzykiem, więc dużo zawdzięczam Ptaszynowi. Wspaniały muzyk i człowiek – wiele się od niego nauczyłem. Ważny dla wszystkich – dla słuchaczy i całego środowiska jazzowego – nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, żeby taka postać mogła odejść.
Podobnie czułem w przypadku Wojtka Karolaka, Tomka Szukalskiego, Zbyszka Namysłowskiego, Jarka Śmietany, Janusza Muniaka czy Henryka Majewskiego, z którymi współpracowałem. Giganci – genialni ludzie, którzy odchodzą.
Pozostając przy gigantach… Zdaje się, że przy okazji albumu The Water Is Wide Charles Lloyda wziął pan udział w jednej z ostatnich sesji Billy’ego Higginsa?
Tak. Mieliśmy kwartet z Billym Higginsem i Johnem Abercrombiem. Czasami grywał z nami też Bobo Stenson lub William Henderson, też znakomity pianista. Dużo nauczyłem się od Billy’ego. To był nieprawdopodobny człowiek i muzyk. Genialna osobowość – cechowały go radość z życia, kreatywność, poczucie humoru. Odszedł młodo, miał tylko 64 lata, ale borykał się z poważnymi problemami zdrowotnymi.
Czy spośród licznych projektówtym, do którego wraca pan szczególnie chętnie jest Los Angeles Jazz Quartet?
Tak, to prawie jak rodzina! Zdecydowanie dobra grupa przyjaciół dzielących podobną wizję artystyczną i rozpoznawalne, unikalne brzmienie zespołowe. Dla mnie zawsze sound tenoru Chucka Manninga i gitary Larry’ego Koonse’a były jednymi z moich ulubionych. Współpracujemy od ponad 30 lat. Nagraliśmy pięć płyt, a teraz pracujemy nad nowym programem i planujemy koncerty w rejonie Los Angeles. W tym zespole uczyliśmy się wszyscy razem kompozycji i improwizacji na demokratycznych zasadach – każdy mógł próbować swoich utworów i być współliderem grupy. Jest to dla mnie bardzo ważny zespół, z którym mam nadzieję jeszcze wiele lat współpracować.