new 04-2021
Książki

Lopold Tyrmand - Dziennik 1954

Obrazek tytułowy

Legenda „Dziennika 1954” jest niemal równie barwna jak legenda jego autora, Leopolda Tyrmanda. Kontrowersje wzbudzała nie tylko treść „Dziennika”, lecz sam fakt jego powstania. W przedmowie do londyńskiego wydania, w której Tyrmand opisywał historię wywiezionych z Polski brulionów, znalazło się zdanie: ...niniejsza książka zawiera całość dziennika, nienaruszoną przez względy edytorskie, rozterki moralne, polityczne konieczności, towarzyskie koneksje. Na okładce tomu reprodukowano fragment rękopisu, który okazał się niezgodny z tekstem zamieszczonym wewnątrz książki. Podniosły się liczne głosy, zarzucające Tyrmandowi, że „Dziennik” napisał na Zachodzie, zapewne na podstawie wywiezionych z kraju notatek.

Świadectwa Stefana Kisielewskiego i Jana Józefa Szczepańskiego, którym Tyrmand czytał fragmenty „Dziennika” w 1954 roku, nie zmieniły opinii o apokryficznym charakterze książki.

Jaka jest więc prawda? „Dziennik 1954”rzeczywiście powstał w Polsce, ale został przez autora poddany gruntownej redakcji. Fragmenty maszynopisu, zachowane w archiwum Tyrmanda, noszą ślady trzykrotnej obróbki autorskiej.

Niniejsza edycja „Dziennika” obejmuje całość notatek Leopolda Tyrmanda, prowadzonych przez autora między 1 stycznia a 2 kwietnia 1954 roku. Prezentowany oryginał różni się w sposób znaczący od pierwotnie opublikowanych wersji: fragmentów drukowanych w londyńskich „Wiadomościach” w latach 1973-1978, pierwszej edycji książkowej (Polonia Book Fund, Londyn 1980) i kilku następnych wydań krajowych i zagranicznych. Obecne wydanie zawiera kompletny rękopis „Dziennika”, przechowywany wraz z resztą spuścizny po pisarzu w archiwach Hoover Institution. Podobnie jak całe archiwum pisarza, oryginał „Dziennika” jest dostępny do publicznego wglądu.

W książce tej jest wszystko, czego można chcieć się dowiedzieć o życiu w socjalizmie. Oczywiście życiu inteligenta. A szczególnie inteligenta Warszawiaka. Na kartach „Dziennika 1954”**spotkamy Herberta, Jasienicę, Kisiela, Turowicza**i wielu innych. Poznajemy też prozę i poezję bytowania młodego pisarza, świetnego obserwatora, znakomitego stylisty, którego wkrótce pozbyto się z Polski na stałe.

Nie przypadkiem w tytule tej książki znalazła się data jej powstania. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że „Dziennik 1954”jest kroniką określonego czasu, i to czasu jak na dziennik wyjątkowo krótkiego: nie jednego roku nawet, lecz zaledwie jednego kwartału, okresu od 1 stycznia do 2 kwietnia 1954. Stało się tak też dlatego, że w postaci książki dziennik Tyrmanda ukazał się po raz pierwszy po ćwierćwieczu od napisania, w roku 1980 i autor pragnął zaznaczyć ten dystans. Stało się tak wreszcie chyba dlatego, że rok 1954 był w biografii i twórczości Tyrmanda rokiem przełomowym.

Kim był Leopold Tyrmand przed rokiem 1954?Mimo młodego wieku wiele miał już za sobą. Urodzony 16 maja 1920 w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, po maturze wyjechał do Paryża, by w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych studiować architekturę (1938-39). Z początkiem wojny znalazł się w Wilnie. Aresztowany w kwietniu 1941, został skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia za „konspirację antylitewską”. Z wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej mógł więzienie zamienić na roboty przymusowe. Imał się różnych prac: był robotnikiem i kelnerem, kreślarzem i palaczem, wreszcie marynarzem. W tej ostatniej roli spróbował ucieczki; schwytany w Norwegii, trafił do obozu koncentracyjnego. Pobyt w Norwegii przyniósł Tyrmandowi znajomość języka norweskiego i materiał do pierwszej książki – Hotel Ansgar. Po powrocie do kraju w 1946 r. Tyrmand pracował najpierw jako dziennikarz w „Expresie Wieczornym” i „Słowie Powszechnym”. W latach 1947-49 był członkiem redakcji „Przekroju”, w roku następnym rozpoczął stałą współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”. Praca ta skończyła się z chwilą odebrania pisma prawowitym redaktorom i przejęcia go przez Jana Dobraczyńskiego (1953).

Kim zatem był Tyrmand w roku 1954? To zależało od punktu widzenia. Dla niektórych był nikim, człowiekiem przegranym, któremu podwinęła się noga. Wariatem, co nie chce zrozumieć dziejowej konieczności i nie bierze udziału w realizacji postulatów socrealizmu. Dla niektórych był barwną postacią Warszawki, cynicznym bikiniarzem w kolorowych skarpetkach, arbitrem elegancji, propagatorem zachodnich nowinek. Dla niektórych wreszcie był Tyrmand wzorem postawy niezłomnej, człowiekiem, który niedostatek i brak możliwości publikowania przedłożył nad ewentualną karierę i zaszczyty – z lojalności dla swoich przekonań. Co ciekawsze, autor w trakcie dziennika sam – zależnie od nastroju chwili – patrzy na siebie z tych trzech perspektyw.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO