fot. Przemek Jedynak, WąbJAZZno
Dominic Miller dał się poznać szerokim rzeszom słuchaczy jako wieloletni współpracownik Stinga i jedna z najważniejszych postaci w jego koncertowych zespołach. Jednocześnie od lat 80. XX wieku gitarzysta nie zaniedbuje działalności na własny rachunek, regularnie nagrywając albumy z autorskimi kompozycjami bądź aranżacjami muzyki różnych gatunków, którą szczególnie ceni. Jest też autorem książki, w której wskazał swoje ulubione piosenki, proponując ich własne aranżacje. Przy okazji koncertów, z którymi na przełomie maja i czerwca zawitał do Polski, muzyk podzielił się refleksjami m.in. na tematpodejścia do twórczości swoich mistrzów i opowiedziało kulisach występowania w zespołach, zarówno wielkiej ponadgatunkowej światowej gwiazdy, jak i docierających do mniejszej publiczności.
Rafał Garszczyński: Zawsze chciałem o to zapytać. Jak radzisz sobie na scenie, kiedy masz gorszy dzień? Wszyscy miewamy gorsze dni. Muzycy to też ludzie. Trzeba wyjść na scenę i dać z siebie wszystko dla tych, którzy przyszli na koncert będący przecież świętem muzyki i spotkaniem z idolem?
Dominic Miller: Dobre pytanie. Myślę, że to kwestia zaufania. Kiedy jest ten słabszy moment, trzeba mieć do siebie zaufanie i tego nie ukrywać. Trzeba to zaakceptować. Czasem zdarzają się też błędy na scenie. Musisz się z tym oswoić. To tak samo, jak w momencie, kiedy masz zły dzień ze swoim partnerem w życiu. Trzeba o tym rozmawiać. Na scenie mam przecież zespół. Każdy problem da się jakoś rozwiązać. Nie wolno niczego zamiatać pod dywan. Od akceptacji tego, że dziś jest właśnie ten gorszy dzień, zaczyna się jego naprawa. W każdej chwili może być lepiej. To moja strategia, choć na szczęście naprawdę złe chwile nie zdarzają się często.
Dobrze to słyszeć. Na koncertach grasz czasem A Day In the Life Lennona i McCartneya. Czy to wpływ Jasona Rebello, który gra w twoim obecnym zespole? Trudno nie skojarzyć faktu, że Jason grał ten temat często z Jeffem Beckiem?
Gram utwory, które lubię. Zawsze lubiłem tę piosenkę. To świetnie, że grał ją Jeff Beck, ale nie dlatego gram ją z moim zespołem. The Beatles, jak Bach czy Beethoven, są dla wszystkich. Każdy może interpretować ich muzykę. Niektórzy bardzo ją zmieniają, ja raczej trzymam się oryginału. Nie dokładam zbyt wielu swoich akordów. Nie ma sensu poprawiać dobrej melodii. Czy powinno się dodawać dodatkowe przymiotniki do tekstów Szekspira? To byłoby niestosowne. Chciałbym, żeby ludzie zwracali swoją uwagę na The Beatles, kiedy gram ich muzykę.
Muzyka to sztuka szukania przestrzeni pomiędzy dźwiękami. Dla mnie to właśnie klucz do twoich interpretacji znanych kompozycji. Zdradzisz, w jaki sposób wybrałeś 15 utworów do swojej książki Song Classics for Solo Guitar: Arranged By Dominic Miller? Pewnie trudno było zdecydować się na tylko 15 utworów?
To było bardzo trudne! Bardzo skomplikowaną sprawą jest nie tylko wybór artystyczny, ale też dostępność praw do publikacji. Zrobiłem na przykład świetną aranżację Hotel California The Eagles, ale z jakiegoś nieznanego mi powodu jest niemal niemożliwe, żeby tę kompozycję umieścić w książce. Wszystkie utwory, które w książcesię znalazły, należą do moich ulubionych. Część to melodie, z którymi dorastałem. Przygotowanie takiej publikacji to praca podobna do prowadzenia skomplikowanego dochodzenia. Musisz głęboko zanurzyć się w strukturze, harmonii kompozycji. To dla mnie bardzo emocjonalny, a jednocześnie pouczający proces, który pozwala zrozumieć, jak dobrze napisane są dobre utwory.
Część z tych utworów słuchacze znają z twoich płyt, inne jednak były dla mnie zaskoczeniem. Czy zdecydowały wspomnienia z dzieciństwa?
Coś w tym rodzaju. Muzyka mojej młodości. Nigdy nie byłem na przykład wielkim fanem Emerson, Lake & Palmer, ale zawsze podobał mi się utwór From the Beginning. Słyszałem gitary akustyczne i piękne, poruszające melodie. Kompletując listę utworów do książki, chciałem dotknąć kilku różnych gatunków muzycznych – rocka progresywnego, folku. Zawsze lubiłem Neila Younga, ale też Jamesa Taylora, no i są oczywiście jeszcze Carole King, Gordon Lightfoot i Jackson Browne. Biorąc pod uwagę tych wszystkich artystów, najbardziej zawsze przemawiał do mnie album Harvest Neila Younga. To jeden z dziesięciu najważniejszych dla mnie albumów. Na tej muzyce się wychowałem. Dlatego w książce jest aranżacja Heart of Gold*.
Jak dajesz radę przestawiać się mentalnie z występów na olbrzymich stadionach do małych klubów, kameralnych sal. Od światowej olbrzymiej produkcji, rockowego życia w trasie do występów w małych klubach jazzowych?
To dobre pytanie. Mam na to własne spojrzenie. Najważniejsze są dobre relacje z pozostałymi muzykami w zespole. Od tego wszystko się zaczyna. Jeśli takie masz, to nie jest ważne, czy gramy dla 50 tys. Ludzi, czy w małym klubie dla 50. Ciągle jest czterech czy pięciu muzyków na scenie. To nie zmienia się niezależnie od ilości słuchaczy. Jeśli masz zespół, wszystko staje się możliwe. Nie ma znaczenia, czy to stadion, czy mały klub. Słuchaczy trzeba traktować równie poważnie. Oczywiście istnieje emocjonalna różnica pomiędzy wyjściem na scenę, kiedy widzisz przed sobą 50 tys. osób i kiedy jest ich tylko 50. Jednak grać dla 50 osób jest o wiele trudniej. Słyszysz każdy detal. Wszyscy słuchacze skupiają się na tobie.
Przed zagraniem pierwszego dużego koncertu ze Stingiem byłem zdenerwowany, ale zaskoczyło mnie, jak szybko się uspokoiłem. Zdałem sobie sprawę, że to wszystko nie dotyczy tylko i wyłącznie mnie. Stałem się częścią zespołu. Częścią wielkiego wydarzenia.Co innego, kiedy daję kameralny koncert. Jeśli przyjdzie mi zagrać dla 40 gitarzystów, to będzie pewnie najbardziej onieśmielające.Ważne jest też przygotowanie i właściwe brzmienie. Jeśli technika działa dobrze, to można dać z siebie wszystko.
W Polsce jest takie wydarzenie we Wrocławiu – Gitarowy Rekord Świata. Na rynku spotyka się co roku wiele tysięcy gitarzystów i wspólnie grają. To tradycyjne wydarzenie organizowane od lat.
Co grają?
Tradycją jest Hey Joe, ale później odbywają się koncerty gwiazd i pojawia się różny repertuar.
Brzmi jak koszmar, ale jednocześnie fantastyczna zabawa. Czasem uczestniczę w warsztatach gitarowych. Mam do tego bardzo wyważone podejście. Kim jestem, żeby mówić innym, jak mają grać? To bardzo subiektywne. Każdy ma swoją muzyczną drogę. Nie ma uniwersalnego sposobu gry na gitarze. Trzeba ćwiczyć. Studenci często pytają, jak doszedłem do mojego unikalnego stylu? Każdy musi być sobą, mieć swoją muzyczną osobowość. Możesz posługiwać się różnymi stylami gry. Gitarę można wykorzystać na niezliczoną liczbę sposobów.
Musisz być oryginalny. Powtarzam studentom, żeby byli sobą i grali własną muzykę. Szukając własnego brzmienia, w nieuchronny sposób będziesz na początku naśladował swoich idoli. Prędzej czy później znajdziesz własny sound. Nie przypuszczam, żeby Jeff Beck budził się co rano i próbował naśladować swoje własne brzmienie. Po prostu był sobą. Miał własny głos. Moje brzmienie to wypadkowa wszystkich muzycznych doświadczeń. Tego, czego słucham, i tego, co gram. Od Ralpha Townera przez Jimiego Hendrixa do Baden Powella. Są wśród nich też przecież Eddie Van Halen i Julian Bream. Ta lista w zasadzie nie ma końca. Na koniec wszystko polega na tym, że największym komplementem dla gitarzysty jest, jeśli ludzie mówią ci, że lubią twoje brzmienie. Wtedy czuję, że dobrze wykonuję swoją pracę.
Często można usłyszeć, że komuś podoba się twoje nagranie albo że lubi określoną melodię. Największym sukcesem w moim muzycznym życiu była chwila, kiedy po raz pierwszy ktoś mi powiedział, że lubi moje brzmienie. Miałem wtedy około 30 lat. To był dla mnie punkt zwrotny mojego muzycznego życia.
To punkt, w którym miałeś już wszystkie umiejętności techniczne i odpowiednią wiedzę o teorii muzyki, żeby nic nie przeszkadzało i żeby za pomocą instrumentu wyrażać osobiste emocje?
Świetne podsumowanie. Teoria i wszystkie sprawy techniczne to coś, czego trzeba się nauczyć. Nie można też skupiać się jedynie na jednym stylu muzycznym. Nie wolno się zniechęcać. Są muzycy, którzy grają tylko metal albo skupiają się na muzyce klasycznej, albo reggae, jazzie czy funku. Trzeba być otwartym na wszystkie stylistyki, piękno jest w każdej muzyce, od heavy metalu do muzyki renesansu i baroku. Musisz być otwarty.
Technika ma pomagać, ale nie tworzy muzyki. Pomaga artyście wyrazić siebie.
No właśnie. Różne style muzyczne wymagają oczywiście nieco innej techniki gry. Moi ulubieni muzycy mają swój sound, nie muszą grać najszybciej ani wykazywać się jakąś szczególną zręcznością. Muszą mieć sound. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy taki król szybkości potrafiłby zagrać to samo dwa razy wolniej. Zwykle to dużo trudniejsze. Na warsztatach zwykle słyszę, że w takich przypadkach są problemy z kontrolą brzmienia. W muzyce nie chodzi o pamięć mięśniową. Grać wolno to jak być mistrzem sztuki ninja gitary. To domena moich ulubionych muzyków w rodzaju Jeffa Becka, Eddiego Van Halena, Juliana Breama, a także Ralpha Townera.
Jak to się dzieje, że niektóre kombinacje dźwięków mają sens, inne niekoniecznie. Czy prawdziwe jest stwierdzenie, że prawie wszystkie piękne melodie zostały już napisane – wszystkie sensowne kombinacje zostały już wykorzystane?
Zdecydowanie nie. To samo pytanie można zadać mistrzowi gry w szachy. Po sześciu ruchach znajdujesz się już na nieznanym terytorium. Wiele rozwiązań harmonicznych zostało wykorzystanych, ale z dźwiękami jest inaczej – to jak w szachach – po sześciu-siedmiu dźwiękach jesteś na nowym, nieznanym terytorium. Możliwości rosną i są nieograniczone. Nie uważam, żeby wszystkie melodie zostały już napisane, w żadnym wypadku
Jak zatem radzisz sobie z nową melodią – czy nie masz wątpliwości, że to nowy pomysł? Nie obawiasz się, że gdzieś to słyszałeś i mózg podpowiedział znane rozwiązanie? Ja jakoś nie wierzę w te historie, że muzykowi przyśnił się znany riff i jak się obudził, to skomponował przebój. Czy komponowanie to nie ciężka praca w studiu, z instrumentem, fortepianem albo gitarą, testowanie nowych pomysłów?
Różnie bywa. Czasem mam pomysł, który może być znaną melodią. Nie wiem skąd pochodzi. Gram znajomym i pytam, czy gdzieś tego nie słyszeli, czy to czegoś nie przypomina. Najlepsze kompozycje w moim przypadku to odrobina szczęścia. Niektórzy nazywają to kombinacją szczęścia i inspiracji. Musisz to wykorzystać i uhonorować. Inspiracja przychodzi z nieba, od jakiejś magicznej siły wyższej. Ktoś wkłada te dźwięki w twoje ręce. Trzeba się tego trzymać i pracować nad nowymi melodiami. To trochę taka odpowiedzialność, którą czuję, nie można w nowej melodii ciągle powtarzać jednego pomysłu, trzeba go rozwijać. To jak trudne hasło w krzyżówce, takie powiedzmy na 17 liter – masz pomysł, ale musisz go rozwiązać i udoskonalić. Jeśli uda mi się z pomysłu zrobić dobrą kompozycję, to powstaje coś naprawdę oryginalnego i prawdziwego. Czuję, że dobrze wykonałem swoją pracę. Często wiele pracy trzeba włożyć w naprawdę prostą melodię.
Czy nie jest marzeniem każdego muzyka skomponowanie prostej, pięknej melodii?
Dokładnie tak. Dałbym kilka przykładów, ale nie mam teraz ze sobą gitary. Weźmy choćby Shape of My Heart, do którego potrzebna była odrobina szczęścia. Kombinowałem z akordami fortepianowymi, trochę w stylu Chopina ćwicząc na gitarze ich użycie. Przypadkiem wyszła kombinacja akordów, które składają się na ten utwór. Pewnie w takiej kolejności została zagrana pierwszy raz. Zmieniłem trochę rytm, żeby przypominał trochę styl gry Johna Lennona. Ta kombinacja akordów Chopina i rytmów Johna Lennona dała Shape of My Heart. To nie jest pewnie w pełni oryginalna rzecz, ale w tej kombinacji dała oryginalną kompozycję. Nic mniej i nic więcej.
Wierzysz w to, że miejsce, gdzie się rodzisz, muzyka, której doświadczasz w dzieciństwie kształtuje artystę?
Wierzę w to, choć nigdy w ten sposób o tym nie myślałem. Kiedy to powiedziałeś, pomyślałem, że wiele można o tym powiedzieć. Dzieciństwo spędziłem w Argentynie, w Buenos Aires. Kiedy miałem pięć, sześć, siedem lat nie interesowałem się muzyką, ale wiele muzyki, folkloru było wokół mnie. Tango, synkopy, rytmy brazylijskie i wenezuelskie, kolumbijskie, cała latynoska muzyka otaczała mnie. Folk na pewno ma wpływ na moją muzykę.
Myślałeś o nagrywaniu solo?
Tak. Pierwszy album, który nagrałem z ECM (Silent Light), był prawie taki. Trochę instrumentów perkusyjnych i zabrzmiał dobrze. Z pewnością do tego wrócę. Gra solo to zupełnie inne przeżycie niż gra z zespołem. Masz pełną kontrolę nad tempem i kształtem melodii. Możesz wszystko zmieniać bez obawy o zespół.
To bardzo odważne, nie możesz ani na chwilę schować się za kimś na scenie?
Przywilejem jest granie w dobrym zespole z wyśmienitymi muzykami. To najważniejsza rzecz, której nauczyłem się od Stinga. Trzeba otaczać się najlepszymi muzykami, wtedy wszystko brzmi dobrze i ty brzmisz świetnie. To było fantastyczne mieć obok siebie ludzi takich jak Kenny Kirkland, Omar Hakim i Branford Marsalis. Sting był bohaterem, mistrzem, bo potrafił zrobić z nich zespół. Tą samą filozofią kieruję się w moim zespole. Pozwalam muzykom błyszczeć. Nie ma większej satysfakcji niż widzieć sukces zespołu. Wtedy ja też odnoszę sukces.
Ciągle się dziwię,wspominając czasy tego składu, jak Stingowi udało się zrobić zespół z takich gwiazd?
Tak, to niezwykłe. To najważniejsza umiejętność lidera zespołu. Tego nauczyłem się od Stinga. Pozwól muzykom grać, daj im swobodę, ale w ramach ustalonej struktury. To jest trudne, ale daje fantastyczne rezultaty.
Czyli wolność wewnątrz ogrodzenia?
Dokładnie tak, dobrze powiedziane.
Tak długo, jak wewnątrz ogrodzenia jest wystarczająco dużo miejsca, to działa...
Właśnie tak.
Granie w zespole Stinga chyba nie ułatwia planowania własnych muzycznych przedsięwzięć?
Masz rację. Moje życie przez ostatnie 35 lat trochę toczy się wokół planów tego zespołu. To dużo czasu. Ale ciągle dobrze nam się gra razem. Łączy nas ciekawość i ciągle odkrywamy nowe muzyczne obszary. Nie wiem, co będziemy grać jutro i za każdym następnym razem. Jeszcze nie powiedzieliśmy naszego ostatniego słowa. Na pewno będziemy kontynuować naszą muzyczną podróż. Planujemy już koncerty do końca roku i pojawiają się daty na przyszły rok. Ciągle mamy dobrą zabawę, grając razem. Mamy trio, gramy razem i dobrze się bawimy…