Papierowy JazzPRESS
Felieton Słowo

Eksperyment i zabawa

Obrazek tytułowy

Quasimoto The Unseen

Stones Throw Records, 2000

Dzisiaj trochę o pierwszym albumie żółtej, puchatej postaci z ryjem mrówkojada/świni. Proszę nie wychodzić. Zapewniam, że są Państwo we właściwym miejscu. Powtórzę. Dzisiaj, w poważnym magazynie JazzPRESS – gdzie zapewne na wcześniejszych stronach pojawiają się słowa o wielkiej wadze i bardzo dystyngowani artyści – opowiem o albumie wyżej opisanej, fikuśnej postaci (osobiście widzę w nim bardziej mrówkojada, ale nie będę się kłócił z jego „ojcem” – niech będzie, że świnia).

Kim jest Quasimoto? To głośniejsze, bardziej ekstrawertyczne i bezczelne alter ego Madliba – jednego z najlepszych, najbardziej wszechstronnych i utalentowanych producentów w historii hip-hopu. Technicznie rzecz biorąc – wysoki głos Quasimoto uzyskuje się poprzez nagranie wokalu w niższym tempie, a następnie przyspieszeniu go. Mentalnie – „wyłazi” on z Madliba po przyjęciu odpowiedniej ilości grzybków i marihuany. Inspiracją dla całego świata Quasimoto był francuski film La Planète sauvage, a sam pomysł wydaje się być po prostu dla twórcy urozmaiceniem codziennej pracy.

Jeśli siedzi się w studio 20 godzin dziennie, to stworzenie alter ego, eksplorowanie tematów i brzmień, na które normalnie by sobie nie pozwolił, jest logicznym i ciekawym rozwiązaniem, prawda? Eksperyment i zabawa stały się pełnoprawnym wydawnictwem, gdy szef Stones Throw Records – Peanut Butter Wolf usłyszał Madliba rapującego jako Quasimoto na stronie B jednej z taśm grupy Lootpack. Spodobał mu się do tego stopnia, że stwierdził, że chętnie wyda album Quasimoto, więc Madlib wzruszył ramionami i zabrał się do pracy.

The Unseen – pierwszy album Quasimoto, wydany w 2000 roku jest godnym mistrza zbiorem różnorodnych sampli i szalonym eksperymentem. W ciągu 63 minut dostajemy ostrą jazdę po zazwyczaj ukrytej części genialnego umysłu Madliba. Większość utworów trwa nie więcej niż trzy minuty, a na płycie znajduje się ich aż 24. O ile czasami może się to wydawać zbyt krótko, by kawałki mogły się na dobre rozkręcić, a słuchacz z nimi zaznajomił, tak w przypadku The Unseen to słuszne rozwiązanie. Ta zmienność, różnorodność i szalone skakanie po brzmieniach jest kluczowym elementem całej twórczości Quasimoto.

Podobnie jest z warstwą liryczną – można narzekać, że Madlib to żaden Nas. Ale jeśli siedzi się obok zjaranego ziomka, słuchając starego jazzu albo psychodelicznego rocka, to nie ma co oczekiwać dyskusji na temat polityki Republiki Weimarskiej. Dostaniemy raczej wolne uwagi i pogadanki o dziewczynach, słabych raperach i odjechane myśli, niekoniecznie ściśle ze sobą powiązane, a już na pewno nie zawsze poprawne dla zatwardziałych obrońców moralności. To również jest część całego doświadczenia.

Co prawda Madlib w ciągu kolejnych lat jeszcze bardziej rozwinął swoje talenty muzyczne i albumy takie jak: Shades Of Blue, Madvillainy czy Piñata większość odbiorców uznała za lepsze niż The Unseen, ale debiut Quasimoto to kawał historii podziemnego rapu i przednia zabawa! Ten zbiór odkurzonych dźwięków i zarapowanych cienkim głosem tekstów to coś jak zabawa kalejdoskopem albo abstrakcyjny sen, w którym nagle najróżniejsze elementy, nie mające ze sobą nic wspólnego w prawdziwym życiu, tworzą idealną całość. A Madlib, niczym wytrawny dyrygent, trzyma nad wszystkim pieczę i daje znak jakości. The Unseen to album który zrelaksuje jak cool jazz, rozśmieszy jak Richard Pryor i da odlot jak Woodstock ‘69. Pozycja obowiązkowa.

Autor: Adam Tkaczyk

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO