Papierowy JazzPRESS
Felieton

My Favorite Things (or quite the opposite…): Muzyka krajobrazowa

Obrazek tytułowy

fot. Kathrin Schulthess

Jerzy Pietrkiewicz, polski literat, który w 1939 roku wyemigrował do Wielkiej Brytanii, po usunięciu woreczka żółciowego musiał w swojej diecie unikać tłuszczu. Ponoć od tego czasu miał się odżywiać tylko ziemniakami i popijać szampanem. Anglicy ze środowiska artystycznego, w którym się obracał, byli zachwyceni takim połączeniem prostoty z dekadenckim wyrafinowaniem. Czegoś podobnego mogłem doświadczyć podczas tegorocznej edycji szwajcarskiego festiwalu Neue Musik Rümlingen. I nie mam oczywiście na myśli doświadczeń kulinarnych.

Jeżeli uda nam się trafić na koncert muzyki współczesnej, to na ogół albo siedzimy na fotelu w filharmonii, teatrze czy studiu koncertowym, albo znajdujemy się w przestrzeni nowoczesnej, postindustrialnej, „loftowej” – czyli takiej, której estetyka teoretycznie powinna pasować do charakteru prezentowanych współczesnych dźwięków. A co by Państwo powiedzieli na koncert muzyki współczesnej w sadzie owocowym, na łące, polanie w środku lasu czy wreszcie w wiejskiej stodole? Brzmi zaskakująco? Z pewnością, ale nie dla bywalców organizowanego już od niemal 30 lat festiwalu w Rümlingen, który prezentuje nieoczywistą muzykę w jeszcze bardziej nieoczywistych miejscach – łącząc w ten sposób prostotę w wyrafinowaniem.

Współczesna, czyli wiekowa

Już podtytuł tegorocznej edycji wydarzenia 7 Landschafts­opern (7 oper krajobrazowych) sugerował istotną rolę natury w prezentowanych utworach. Krajobrazy często pojawiają się jako tła przedstawień operowych – od tych namalowanych na płótnie, przez aranżację scenograficzną, po projekcje wideo. Twórcy festiwalowi odwrócili sytuację, przenieśli muzykę w krajobraz, tworząc teatr muzyczny, w którym stał on się nie tłem, ale jednym z głównych aktorów. Podczas festiwalu zaprezentowano utwory skomponowane specjalnie na tę okazję. Ich kompozytorzy, o ile sami nie byli wykonawcami, to osobiście trzymali pieczę nad premierowymi wykonaniami. Muzyka była więc jak najbardziej współczesna, a to nie zawsze jest dziś tak jednoznaczne.

Bo czymże jest muzyka współczesna? Wydawać by się mogło, że sama nazwa definiuje ją dostatecznie – muzyka tworzona współcześnie. Tyle, że dziś muzyką współczesną nazywamy także utwory skomponowane niemal 100 lat temu. Tymczasem dodekafoniczna twórczość Arnolda Schönberga była współczesna, w najlepszym przypadku, naszym dziadkom. Patrząc więc na temat „racjonalnie”, każda epoka miała swoją muzykę współczesną i zawsze była ona trudna do zaakceptowania przez ówczesnych słuchaczy. W historii muzyki nie brak na to dowodów. Na początku XVII wieku Giovanni Maria Artusi, mówiąc o „nowych kompozytorach” – twórcach baroku i opery (w szczególności o Monteverdim) twierdził, że zaprzedają oni, niszczą i rujnują klasyczne zasady, na których opiera się prawdziwa muzyka. Także przyjęcie muzyki Beethovena przez jemu współczesnych wbrew pozorom nie było łatwe.

Przy okazji związana z tym ciekawostka. Nauczyciel Beethovena Christian Neefe u schyłku XVIII wieku nie krył swej konsternacji po wysłuchaniu koncertu, którego program był w całości złożony z utworów kompozytorów…, którzy już nie żyli! Uznał to za interesujący eksperyment, ale był przekonany, że tego typu „wybryki” pozostaną raczej ekstrawagancją niż praktyką koncertową. Dziś, jak na ironię, jeśli nie odbywa się sprofilowany pod tym kątem festiwal, albo specjalne wydarzenie, trudno znaleźć w programach filharmonii i sal koncertowych utwory stworzone przez kompozytorów w ciągu ostatnich kilku lat. W Rümlingen takiego problemu nie było…

Festival_Ruemlingen_18_Paesaggio_opera_03_schulthess-foto.jpg fot. Kathrin Schulthess

Spory wysiłek

Wracając do festiwalu i jego krajobrazowej formy, każdy utwór miał inną scenerię, ale nie dlatego, że następowała „zmiana dekoracji” – podczas szwajcarskiego festiwalu to publiczność wędruje po górach, aby móc wysłuchać kolejnych kompozycji. Niektórzy twierdzą, że słuchanie muzyki współczesnej to dla nich spory wysiłek. W tym przypadku ma to dosłowne znaczenie – uczestnictwo w festiwalu łączy sięz pokonaniem kilkukilometrowej trasy, ale myślę, że nikt ze słuchaczy w tym przypadku na to nie narzekał.

Warto było wspiąć się na leśną polanę u szczytu góry, chociażby dla doświadczeń takich jak to. Wokół spowitej nocą polany z zarośli wyłaniają się wydobyte światłem kostiumy z przedstawień operowych. Z każdego z nich wydobywa się cicha, jakby słyszana z oddali aria. Mieszają się dźwięki Mozarta, Czajkowskiego, Schönberga, Bizeta, Berga, Brittena – a więc cała historia opery. Na środku (niczym w serialu Twin Peaks) stoi czterometrowa kobieta w pięknej, czerwonej sukni do samej ziemi. Kiedy dobiegające zewsząd arie milkną, suknia kobiety rozchyla się nieco i ukazuje siedzącą tam akordeonistkę. Rozpoczyna się utwór Mischy Käserana sopran (wokalistka stojąca na wysokim, ukrytym pod suknią stelażu) i akordeon.

Najbardziej radykalnym utworem zeprezentowanym na festiwalu było Nicht-Westliches Hören (niezachodnie słuchanie) Petera Ablingera, w którym jedynym słyszalnym dźwiękiem był wiatr na górskim stoku. Konceptem kompozytora były natomiast okoliczności, w jakich słuchacze mogli delektować się ciszą – w siedmiu białych „kostkach”, nawiązujących do namiotów Beduinów, ale pozbawionych dachów (cztery białe płócienne ściany i błękit nieba nad głowami…), rozłożone zostały orientalne dywany. Po obowiązkowym zdjęciu butów i zajęciu miejsca wewnątrz słuchacze dostawali tradycyjnie parzoną, miętową herbatę. Gdy wiatr poruszał płachtami płótna, które stanowiły ściany namiotów odsłaniały się fragmenty krajobrazu, co robiło szczególne wrażenie podczas zachodu słońca. Azyl pozwalający odizolować się od natłoku dźwięków naszej cywilizacji…

Nie sposób opisać wrażeń z wszystkich siedmiu utworów, ale niesamowite wrażenie robiła też kompozycja Manosa Tsangarisa na głos, perkusję i drzewa, w której za pomocą kilku rodzajów oświetlenia z niezwykłą precyzją zainstalowanego w lesie (od lampek w mchu, przez reflektory w krzakach, po snopowe oświetlenie ogromnych drzew), twórcy osiągnęli efekt niezwykłej żywej scenografii do swego muzycznego performance’u. Niepowtarzalną, zupełnie odrealnioną atmosferę wykreowała też Clara Iannotta swoim, opartym na elektronicznych brzmieniach i wykonanym w wiejskiej stodole utworem. Muzyka współczesna bywa niełatwa w odbiorze, ale sposób jej podania może znacząco wpłynąć na wrażenia słuchaczy. Czasem potrzeba nieco dobrej woli i wysiłku – nie tylko tego w postaci przejścia kilku kilometrów w górach… Jestem przekonany, że warto. Mimo, że fani jazzu i rocka wyznają często spopularyzowaną przez Jima Jarmuscha zasadę, że najlepsze na świecie połączenie to kawa i papierosy, przewrotnie zaproponuję, żeby czasem spróbować ziemniaków z szampanem.

autor: Piotr Rytowski

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 10/2018

Tagi w artykule:

polecane

19 marca

godz: 19:00

Yotam Silberstein Quartet - premiera albumu

12on14 Jazz Club

Warszawa

19 marca

godz: 19:00

Cały ten jazz! Live: Kasia Pietrzko Trio

PROM Kultury Saska Kępa

Warszawa

19 marca

godz: 20:00

Ry X

Palladium

Warszawa

19 marca

godz: 21:30

Yotam Silberstein Quartet - premiera albumu

12on14 Jazz Club

Warszawa

20 marca

godz: 19:00

Jazz w Teatrze: Irek Głyk Vibes Expression feat. Paweł Tomaszewski

Teatr Ziemi Rybnickiej

Rybnik

20 marca

godz: 20:30

60 miles Trio

12on14 Jazz Club

Warszawa

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO