Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja Top Note

Bastarda – Nigunim

Obrazek tytułowy

Multikulti Project, 2020

Od ostatniej edycji festiwalu Muzyka Wiary Muzyka Pokoju nie minęło jeszcze pół roku. Doskonale pamiętam zatem moment, kiedy 22 października w radiowym Studiu im. Witolda Lutosławskiego, zaraz po niezwykłej interpretacji Katalogu ptaków Oliviera Messiaena wykonanej przez duet Masecki/Zimpel, na scenie pojawiło się trio Bastarda. Rozpoczęła się godzina przepełniona chasydzkim mistycyzmem. Przepiękne dźwięki, które wypełniły salę, wytworzyły niesamowitą atmosferę. Można by powiedzieć – niepowtarzalną. Można byłoby tak powiedzieć… aż do teraz, bo kiedy zapis koncertu ukazał się na płycie, przekonałem się, że ten album może dostarczyć słuchaczowi niemal tak samo silnych i wspaniałych wrażeń jak uczestnictwo w koncercie.

Nigunim to już trzecia płyta Bastardy – grupy powołanej do życia przez Pawła Szamburskiego (klarnet), Tomasza Pokrzywińskiego (wiolonczela) i Michała Górczyńskiego (klarnet kontrabasowy). Dwie poprzednie sięgały daleko w przeszłość. Na debiutanckiej Promitat eterno (2017) znalazły się średniowieczne kompozycje Piotra z Grudziądza, a wydana w ubiegłym roku Ars Moriendi zawierała utwory poświęcone śmierci – również ze średniowiecza i wczesnego renesansu. Jeśli ktoś jednak myśli, że Bastarda do kameralny skład wykonujący muzykę dawną, to jest w błędzie. Trio biorąc na warsztat kompozycje sprzed kilkuset lat, nadaje im nowe, zupełnie współczesne oblicze. Nie inaczej jest z najnowszym albumem grupy.

Tym razem muzycy zajęli się chasydzkimi utworami religijnymi z XVIII wieku. Mowa o tytułowych nigunach – modlitewnych pieśniach nuconych bez słów. Pieśni o niebywałym ładunku emocjonalnym potrafią wyrazić zarówno głęboki smutek, jak i euforyczną radość. Niguny powstały w duchu tradycji, według której zakazane było używanie słów w części obrządku szabasowego, a jednocześnie świętujący mieli okazywać przeżywaną radość. Ich otwarta, melodyjna forma doskonale nadaje się jako podstawa do swobodnej improwizacji, co niezwykle kreatywnie wykorzystali muzycy Bastardy.

Tak jak na poprzednich albumach artyści przepuszczają źródłowy materiał przez pryzmat własnego języka muzycznego i bardzo różnych doświadczeń – od barokowych dokonań Pokrzywińskiego, między innymi w zespołach Arte dei Suonatori i Holland Baroque, po rozliczne wcielenia obu klarnecistów na współczesnej scenie improwizowanej i eksperymentalnej. Dla Szamburskiego i Górczyńskiego to już kolejne bliskie spotkanie z muzyką żydowską. Obaj są członkami kwartetu klarnetowego Ircha, udzielają się także w formacji Cukunft – niezwykle ważnych zespołów na scenie tak zwanej nowej muzyki żydowskiej. W Bastardzie artyści inspirują się przede wszystkim utworami ze spuścizny dynastii Modrzyc spod Dęblina oraz zbiorów Moshe Bieregowskiego – muzykologa, który od lat dwudziestych ubiegłego stulecia badał muzykę żydowską.

Grupa doskonale potrafi oddać mistycyzm oryginałów mimo zupełnie nowej formy. Część słuchaczy może odebrać tę muzykę jako sakralną, inni po prostu zwrócą uwagę na zawarty w niej ogromny ładunek emocjonalny. W tym niezwykłej urody materiale słychać wielką wrażliwość, swobodę, ale i wiedzę muzyków. Tak jak potrafią połączyć potężną moc dźwięków z subtelnym liryzmem, tak też łączą dwa muzyczne światy oddalone od siebie o setki lat. Bezdyskusyjnym atutem tria Bastarda, a tym samym także płyty Nigunim, jest oryginalne brzmienie. Dwa klarnety ekstremalnie oddalone od siebie na skali i wiolonczela tworzą przestrzeń dźwiękową, w której dzieje się bardzo dużo – nawet w najspokojniejszych momentach albumu. Rzecz jasna to nie tylko kwestia takiego zestawienia instrumentów, ale przede wszystkim wirtuozerii i inwencji twórczej świetnych muzyków.

Tak jak w oryginalnych nigunach, na płycie Bastardy odnajdziemy radość i smutek, ból i euforię. Wystarczy choćby porównać dwa pierwsze utwory – Emes i Mame – tak różne w nastroju, a zarazem tak sobie bliskie. Choć płyta ma charakter instrumentalny, to charakterystyczne dla nigunów nucenie pojawia się w dwóch ostatnich kompozycjach – w Modzitzer wokalnie udzielają się muzycy tria, a w wieńczącej album Ledovid pojawia się wyjątkowy gość. Duże zdziwienie wśród publiczności Studia im. Lutosławskiego wywołało pojawienie się na scenie, na sam koniec koncertu, chóru Grochów, który wykonał wokalizę właśnie w tym utworze.

Kontakt z płytą Nigunim z pewnością dostarczy odbiorcom dużej porcji wrażeń. Ale może być ich jeszcze więcej – kiedy poddamy się duchowi nigunów i… sami zaczniemy nucić.

Autor - Piotr Rytowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO