Felieton Słowo

Down the Backstreets: Pre-Lo-Fi

Obrazek tytułowy

RJD2 – Deadringer

(Definitive Jux, 2002)

Na potrzeby niniejszego tekstu popełniłem niewielkie badanie społeczne – zapytałem kolegów z najlepszego polskiego serwisu hip-hopowego BrakKultury.pl, czy słyszeli album Deadringer oraz czy uważają tę płytę za klasyk. W 2002 roku magazyn Klan odważnie ogłaszał solowy debiut RJD2 nowym Endtroducing…, lub przynajmniej mocną konkurencją dla arcydzieła DJ-a Shadowa. Okazuje się, że obecnie Deadringer nie jest znany wśród słuchaczy młodego pokolenia, a starsi co prawda nieśmiało rzucają określenie „cult classic”, ale nikt nie odważy się wynieść go na piedestał w gatunku instrumental hip-hop. A przecież El-P, ówczesny szef wytwórni Definitive Jux, zapowiadał, że ten album „zmieni świat” (dodał dla efektu wulgarny epitet). Nie tylko nie zmienił świata, ale okazał się kometą, która błyszczała przelatując obok Ziemi, ale nie pozostawiła po sobie większego wrażenia. Czy słusznie?

Odstawmy natychmiast intrygę na bok – Deadringer to rewelacyjny album. Kompozycja po kompozycji przeciera kolejne szlaki dla samplowanych produkcji, żonglując gatunkami, nastrojami, nietypowymi dźwiękami, wyrażając miłość do niepozornej sztuki łączenia sampli z bębnami. Udowadniają to m.in. futurystyczno-mroczny The Horror, bluesowy Work, wyciągnięty żywcem z lat 70. Good Times Roll Pt. 2, enigmatyczny i melodyjny Smoke & Mirrors, świetny duet z Blueprintem Final Frontier czy Cut Out To FL, gęsto używający turntablizmu. Deadringer zawiera o wiele więcej chwytliwych melodii niż większość albumów z gatunku instrumental hip-hop, dzięki czemu próg wejścia wydaje się być znacząco niższy. Wiąże się to jednak z przymiotem, który dla wielu może być zarzutem – Deadringer nie jest bardzo konsekwentny w brzmieniu. Przypomina bardziej luźno powiązany zbiór bitów niż spójną całość, mającą opowiedzieć historię, przywołać konkretny obraz lub atmosferę.

Może być to też zaletą – dzięki różnorodności o wiele trudniej się Deadringerem znudzić. A hip-hopowe płyty niezawierające rapu bywają nużące – w tym wypadku nie tęsknimy za wokalami. Jedynie trzy utwory zawierają zwrotki rapowane, a gościnnie pojawiają się, poza wymienionym wcześniej Blueprintem, Copywrite i Jakki da Motamouth – szczególnie ten drugi wypada efektownie w osobistym utworze June. Nad tymi wszystkimi inspiracjami, wariacjami i muzycznymi przygodami unosi się jednak czysto hip-hopowy duch – pod każdy z tych bitów można zarapować, a albumu, pomimo opisanej wcześniej rozmaitości, raczej nie określi się ukochanym dla wielu słowem „eklektyczny”.

W moim przypadku powrót po sześciu latach (bo ostatni raz słuchałem tej płyty w roku 2019) wypadł wspaniale. Uważam, że pierwszy album RJD2 jest zdecydowanie najlepszy, zawiera najświeższe pomysły i najwięcej entuzjazmu. Wracając zatem do pierwszego akapitu i tezy o „zapomnieniu” tej płyty… W mojej ocenie swoiste zatarcie Deadringera w historii gatunku wynika raczej z kierunku rozwoju hip-hopu instrumentalnego w stronę technik lo-fi i brzmień inspirowanych J Dillą i Nujabesem. Może okazać się on zbyt „czysty” dla słuchaczy przyzwyczajonych do muzyki bardziej zamglonej, surowej, nieprzeprodukowanej. Wedle moich wspomnień – dla dzieci drugiej fali „mody na hip-hop”, świeżo zajaranych tą subkulturą na początku XXI wieku, album był ścieżką dźwiękową wielu dni i drzwiami do eksplorowania kolejnych płyt instrumentalnych. Polecam odświeżyć lub poznać, zestarzał się bardzo dobrze.

Adam Tkaczyk

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO